Mam 65 lat i taki jest mój żywot od kiedy wyszłam za mąż.
Wyszłam za mąż mając 23 lata. Nie dlatego, iż musiałam, czy z powodu jakiejś nagłej ciąży po prostu wierzyliśmy wtedy, iż małżeństwo to poważna sprawa, a nie jakieś testowanie czy nam się uda. Oboje pracowaliśmy, a mimo iż na początku ledwo się znaliśmy, zakładaliśmy, iż reszta wyjdzie w praniu.
Pierwsze lata no, łatwo nie było. Uczyliśmy się żyć razem i kłóciliśmy się o wszystko o prowadzenie domu, o pieniądze, o codzienne nawyki. Były ciche dni, ostre sprzeczki i kilka napiętych tygodni. Nikt nie rzucał talerzami, nie było zdrad, ale różnice takie, których dzisiejsze pary nie tolerują choćby przez rok. Sama nie wiedziałam, czy dam radę.
Kiedy urodziła się nasza pierwsza córka, Zuzanna, zrozumiałam, iż małżeństwo to nie tylko motylki i miłość. To obowiązki, zmęczenie i rezygnowanie ze swojego ego. On pracował jak szalony, a mnie zostawały przyjemności w postaci całego domu. Bywałam niewidzialna. Bywałam po prostu zmęczona. Ale za każdym razem, gdy chciałam wszystko rzucić, wyobrażałam sobie jak to jest rozbić rodzinę nie tylko dla siebie, ale dla dzieci.
Przetrwaliśmy kilka trudnych kryzysów ekonomicznych. Były miesiące, gdy 700 złotych musiało wyczarować dwie pensje, obiady i rachunki. Dawałam z siebie więcej niż myślałam, iż się da. On też miał swoje humory, milczenia, trudne dni. Sypały się błędy, padły słowa, które bolały, bywało ostro. I tak wybaczałam. Wielokrotnie. Nie dlatego, iż jestem miękka, ale bo wybrałam budowanie na tym, co mamy, a nie na cudach z filmów.
Potem pojawiły się kolejne dzieci Janek, potem Basia. Wychowywać je nie było łatwo. Kłóciliśmy się o wychowanie, o złotówki, o rodzinę, o przemęczenie. Ale był też spokój stół zawsze nakryty, matury i studia, wygrane choroby, hucznie świętowane urodziny. Nic idealnego stabilnego.
Dziś słyszę młodych, którzy mówią, iż jak coś nie gra, trzeba się spakować i do widzenia. Rozumiem czasy inne, podejście inne. Ale zastanawiam się: gdybym uciekła przy pierwszej kłótni, przy pierwszym rozczarowaniu czy pierwszym wypaleniu, nie opowiadałabym dziś tej historii.
Nie zostałam z lęku. Zostałam, bo wierzyłam, iż zobowiązanie liczy się zwłaszcza wtedy, gdy niewygodnie. Nie gloryfikuję cierpienia, ale wiem, iż wielokrotne świadome wybaczanie trzyma ten związek już dekady.
Kiedy dzieci wyfrunęły z gniazda, zrobiło się cicho. Już nie kłócimy się tak często, ale też nie jesteśmy tą filmową parą. Jesteśmy dwójką ludzi, którzy zjedli beczkę soli, znają się do bólu, widzieli się w najgorszych momentach, i mimo tego zdecydowali zostać razem.
Byłam szczęśliwa przez cały czas? Nie.
Popełniałam błędy? Oczywiście, nie raz.
Żałuję, iż wybaczałam? Ani trochę.



.jpg)






