Renata zaplątała się w korytarz mieszkania jakby przez mgłę, trzymając w dłoniach zimny klucz, który wydłużał się i skracał za każdym mrugnięciem. Dzień rozpuścił się w deszczu, a w powietrzu wisiał zapach śląskiego bigosu. Miała odwiedzić córkę Agnieszkę, której mieszkanie mieściło się przy ul. Kwiatowej w Katowicach. Po przekroczeniu progu potknęła się o górę pluszaków i przewrócone kubki, wszystko jakby oddychało zawiedzionym westchnieniem. Agnieszka siedziała po turecku na parkiecie i łkała cicho, tuląc do siebie jasnego kota, który nazywał się Hieronim.
Mamo, nie rozumiem chlipnęła Agnieszka, a jej głos był jak odgłos stukającego tramwaju, zacierany przez echo mieszkania. Rano smażyliśmy jajecznicę, dzieci chlapały się wodą w łazience, a potem… zadzwonił telefon Franka.
Agnieszka wyciągnęła z kieszeni czerwoną słuchawkę taka z czasów PRL. Po drugiej stronie rozległ się kobiecy szept, rozcinający ciszę jak nóż:
Skarbie, jak długo mam jeszcze czekać?
Agnieszka zapytała przestraszonym głosem, kto mówi, ale nieznajoma zniknęła w szumie i mleku eteru. Później spróbowała wypytać Franka, a on powtarzał tylko, iż to przypadek, ktoś się pomylił.
Rozumiesz, jestem ci wierny! prawie wykrzyczał. Ale w jego oczach sypał się popiół niepokoju. Spakował torbę, choć rękawy płaszcza wciąż powiewały tęsknotą, i wyszedł w zasypaną katowicką noc.
Renata próbowała utulić córkę słowami, dziwacznymi i nieporadnymi, jakby układała puzzle z obcych snów. Przecież to mogła być omyłka, ktoś przekręcił numer…
Następnego dnia, kiedy na placu Mariackim rosły papierowe kwiaty, Agnieszka zadzwoniła przerażonym szeptem: Franka już nie było, złożył pozew o rozwód, ale obiecywał spłacać kredyt. Złotówki wisiały nad nimi jak ciężkie chmury, bo jeżeli nie zapłaci, Agnieszka nie udźwignie raty i mieszkanie zniknie z ich życia, jak wszystko inne.
Franek powiedział, iż mieszkanie przejdzie na dzieci, Zosię i Filipa, chociaż między słowami docierały do Agnieszki pogłoski nowa kobieta Franka domaga się podziału majątku. Podobno potrzebuje mieszkania, bo jest w ciąży. Ale może to nieprawda, może to tylko senna mara.
Gdy się rozstawali, Franek powtarzał, iż spłaci wszystko i iż dzieci nie pozostaną bez dachu nad głową. Rozmawia z dziećmi przez telefon albo przez dziwaczne karteczki pozostawione w skrzynce na listy Agnieszka nie zabraniała kontaktu, chociaż nowej kobiecie się to nie podobało. Czasami Franek wydaje się zmęczony tą sytuacją i własnym zmęczeniem; nosi inny cień pod oczami, a ciąża tej kobiety ciąży także na nim.
Agnieszce śni się, iż kiedyś wszyscy troje handlują pierogami na rynku w Krakowie, ale pierogi uciekają, przemieniają się w żółte balony i unoszą w niebo, a Franek trzyma za rękę nieznaną kobietę, nie patrząc w stronę dzieci.







