Pamiętam, iż dawno, dawno temu, kiedy w naszej rodzinie zapanowała cisza jak po burzy, przybyliśmy do rodziców niepostrzeżenie, po prostu wpadliśmy do ich mieszkania w starej kamienicy przy ulicy Krakowskiej w Łodzi.
Wtedy jeszcze matka, Irena Kowalska, zmagała się z ciężką chorobą drugą fazą raka piersi. Przeszła serię chemioterapii, potem radioterapię. Po krótkim okresie remisji włosy odrosły, ale niedługo okazało się, iż spokój był jeszcze przedwczesny stan zdrowia matki ponownie się pogorszył.
Bogno, Tomaszu, dobry wieczór, wejdźcie przywitała ją bladą i szczupłą, niczym małą dziewczynkę.
Dzieci, proszę, usiądźcie. Mamy do was nietypową prośbę, posłuchajcie, co matka ma do powiedzenia powiedział ojciec, Jerzy Nowak, nieco zdezorientowany.
Bogno i Tomasz zajęli miejsce na kanapie i wyczekująco spojrzeli na Irenę. Kobieta westchnęła, rzuciła okiem na męża, jakby szukając wsparcia.
Nie zdziwcie się, mam do was dość nietypowe życzenie. Generalnie bardzo prosimy.
Uprowadźcie dla nas z ojcem chłopca, proszę! Nie damy sobie rady po pierwszych latach, a i inne przyczyny nas do tego zmuszają.
Zapanowała chwila milczenia. W końcu odezwała się najstarsza z córek:
Mamo, myślę, iż bardzo się zdziwisz, ale od dawna planowaliśmy to powiedzieć. My z Tomkiem bardzo pragniemy syna, a już mamy dwie córeczki twoje i taty wnuczki.
Nie ma gwarancji, iż trzecie dziecko będzie chłopcem. Poza tym zdrowie już nie jest takie, jak kiedyś. Jako iż ciąża wymagała cesarskiego cięcia, lekarze odradzają kolejne porody. Rozważaliśmy więc przygarnięcie małego chłopca z domu dziecka.
I wtedy wpadła mi do głowy przyjaciółka, ciocia Alicja ze starej pracy, pamiętasz ją? Kiedyś miała znamionko nad okiem, które prawie zasłaniało wzrok. Lękała się, iż trzeba je wyciąć, bo może się przekształcić. Dziś Alicja przyjechała, a znamionka już nie ma wygląda znakomicie.
Po drodze odwiedziliśmy babcię Zofię w jej wsi pod Krakowem. Zofia, znana w okolicy jako pomocna dusza, przyjęła nas serdecznie i od razu zadała dziwne pytanie:
Czy masz syna?
Kiedy usłyszała, iż mam jedną córkę Bognę i dwie kochane wnuczki Martę i Anię, Zofia naciskała: a co z drugą córką?
Zaskoczyło mnie, bo nikt oprócz mnie i Jerzego nie wiedział, iż w późnym terminie miałam poronienie. Miał przyjść pierwszy syn, ale nie przeżył drżały mi ręce na krawędzi koszulki.
Co dalej? zapytała bogna, patrząc na mamę wielkimi oczami.
A dalej to, co powiedziała Zofia adoptuj chłopca. Po tej rozmowie łzy spłynęły mi po policzkach, jakbym była winna, iż nie udało mi się zachować pierworodnego syna. Musiałam dać ciepło i miłość kolejnej małej istocie, by przywrócić równowagę.
Teraz słysząc własny głos, wiem, iż naprawdę tego chcę. Jerzy i ja mamy możliwość ofiarować dziecku zarówno ciepło, jak i miłość, i wszystko, czego będzie potrzebował. Nie dla własnego powrotu do zdrowia, ale z czystego pragnienia uratować od sierotstwa i samotności choć jedno maleństwo. Rozumiecie mnie?
Mamo, rozumiem cię i w pełni cię wspieram powiedziała Bogno ze łzami, rzucając się w ramiona matki zróbmy to!
Wcześnie uzgodniliśmy z dyrekcją domu dziecka, iż chcemy adoptować małego chłopca. Zaproszono nas, by zobaczyliśmy dzieci.
Irena i Jerzy również pojechali. W sali zabaw, na dywaniku, siedziały i bawiły się maluchy w wieku trzech i więcej lat.
Mamo, patrz, jaki chłopiec rudy, podobny do ciebie, jakby starannie układał wieżę z klocków. choćby język wystawił z ciekawości szeptała Bogno, wskazując na jednego z nich.
Do tego czasu usłyszeliśmy z kąta niezrozumiałe szeptanie. Z rogu pomieszczenia podszedł starszy chłopiec z smutnym spojrzeniem i cicho mruknął:
Ciociu, proszę, weźcie mnie, obiecuję, iż nie pożałujecie.
Bogno i Tomasz gwałtownie dopełnili wszystkich formalności i przyjęli pod opiekę Michała. Marta i Ania były bardzo dumne, iż mają teraz braciszka.
Michał od razu przyzwyczaił się i zaczynał nazywać Bogno i Tomasza mamą i tatą. Często odwiedzał u babci Ireny i dziadka Jerzego, bo mieszkali niedaleko, a szkołę mógłby chodzić pieszo.
Irenę nazywał przyjacielsko mamusiu Ira, choć nie była babcią. Wzrok miał taki, jakby patrzyła na własnego synka, którego nie udało się uratować.
Zaleceni lekarzom, Irena rozpoczęła kolejny cykl leczenia, ale stan nie poprawiał się, wręcz pogarszał.
Michał patrzył jej w oczy, gładząc krótkie włosy.
Mamusiu Iro, czemu chorujesz? Chcę, żebyś wyzdrowiała!
Nie wiem, Michałku, tak bywa, ale postaram się wyzdrowieć, obiecuję odpowiadała Irena, ciesząc się, iż tak ją nazywa.
Jerzy rozmawiał z lekarzem, który nalegał na operację.
Jakie szanse? zapytał Jerzy.
Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by cię uratować odpowiedział lekarz.
W dzień operacji wszyscy byli na nerwach. Bogno nieustannie dzwoniła do ojca. Jerzy umówił się z lekarzem, iż ten poinformuje go o postępach, a Jerzy był jak na kołczanie.
Nie od razu zorientował się, gdzie jest Michał. Znalazł go w sypialni przy krześle, w szafie Ireny. Michał nie słyszał, jak wszedł, siedział na podłodze, przytulony do płaszcza Ireny, płakał i cicho powtarzał:
Mamusiu Iro, nie odchodź, nie chcę cię stracić ponownie, proszę! Chcę, żebyś była ze mną zawsze, o mamusiu Iro!
Dzwoniąc telefon, przestraszyły się zarówno Jerzy, jak i Michał. Dzwonił lekarz, głos miał zmęczony i pozbawiony radości. Serce Jerzego zaczęło bić jak szalone.
Czy to koniec? Czy Irena nie przetrwa operacji? myślał, słysząc, iż Michał Iwanowicz informuje, iż operacja była trudna, ale zakończyła się pomyślnie, a żona przetrwała.
Była na krawędzi, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, jak ktoś z nieba pomaga w chwilach, gdy wydawało się, iż życie może się przerwać.
Dziękuję, dziękuję, doktorze! objął Jerzy Michała. Widzisz, nasza mama Irena żyje! Cud! Jesteś z nami, mały.
Wtedy usłyszałem, jak ktoś przywołuje imię Iry, i podziękowałem mu z całego serca.









