Mam na imię Patrycja, mam 49 lat i pracuję jako pielęgniarka na nocnej zmianie w szpitalu miejskim – od 20 lat jestem tu na dyżurze, widziałam już naprawdę wszystko.

newskey24.com 7 godzin temu

Mam na imię Zuzanna i mam 49 lat. Pracuję jako pielęgniarka na nocnej zmianie w szpitalu wojewódzkim w Warszawie. Jestem tam już od dwudziestu lat i naprawdę widziałam wszystko, co tylko można sobie wyobrazić.

Od ośmiu lat jestem rozwódką. Mam syna, właśnie skończył szesnaście lat. Mieszka ze mną. To naprawdę dobry chłopak. Odpowiedzialny, pracowity. Nigdy nie sprawiał mi problemów.

Chociaż To nie do końca prawda. Jeden problem rzeczywiście był. Największy w moim życiu. Ale to nie jego wina.

Sześć miesięcy temu Bartek zaczął narzekać na bóle głowy. Na początku myślałam, iż to przez wzrok, iż może potrzebuje okularów. Zabrałam go więc do okulisty, ale okulista powiedział, iż wszystko z oczami jest w najlepszym porządku.

Bóle nie mijały. Do tego dołączyły poranne mdłości. Myślałam, iż może coś niedobrego je w szkole. Zaczęłam robić mu kanapki i sałatki do szkoły. Mdłości nie ustąpiły.

Pewnego poranka znalazłam go w łazience, jak wymiotował. Był strasznie blady i mówił, iż kręci mu się w głowie, iż wszystko wiruje.

Od razu spakowałam go i pojechałyśmy na SOR. Zrobili mu badania, krew, mocz wszystko wyszło idealnie. Lekarz stwierdził, iż to pewnie stres. Mówił, iż nastolatkowie często somatyzują presję związaną z nauką.

Ale wiesz, ja pracuję z pacjentami od tylu lat, iż mój instynkt od razu podpowiadał mi, iż to nie jest żaden stres.

Naciskałam na więcej badań. Lekarz patrzył na mnie, trochę jakbym przesadzała, ale w końcu zlecił tomografię.

Dokładnie pamiętam ten dzień. To był wtorek. Byłam akurat w pracy, kiedy zadzwonili do mnie ze szpitala, w którym Bartek miał robione badanie. Powiedzieli, iż pilnie muszą ze mną porozmawiać, żebym przyjechała jak najszybciej.

Zostawiłam zmianę w połowie i pędziłam samochodem do szpitala. W gabinecie czekał na mnie neurolog facet pewnie koło pięćdziesiątki, z poważną miną.

Proszę pani, znaleźliśmy coś w głowie syna, powiedział. To guz mózgu. Musimy zrobić kolejne badania, żeby wiedzieć dokładnie, z jakim typem mamy do czynienia i jak bardzo to zaawansowane.

Cały świat wtedy się we mnie zawalił. Ja, która tyle razy przekazywałam najtrudniejsze wieści rodzinom pacjentów, która byłam przy śmierci niejednej osoby. Myślałam, iż jestem przygotowana na wszystko. Nic jednak nie przygotowało mnie na to, żeby usłyszeć to o własnym dziecku.

Przez kolejne dni Bartek miał cały szereg badań rezonanse, biopsje, konsultacje u onkologów. Wszystkie te terminy, które doskonale przecież znam, nagle brzmiały jak wyrok śmierci.

Glejak wielopostaciowy. Grade IV. Agresywny. Nieoperacyjny przez usytuowanie. Leczenie: chemioterapia i naświetlania, żeby spróbować zatrzymać postęp, ale prognozy bardzo słabe.

Kiedy onkolog opowiadał nam wszystko, Bartek siedział tuż obok mnie. Moje dziecko, mój mały chłopiec, słuchał, iż ma nieuleczalnego guza mózgu.

Mamo, czy umrę? zapytał takim spokojnym głosem, iż aż łamało mi serce.

Lekarz spojrzał na niego z taką zawodową troską, którą sama już nie raz musiałam przyjmować. Zrobimy wszystko, by dać ci jak najwięcej czasu odpowiedział.

Więcej czasu. Nie będzie dobrze. Nie uda się wyleczyć. Po prostu więcej czasu.

Tej nocy Bartek przytulił mnie i powiedział: Mamo, nie płacz, będziemy walczyć.

Zaczęliśmy walczyć. Chemioterapia co dwa tygodnie. Bartek stracił włosy, schudł, ciągle wymiotował, ale choćby raz się nie skarżył. Nigdy nie zapytał czemu ja?. Cały czas się uśmiechał.

Koledzy najpierw odwiedzali go w domu dość często, potem już coraz rzadziej. Wiadomo, ciężko nastolatkom mierzyć się z zagrożeniem życia bliskiego przyjaciela.

Ale jeden przyjaciel został Michał. Znają się jeszcze z podstawówki. Michał wpadał codziennie po szkole, opowiadał Bartkowi, co się dzieje w klasie, przynosił mu lekcje, grali razem na konsoli, choćby gdy Bartek miał już problem utrzymać pada w rękach ze zmęczenia.

Pewnego popołudnia, gdy przygotowywałam kolację w kuchni, usłyszałam rozmowę chłopców. Drzwi do pokoju były uchylone.

Boisz się? zapytał Michał.

Cały czas odpowiedział Bartek. Ale nie mówię o tym mamie, bo i tak ma już wystarczająco dużo na głowie.

Czego się najbardziej boisz?

Że mama zostanie sama. Że będzie jej przykro. Że nie będę mógł się z nią dobrze pożegnać. Że będzie się obwiniać, choć to nie jej wina.

Musiałam wyjść do swojego pokoju, by nie słyszeli jak płaczę.

Leczenie nie działa. Guz nie znika. Rośnie. Lekarze mówią już o opiece paliatywnej i skupieniu się na komforcie w tym czasie, który nam został.

Ile tego czasu? Nie powie nikt. Może trzy miesiące. Może sześć. Może mniej.

Dziś rano Bartek poprosił, żeby zawieźć go do szkoły. Nie był tam już od kilku tygodni, bo po prostu nie miał siły. Ale powiedział, iż chciałby jeszcze raz zobaczyć kolegów. Że chciałby poczuć się choć przez chwilę normalnie.

Zawiozłam go. Pomogłam wysiąść z auta taki teraz drobny, taki kruchy. Koledzy przywitali go uściskami, a jego ulubiona nauczycielka podeszła się przytulić. Uśmiechał się. Przez moment znów był po prostu Bartkiem, a nie tym chłopakiem z rakiem.

Kiedy go odbierałam, po trzech godzinach, był wykończony, ale szczęśliwy.

Dziękuję, mamo powiedział w samochodzie. Dziękuję, iż mnie zawiozłaś. Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz. Jesteś najlepszą mamą na świecie.

Ty jesteś najlepszym synem na świecie odpowiedziałam.

Mamo powiedział po chwili ciszy kiedy mnie już nie będzie, chcę, żebyś była szczęśliwa. Nie chcę, żebyś płakała po mnie całe życie.

Bartek, nie mów tak

Musimy o tym porozmawiać, mamo. Oboje wiemy, co się wydarzy. Chcę, żebyś mi obiecała, iż dasz sobie radę. Że kiedyś powspominasz mnie uśmiechając się, a nie tylko płacząc.

Obiecałam. Mimo iż nie wiem, czy potrafię dotrzymać tej obietnicy.

Dziś śpi spokojnie w swoim pokoju. Weszłam do niego przed chwilą. Taki spokojny, taki mały się wydaje podczas snu. Mój chłopiec.

Jutro rano przychodzi pielęgniarka z hospicjum, żeby zrobić cotygodniową wizytę. Pojutrze jedziemy na konsultację do onkologa, sprawdzić wyniki ostatnich badań, choć wszyscy już wiemy, co usłyszymy.

Siedzę w salonie, z kawą, która dawno wystygła w dłoniach. Patrzę na zdjęcia na ścianach: Bartek jako niemowlak. Bartek w pierwszym dniu przedszkola. Bartek na swoich dziesiątych urodzinach. Bartek sprzed sześciu miesięcy zdrowy, uśmiechnięty, bez pojęcia co nadchodzi.

Nie wiem, czy da się przeżyć śmierć własnego dziecka. Szesnaście lat. Całe życie przed nim, które nigdy się już nie wydarzy.

Ale ze względu na niego muszę próbować. Muszę być silna, póki mnie potrzebuje. Będę się uśmiechać, kiedy na mnie patrzy. Zrobię wszystko, żeby ostatnie jego dni były jak najlepsze.

A potem potem zobaczymy. Na razie ważne jest tylko jedno być tu, dla niego.

Jak powiedzieć dziecku, iż się je kocha, kiedy wiemy, iż ten czas zaraz się skończy? Jak zmieścić całe życie miłości w tych dniach, które zostały?

Idź do oryginalnego materiału