Mam wrażenie, iż miłość już się skończyła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet świeżych stokrotek z targu przy Metrze Politechnika. Anna zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Stokrotki pachniały latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Darek stał przed nią z miną człowieka, który dokładnie wie, czego chce. A chciał jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Darek przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki przygotowane przez jego mamę. Siedzieli na trawie aż do zmroku. Anna zapamiętała jak śmiał się, odchylając głowę, jak przypadkiem muskał jej dłoń, jak patrzył na nią – tak, jakby była jedyną dziewczyną w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku poznała jego rodziców. Po roku zaproponował, by razem zamieszkali. – I tak spędzamy każdą noc razem – powiedział Darek, przegarniając palcami jej włosy. – Po co nam dwa mieszkania? Anna się zgodziła. Nie z powodu pieniędzy. Po prostu przy nim świat nabierał sensu. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Anna nauczyła się robić jego ulubione kotlety – z czosnkiem i koperkiem, dokładnie jak mama. Darek wieczorami czytał jej na głos artykuły z gazet o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Anna słuchała, opierając głowę na dłoni – wierzyła w każde jego słowo. Snuli plany: najpierw odłożyć na wkład własny, potem własne mieszkanie, potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka – chłopiec i dziewczynka. – Zdążymy ze wszystkim – mówił Darek, całując ją w czubek głowy. Anna przytakiwała. Przy nim czuła się niezniszczalna. … Piętnaście lat wspólnego życia obrosło drobiazgami, przyzwyczajeniami, rytuałami. Mieszkanie w dobrym rejonie, z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, który spłacali wcześniej, rezygnując z wakacji i kolacji w restauracji. Srebrna Toyota na parkingu – Darek sam wybierał, sam się targował z handlarzem, sam polerował maskę co sobotę. Duma rozlewała się po klatce piersiowej z ciepłem. Wszystko osiągnęli sami. Bez pieniędzy od rodziców, znajomości, przypadku. Po prostu pracowali, oszczędzali, zaciskali zęby. Nigdy nie narzekała. choćby gdy padała ze zmęczenia tak, iż usypiała w metrze i budziła się na pętli. choćby gdy miała chęć rzucić wszystko i wyjechać gdzieś nad morze. Byli zespołem. Tak Darek powtarzał – i Anna wierzyła. Jego dobro zawsze było na pierwszym miejscu. Anna nauczyła się tej zasady na pamięć, wplotła ją w własne DNA. Zły dzień w pracy? Szykowała obiad, nalewała herbatę, słuchała. Pokłócił się z szefem? Głaskała go po głowie, szeptała, iż wszystko będzie dobrze. Zwątpienie? Potrafiła go z niego wyciągnąć. – Jesteś moją ostoją, moim portem – mówił Darek wtedy. Anna uśmiechała się. Być czyimś portem – czy to nie szczęście? Ciężkie chwile się zdarzały. Pierwszy raz po pięciu latach wspólnego życia – firma, w której pracował Darek, upadła. Siedział w domu, przeglądał ogłoszenia, gasł z dnia na dzień. Drugi raz – jeszcze gorzej. Koledzy go wystawili, stracił nie tylko pracę, ale i sporą sumę. Musieli sprzedać samochód, żeby się wywiązać. Anna nie wyrzuciła mu tego ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe projekty, pracowała wieczorami, oszczędzała na sobie. Martwiło ją tylko jedno – jak on się czuje. Czy się nie załamie. Czy nie straci do siebie wiary. Darek się pozbierał. Znalazł nową pracę, choćby lepszą. Znów kupili srebrną Toyotę. Życie wróciło na swoje tory. Rok temu siedzieli w kuchni, aż Anna powiedziała wprost to, nad czym myślała od dawna: – Może już czas? Już dawno nie mam dwudziestu lat. jeżeli będziemy ciągle odkładać… Darek przytaknął. Powaznie, z namysłem. – Zacznijmy się przygotowywać. Anna wstrzymała oddech. Tyle lat marzeń, czekania na odpowiedni moment. Oto i on. Wyobrażała sobie to tysiące razy. Malutkie paluszki zaciskające jej dłoń. Zapach zasypki dla dzieci. Pierwsze kroki po ich salonie. Darek czytający bajkę do snu. Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie. Zmiany zaczęły się natychmiast. Anna uporządkowała dietę, tryb dnia, aktywność. Zrobiła badania, zaczęła brać witaminy. Kariera zeszła na dalszy plan – choć właśnie miała awans. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa znad okularów. – Druga taka szansa może się nie powtórzyć. Była pewna. Awans oznaczałby delegacje, nieregularne godziny, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Przejdę do oddziału – zdecydowała. Szefowa wzruszyła ramionami. Oddział był piętnaście minut piechotą od domu. Praca nudna, rutynowa, bez perspektyw. Ale za to punkt szósta wychodziła do domu i zapominała o robocie na cały weekend. Anna gwałtownie się wdrożyła. Nowi koledzy byli mili, choć bez ambicji. Sama gotowała sobie obiady, chodziła na spacery, kładła się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka. Wszystko dla ich rodziny. Chłód pojawił się nagle. Na początku Anna nie przywiązywała wagi. Darek dużo pracuje, jest zmęczony. To minie. Ale przestał pytać, jak jej dzień. Przestał ją obejmować przed snem. Przestał patrzeć na nią jak wtedy, gdy nazwyał ją najpiękniejszą na wydziale. W domu zrobiło się dziwnie cicho. Kiedyś rozmawiali godzinami – o pracy, planach, bzdurach. Teraz Darek siedział w telefonie. Zbywał ją jednym słowem. Zasypiał odwrócony do ściany. Anna leżała obok, wpatrzona w sufit. Między nimi przepaść szeroka na pół metra materaca. Bliskość znikła zupełnie. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc… Przestała liczyć. On zawsze miał jakąś wymówkę: – Jestem zmęczony. Jutro, dobrze? Jutro nie nadchodziło. Zapytała wprost. Kiedyś, wieczorem, zagrodziła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Powiedz szczerze. Darek patrzył gdzieś nad jej głową, na framugę. – Wszystko w porządku. – Nieprawda. – Wymyślasz sobie. To tylko taki okres. Przejdzie. Obszedł ją, zamknął się w łazience. Poleciała woda. Anna stała w korytarzu z ręką na sercu. Bolało – ciągle, tępo, nieustannie. Wytrzymała jeszcze miesiąc. Potem nie dała rady i zapytała: – Kochasz mnie jeszcze? Pauza. Długa, straszna pauza. – Ja… nie wiem, co do ciebie czuję. Usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Darek w końcu spojrzał jej w oczy. Było w nich tylko zagubienie, pustka. Ani cienia ognia sprzed piętnastu lat. – Wydaje mi się, iż miłość już przeminęła. Dawno. Milczałem, bo nie chciałem cię ranić. Miesiące Anna tkwiła w tym piekle, nie wiedząc prawdy. Łapała jego spojrzenia, analizowała każde słowo, szukała wytłumaczenia. Może problemy w pracy. Może kryzys wieku średniego. Może po prostu zły humor. A on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ona planowała dziecko, rezygnowała z kariery, przygotowywała się do macierzyństwa. Decyzja przyszła nagle. Żadnego „może”, „może się ułoży”, „musimy poczekać”. Wystarczy. – Składam pozew o rozwód. Darek zbladł. Anna widziała, jak drgnęło mu jabłko Adama. – Poczekaj. Nie rób tego pochopnie. Możemy spróbować… – Spróbować? – Może zdecydujmy się na dziecko? Może to coś zmieni. Mówią, iż dzieci zbliżają. Anna parsknęła gorzkim śmiechem. – Dziecko tylko wszystko pogorszy. Nie kochasz mnie. Po co nam wtedy dzieci? By potem się rozwodzić z niemowlakiem na ręku? Darek milczał. Nie potrafił odpowiedzieć. Anna wyszła tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, jak przestały jej się trząść ręce. Podział majątku zapowiadał się żmudnie. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat decyzji i zakupów. Prawnik mówił coś o wycenie, udziałach, negocjacjach. Anna kiwała głową, notowała, starała się nie myśleć, iż ich życie zostało sprowadzone do metrów kwadratowych i liczby koni mechanicznych. niedługo znalazła własną kawalerkę do wynajęcia. Uczyła się żyć sama. Gotować dla jednej osoby. Oglądać seriale bez czyjegoś komentarza nad uchem. Zasypiać na całym łóżku. W nocy przychodziła fala wspomnień. Leżała z twarzą w poduszce, przypominały się stokrotki z targu, koc w Łazienkach, jego śmiech, dłonie, głos, który szeptał „jesteś moim portem”. Bolało nie do zniesienia. Nie wyrzucisz piętnastu lat z serca, jak starych rzeczy na śmietnik. Ale spoza tego bólu wyłaniało się coś jeszcze. Ulga. Uczucie, iż zrobiło się dobrze. Zdążyła się zatrzymać, zanim przywiązała się do tego człowieka dzieckiem. Zanim utknęła na lata w martwym związku „dla dobra rodziny”. Trzydziestka dwójka na karku. Całe życie przed nią. Strach? Ogromny. Ale da radę. Nie ma wyjścia.

naszkraj.online 7 godzin temu
Chyba miłość minęła Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale rzekł wtedy, wręczając jej bukiet rumianków z bazaru przy Dworcu Centralnym. Małgorzata roześmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i jakimś cichym spokojem. Marek stał naprzeciwko niej z wyrazem twarzy człowieka, który doskonale wie, czego chce. A chciał właśnie jej. Ich pierwsza randka odbyła się w […]
Idź do oryginalnego materiału