Mam już powyżej uszu tych weekendowych najazdów!
Pewnie znacie ten typ człowieka, któremu się wydaje, iż słońce wstaje i zachodzi tylko dla niego, a cały świat cierpliwie stoi w miejscu, czekając aż on czegoś zapragnie. W moim przypadku to mój szwagier Władek z rodziną. Co tydzień jak w zegarku Władek, jego żona Grażyna, dwójka ich pociech: Zuzia i Kuba oraz brat Grażyny Mirek, pakują się do swojej Skody i ruszają do nas, jakby nasz blok w Krakowie był jakimś spa. Bez zapowiedzi, bez pytania, czy mamy ochotę lub siłę na rodzinny zlot.
Trwa ten kabaret już prawie rok i, szczerze, mam wrażenie, iż zaraz wystrzelę rakietę SOS z własnego balkonu. Ja lubię ludzi, jasne, choćby bardzo, ale wszystko z umiarem! Zamiast sobotniego leżakowania z kawą i górami w tle, krzątam się po kuchni, smażę kotlety, ścielę łóżka, piorę sterty pościeli i staram się rozmawiać o pogodzie, żeby nie wybuchnąć. Po ich wyjeździe zostaje mi muzeum śmieci i dwie pralki do nadrobienia. Czy ci miłośnicy niespodzianek nie znają słowa zapowiedź? Może jakoś bym to przeżyła, gdyby takie najazdy zdarzały się raz na ruski rok, ale oni obstawiają minimum trzy weekendy w miesiącu. Przecież są inne rozrywki: Netflix, bilety do teatru, cisza…
A najgorsze, iż my z mężem nigdy nie jeździmy do rodziny bez uprzedzenia. Może powinniśmy dla żartu złożyć im rewizytę w środę wieczorem, może wtedy zrozumieliby aluzję. Prosiłam mojego męża, Marka, żeby z nimi pogadał. Ale Marek tylko wzrusza ramionami i mruczy coś pod nosem, iż „nie chce nikogo urazić.” Uprzejmie dziękuję za taką pomoc, wzięłam sprawy w swoje ręce.
Pierwsza strategia zero weekendowego gotowania. Menu tygodniowe resztki z lodówki. jeżeli ktoś głodny bon appétit! Gospodyni też czasem lubi odchudzać. No i był dzień próby cała ferajna siada do stołu, patrzy na mnie maślanymi oczami: Co dziś na obiad? Uprzejmie informuję: Nic. Ale ziemniaki są w szafce, garnki na miejscu, więc smacznego gotowania! Mina jak u dzieci w kolejce do dentysty, ale obiadu nie widzieli skończyło się na herbacie i chrapaniu.
Następny krok zero gruntownego pucowania domu przed każdą wizytą. I co? Grażyna po dwóch tygodniach oburzona: Dlaczego białe skarpetki Zuzi zrobiły się szare? No, przepraszam mop i wiadro czekają w łazience, pani zawsze może nadrobić, jak skrzydła poniesą. Od tej pory cud! żadnych pytań o czystość.
Ale najważniejsze: przestałam forować się na męczennicę. Koniec z przekładaniem swoich spraw pod rodzinny kalendarz szwagra. Chcę w sobotę wyjść z Elką na kawę? Idę. Chcę poleżeć z książką? Leżę. Jak przychodzą, zamieniam z nimi kilka uprzejmości i… wracam do własnych zajęć. Chcesz, Marku, być duszą towarzystwa? Śmiało, oto twoja scena. A ja? Lubię siebie. Jak wyjątkowo nie mam żadnych planów, biorę się za generalne porządki akurat wtedy, gdy nas odwiedzają, a co! Nie są jedyną atrakcją w okolicy.
No i przyszedł przełom. Po którymś weekendzie, gdy z kawą w ręku w końcu usiedli u siebie w domu Władek rzucił w stronę Marka: Ej, chyba nasz czas tu dobiegł końca? Eureka! Szok i niedowierzanie, olśnienie na twarzy. No i odtąd cała brygada dzwoni wcześniej, nie nocuje (przynajmniej nie tak często) i odwiedziny są raczej rarytasem niż rutyną.
A wy, znacie takie akcje? Macie jakieś patenty na rodzinne niespodzianki? Jak żyć z weekendowym najazdem szwagra, żeby nie oszaleć i nie wyprowadzić się na Mazury?







