Maria przez dwa lata była tylko pielęgniarką u jego matki.
Wszystko zaczęło się na ulicach Lublina, gdzie Maria w tamtym śnie była zawsze Marią, nigdy Martą ani Zofią nagle wychodzi za mąż za poważnego, nieruchomego jak posąg mężczyznę o nazwisku Borkowski. Wszystkie koleżanki z uniwersytetu, takie jak Justyna i Malwina, patrzyły na jej nowe życie jak przez szybę wystawową u jubilera w Nowym Sączu. Pan Borkowski miał własną firmę, dom w stylu przedwojennej willi na obrzeżach Gdyni, kilka srebrzystych samochodów, i choćby chatę na Mazurach, gdzie czas płynął krzywo, jakby zegary się topiły. I to wszystko już w wieku trzydziestu dwóch lat, choć w snach liczby nie mają znaczenia.
Maria właśnie skończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez rok śniła, iż jest nauczycielką dla dzieci, których twarze były zamazane jak w starych fotografiach. Latem, gdy lipiec płynął leniwie po Wiśle, pobrali się podczas surrealistycznej ceremonii, w której goście mieli twarze z porcelany. Po ślubie Borkowski powiedział: Nie ma sensu, żebyś pracowała za parę złotych. Kazał jej zostać w domu, by przygotować się na narodziny dzieci, które nigdy się nie pojawiają w śnie, jedynie ich echo krąży wokół.
Pierwszy rok to była bajka. Maria i jej mąż podróżowali do Zakopanego, Gdańska i Bieszczad. Wracali z mnóstwem wspomnień zapakowanych w walizki, w których ubrania nigdy nie pasowały do żadnej okazji. Przyjaciółki Marii pracowały dniami i nocami, a weekendy przebiegały im wśród rozmów rodzinnych i prac domowych. Jej mąż przechadzał się po bankietach, ale nigdy nie brał żony ona zostawała jak cień za zamkniętymi drzwiami.
Znudzenie Marii przybierało postać przezroczystych motyli i zaczęło rozpuszczać jej uczucia do męża. Nie mogła zostać matką, a jej marzenia były jak ulotne mgły na przedwiośniu. Gdy kończyła obowiązki domowe, przechodziła z pokoju do pokoju, w których meble rosły i maleły jak w kalejdoskopie, rozmyślając nad przyszłością, która zdawała się być zapiskiem na paragonie. Rok minął ponownie. Mąż bywał w domu rzadziej niż światełko w piwnicy, wracał wieczorami, zmęczony, zły, rzucając słowa jak kamienie: Interesy nie idą tak gładko, jakbym chciał.
Najpierw prosił, żeby wydawała mniej pieniędzy. Potem wymagał, by zapisywała każdy grosz, każdą wydaną złotówkę. Pokazywał jej rozliczenia i mówił, iż za połowę tych pieniędzy można żyć jak w Krakowie na studiach. Maria zamartwiała się. Chciała wrócić do pracy, ale praca dla polonistki była jak zamknięta szafa nie mogła znaleźć zatrudnienia.
Postanowiła zapisać się na kurs, ale w tym śnie matka jej męża, pani Zofia Borkowska, nagle zachorowała. Na dwa lata Maria stała się jej pielęgniarką i cień codzienności przesłonił jej własne marzenia. Mąż przeniósł matkę do ich domu, a Maria była wszystkim: kucharką, sprzątaczką, opiekunką. Pan Borkowski coraz rzadziej pojawiał się w domu, zostawiały go tylko nieużywane klucze i resztki zimnej zupy na stole.
Gdy matka umarła, każdy dźwięk w domu był cichy, mąż oddalił się jeszcze bardziej. Prawie nie rozmawiał z żoną, a jego twarz była zawsze częściowo oświetlona, częściowo w cieniu. Zaczął unikać spojrzeń, coraz więcej czasu spędzał w pracy, wracał późno, prawie wcale.
Maria nie rozumiała już niczego, dopóki nie odwiedziła dawnego mieszkania teściowej w Toruniu, gdzie czas zatrzymał się w grudniowe popołudnie. Za zimnymi drzwiami usłyszała płacz dziecka dźwięk jak dzwonek tramwaju w Poznaniu. Była przekonana, iż mieszkanie jest puste, ale nacisnęła dzwonek, który zadźwięczał jak echo jej myśli.
Drzwi otworzyła młoda kobieta, zupełnie obca, a jednak jej rysy miały w sobie coś znajomego. Okazało się, iż jej mąż jeszcze przed chorobą matki założył drugą rodzinę, z cichą dziewczyną imieniem Grażyna. Umieścił ją właśnie tam, w mieszkaniu matki. Dla Marii to był szok, który rozsunął jej snem ściany rzeczywistości jak kurtynę w teatrze.
Wiedziała, iż nie uratuje już swojego małżeństwa. Wyjechała do Łodzi, do ciotki Hanny, praktycznie bez niczego, z małą torebką. Nie chciała zabierać ze sobą żadnych przedmiotów, które przypominałyby jej o życiu, którym nie chciała już śnić.




__wm.jpg)







