Słuchaj, mam już pięćdziesiątkę na karku i często wracam myślami do czasów, kiedy byłam nastolatką. Jeszcze chodziłam do liceum, kiedy zaszłam w ciążę ze swoim chłopakiem, Michałem. Byliśmy wtedy zupełnie zieloni, oboje po prostu dzieciaki z Poznania, bez pracy, bez grosza przy duszy. Gdy rodzice się dowiedzieli, to była masakra. Usłyszałam, iż przyniosłam wstyd rodzinie, iż nie będą wychowywać nie swojego dziecka. Dosłownie któregoś wieczoru kazali mi się spakować. Wyszłam z domu z małą walizeczką. Nie wiedziałam nawet, gdzie się podzieję następnego dnia.
Na szczęście rodzice Michała, pani Krystyna i pan Andrzej, zachowali się jak trzeba. Od pierwszego dnia przygarnęli nas do siebie. Dali nam pokój, ustalili jasne zasady najważniejsze było dla nich, żebyśmy skończyli szkołę. Ogarnięcie wszystkiego zakupy, rachunki, choćby wizyty u lekarza przez całą ciążę wzięli na swoje barki. Byłam od nich całkowicie zależna.
Gdy urodził się nasz syn Jakub, teściowa była ze mną w szpitalu. Pomagała mi przy pierwszych kąpielach, przewijaniu, uczyła, jak uspokajać małego o świcie. Jak musiałam się regenerować po porodzie, ona bez słowa zajmowała się Kubą, żebym chociaż trochę mogła odespać. Teść kupił łóżeczko i podstawowe rzeczy dla dziecka na pierwszy okres, wszystko mieliśmy zapewnione.
Po pewnym czasie sami zaproponowali mi, iż sfinansują mi kurs pielęgniarski. Powiedzieli jasno: nie chcą, żebyśmy utknęli w miejscu. To była dla mnie ogromna szansa, więc bez wahania się zgodziłam. Chodziłam na zajęcia rano, a małym opiekowała się teściowa. Michał zaczął wtedy studiować inżynierię komputerową. Cały czas jeszcze na utrzymaniu jego rodziców, bo nie było innej opcji, ale przynajmniej widzieli, iż walczymy o swoje.
Było ciężko, nie ukrywam. Każdy dzień miał swój rytm, zero wygód. Często musieliśmy liczyć każdy grosz, no ale nie chodziliśmy głodni i zawsze mogliśmy liczyć na wsparcie, niezależnie, czy to przeziębienie, czy po prostu kryzys psychiczny przed sesją albo egzaminem. Gdy trzeba było zaopiekować się Kubą, żebyśmy mogli napisać egzamin czy zarobić parę groszy na fuchę, teściowie byli pierwsi do pomocy.
W końcu każdy z nas podjął pracę ja jako pielęgniarka, Michał dostał się do firmy IT. Wzięliśmy ślub, wynajęliśmy swoje mieszkanie. Wychowaliśmy syna od podstaw, we trójkę. Dziś patrzę na swoje życie z perspektywy tych pięćdziesięciu lat i myślę, iż nasz związek ciągle jest mocny, a Kuba wyrósł na porządnego człowieka dzięki temu, iż widział, ile nas to wszystko kosztowało.
Z rodzicami swoim utrzymuję symboliczny kontakt, raz na ruski rok ciepła rozmowa, ale żadnej bliskości już nie ma. Nie żywię urazy tak po prostu się to poukładało. Ale gdybyś dzisiaj zapytała mnie, którzy ludzie uratowali mi życie, bez wahania powiem, iż to nie była moja rodzina z domu, tylko rodzina mojego męża. To dzięki nim nauczyłam się, czym jest prawdziwe wsparcie i miłość bezwarunkowa.










