W polskim śnie, który bardziej był mglistą mozaiką wspomnień i dziwności niż życiem codziennym, babcia Wanda otwierała skrzypiącą furtkę, spódnica jej plątała się o omszałe progi, z trudem przeciskała klucz przez rdzewiejący zamek do swego pochłoniętego ciszą domu na końcu wsi pod Lublinem. Przysiadła zaraz przy zimnym piecu, skrzypiący stołek szeptał do niej: Gdzieś się podziewała, pani domu? Na kogo nas zostawiłaś? Jak tu przezimujemy?.
Dom pachniał opuszczeniem, stęchlizną, kurzem. Porosły koronką pajęczyn sufity, z pieca ulatywał przeciąg, który wydawał długie tony niczym organista podczas nieszpór. Wanda ledwo dyszała. Głaskała ściany ukradkiem, jakby przepraszała dom za swoją nieobecność. Już, już, mój kochany Odpocznę chwilkę i rozpalę piec, ogrzejemy się razem. szeptała, a jej głos pląsał po pustych izbach.
Jeszcze rok temu była jak wróbel: biegała z wapnem, przemykała się obok ikon na ścianie, świstem ścierki ścigała się z kurzem, w sadzie sadziła, plewiła, podlewała, piec próbował nadążyć za jej tempem wypiekając miękkie drożdżówki dom aż trzeszczał z uciechy. Jej duszka czuła się tu potrzebna.
Męża Wanda pochowała wcześnie, trójkę dzieci wychowała, wszystkich wykształciła. Najstarszy syn kapitan żeglugi przepadł gdzieś między portami Oslo a Gdańskiem; drugi wojskowy pułkownik rzadko zaglądał. Tylko najmłodsza córka, Danuta, została w okolicy jako główna agronomka. Z pracy wracała zmęczona, czasem wpadła na pierogi w niedzielę, potem znowu znikała na tydzień.
Ukrytym okruchem szczęścia była wnuczka Jagusia. Ta to dopiero wyrosła! Oczy szaroniebieskie odrobinę zieleniały na wiosnę, a włosy sypały złotem aż po pas błyszczały jak opisane w wiosennych bajkach. Gdy związała je w koński ogon, wszystkie chłopaki z okolicy zapominali, jak się nazywają. Postawa arystokratyczna; figura jakby wycinała ją artystka ludowa z lipowego drewna. A Wanda, choć była kiedyś śliczną panną, przy starych fotografiach żartowała: Tu pastuszka, tam królowa.
Mądrość Jagusi przyniosła dyplom z ekonomii rolniczej z uniwersytetu w Lublinie. gwałtownie wróciła i wyszła za mąż za weterynarza, z którym państwo dało im nowy dom. Dom cegła po cegle, na bogato największy od Radomia po Puławy. Tylko ogród był lichy, w porównaniu z babcinym kilka smutnych badyli. Sadzić nie było jej w duszy zresztą urodził się syn Wojtuś więc czasu w grzebanie w ziemi starczyłby co najwyżej na wyrzucenie skórki od jabłka przez płot.
Jagusia zaczęła babcię do siebie wołać: Babciu, wpadaj do nas! Dom wielki, gazowe ogrzewanie, zero zmartwień!. Ale lata swoje zrobiły Wanda skończyła osiemdziesiąt lat i nagle jej zdrowie zaczęło się kruszyć jak mazurek wielkanocny w niecierpliwych rękach. Uległa wnuczce, zamieszkała z nimi na trochę.
Prędko jednak usłyszała, jak przez mgłę: Babciu najdroższa, kocham cię nad życie! Ale czemu nic nie robisz? Przecież zawsze się krzątałaś! Ja gospodarstwo marzę prowadzić, liczę na pomoc
Córeńko, już nie mogę Nogi nie te, stara już jestem
Hm U siebie latałaś, a u mnie od razu stara?
Wkrótce Wanda wracała do własnego domu, pod osłoną lipcowego zmierzchu. Czuła się bezużyteczna, zawiodła ulubioną wnuczkę leżała już prawie ciągle. Każdy krok po podłodze był jak wejście na szczyt Rysów, do stołu dotrzeć trudno, a do kościoła po prostu niemożliwe.
Proboszcz, ksiądz Jan, sam przyszedł odwiedzić dawną parafiankę, która tak pilnie pomagała przy renowacji ikony w głównym ołtarzu. Przywiózł chleb, pierniki, pół blachy gorącej rybnej szarlotki od swojej żony, Heleny. Ogarnięty refleksją pogrzebał w piecu, przyniósł drewno, rozniecił ogień. Ustawił czarną, nadgryzioną przez czas brytfannę na piecu.
– Synku drogi tfu, księże nasz kochany! Adresy na kopertach wypisz, bo jak ja swoje kocie pazury postawię list zginie jak we mgle!
Ksiądz Jan rzucił okiem na trzęsące się litery: Kochany synku, mam się wspaniale, mam wszystko, dzięki Bogu! tusz rozmazany przez łzy, które z pewnością były słone.
Opieka spadła na sąsiadkę Anielę, ksiądz regularnie odwiedzał Wandę, jej zięć Marian były marynarz dowoził na msze starym Junakiem. Życie powoli układało się na nowo.
Jagusia zniknęła z życia babci. Dwa lata później ciężko zachorowała: rak płuc, który przykucnął cicho na granicy żołądkowych dolegliwości. Wyjeżdżała z tego świata pół roku, z cieniem na twarzy. Jej mąż topił żal w wódce prosto na cmentarzu; czteroletni Wojtuś smarkaty, głodny i zaniedbany został sam.
Danuta nie miała wyjścia zabrała Wojtusia do siebie, ale pracy po korek, pogłaskać wnuka sił już nie starczało. Szykowano go do domu dziecka w powiecie internatu: porządny dyrektor, obiady z dwóch dań, weekendy w domu – lepiej niż w PRL.
Ale wtedy Wanda, z pomocą sąsiada Mariana, znów pojawiła się jak z bajki w koszuli nocnej, z tulipanem na podomce, zadeklarowała: Wojtusia do siebie biorę.
Mamo, – spierała się Danuta, ty nie chodzisz prawie wcale! To nie piesek, to dziecko jak dasz radę? I prać trzeba, gotować!
Jak będę żyć, póki siły, Wojtusia nikomu nie oddam! odcięła babcia i nie było dyskusji.
Marian odwiózł ich do domu na wieś. Sąsiedzi kręcili głowami: Dobra kobieta, ale chyba jej na starość rozum odebrało Sama ledwo stoi, a jeszcze dzieciaka wzięła Plotkowali, iż się zgubi, Wojtuś pobłądzi, wszystko runie.
Ksiądz Jan, pełen złych przeczuć, zastał ciepłą chatę. Wojtuś czysty, wyspany słuchał bajki o Kocie w butach z adaptera, a babcia Wanda śmigała po izbie: smarowała blachę, biła jajka, do sera rondlem mieszała jakby dwadzieścia lat jej ubyło.
– Proszę księdza! Wpadłam na myśl upiekę drożdżówki z twarogiem Zostanie dla pani Helenki i Krzysia na podwieczorek!
Później ksiądz opowiadał w domu te cuda żonie. A ona, zamyślona, wyjęła z kredensu zeszyt z wierszami. Czytała z niego historię starej babki Apolonii: przeleżała już trzy dni, bez wody, bez chleba cicho oddychała. Naraz z drugiej izby dobiegł płacz niemowlęcia wnuczka Ania wróciła ze szpitala z dzieckiem, nie miała mleka, maleństwo ryczało na całe mieszkanie.
Umierająca babcia Apolonia poderwała się, ubrała futrzane kapcie i przylgnęła do łóżeczka, tuląc dziecko śmierć oddaliła się w kąt. Gdy domownicy wrócili z pracy, babcia była żwawa, a maleństwo zaspane i spokojne.
Helenka zamknęła zeszyt, spojrzała na męża z uśmiechem: Moja prababcia Wera właśnie tak wyśpiewywała: Nam jeszcze nie pora umierać w domu spraw czeka niemało!. Dożyła stu lat pomagała mojej mamie chować prawnuki.
Ksiądz Jan również się uśmiechnął. A nad domami przesuwał się cień wieczoru, w którym wszystko mogło się wydarzyć.

![Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra w Radoszycach. Znamy szczegóły [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/Zapowiedz-WOSP-w-Radoszycach-2026.jpg)










