Pamiętam tę starą sprawę, która wciąż czasem powraca w rozmowach przy rodzinnym stole. Dawno temu, gdy dzieci były jeszcze młodsze, odziedziczyliśmy z mężem mieszkanie po jego ciotce Stanisławie. To był niewielki lokal, ulokowany w samym sercu Krakowa. My sami mieszkaliśmy w większym mieszkaniu na Podgórzu trzy pokoje, każdy z nas miał swoją przestrzeń.
Mieliśmy wtedy trójkę dzieci: najstarsza, Łucja, miała dziewiętnaście lat, zaczynała studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Starszy syn Wiktor, miał dwanaście, najmłodszy, Piotruś, dopiero kończył piąty rok życia, ledwo przekroczył próg podstawówki.
W pewnym momencie zaczęliśmy się z mężem, Andrzejem, coraz częściej spierać o to mieszkanie po cioci. Zasugerowałam, żeby Łucja dostała ten lokal: jest już dorosła, lada moment może mieć własną rodzinę, a dziś młodzi nie mają łatwo ze startem. Andrzej jednak upierał się, iż byłoby to bardzo niesprawiedliwe wobec chłopców. On chciał sprzedać mieszkanie, a uzyskane złote podzielić równo między wszystkie dzieci.
Twierdził, iż to uczciwe a ja przecież pamiętałam, jak drogie są w tej chwili mieszkania w Krakowie; ten podział nic by nie znaczył dla dzieci, bo Wiktor i Piotruś za te pieniądze nie kupiliby choćby kawalerki, a Łucji wystarczyłoby może na tani samochód albo skromny remont. Uważałam, iż lepiej mieć realną korzyść niech chociaż jedno dziecko będzie miało swoje miejsce na ziemi, a z czasem, gdy synowie podrosną, jakoś zdobędziemy i dla nich dach nad głową. Przynajmniej lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, jak mawiała moja babcia Magdalena.
Andrzej bał się jednak, iż jeżeli odda mieszkanie Łucji, zniszczy jej relacje z braćmi w ich domu nie będzie już prawdziwej zgody. Ja myślałam zupełnie inaczej; chłopcy byli jeszcze mali, choćby nie rozumieli tej sytuacji. Można przecież szukać dla nich rozwiązań w przyszłości, nie wszystko musi być podzielone od razu.
Nie wspomnieliśmy jeszcze nic dzieciom a szczególnie Łucji, choć czasem widziałam w jej oczach tęsknotę za własnym kątem. Najpierw chcieliśmy sami to przemyśleć. Zresztą, mieszkanie po cioci Stanisławie wymagało gruntownego remontu; choćby nie mieliśmy na to wtedy złotówki tapety odpadały, rury przeciekały, a kuchnia pamiętała czasy PRL-u.
Teraz, patrząc na tamte rozmowy, zastanawiam się, czyja racja była ważniejsza moja czy Andrzeja? Czy powinnam była obstawać przy swoim, czy rozsądniej byłoby zaufać decyzji męża? A może ktoś z zewnątrz dostrzegłby rozwiązanie, którego oboje nie zauważyliśmy? Takie dylematy w polskich rodzinach realizowane są od pokoleń i pewnie jeszcze długo naszych wnuków będą zajmować.





![Aneta Zając pierwszy raz tak szczerze o macierzyństwie: Nie wciągam synów w sprawy dorosłych [PODCAST "BLIŻEJ"]](https://m.mamadu.pl/5740752912354bdc3aba5d1deb3fd381,1920,1080,0,0.webp)


![Orszak przeszedł przez Gowarczów! Nie zabrakło konnych! [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/IV-Orszak-Trzech-Kroli-w-Gowarczowie-11.jpg)


