Matka nigdy nie choruje. "Jestem jak robot na baterie, które nigdy się nie wyczerpują"

gazeta.pl 2 godzin temu
Mówi się, iż matki nie chorują. Nie biorą wolnego, nie odkładają obowiązków na jutro, a funkcjonują w stanie ciągłej gotowości. I choć brzmi to trochę jak jakiś stereotyp, jest w tych słowach ukryte zaskakująco dużo prawdy. Wiedzą coś o tym nasze czytelniczki, które choćby z gorączką, katarem czy bólem gardła pozostają centrum domowego wszechświata. Bo macierzyństwo nie zna pojęcia L4.
- Wiadomo, kiedy dzieci są chore, koncentrujemy się tylko na nich, nic innego się nie liczy. I chyba nie ma się czemu dziwić - opowiada w rozmowie z eDziecko pani Iwona, mama dwójki dzieci w wieku 3 i 5 lat. - Sprawa zaczyna się komplikować w momencie, w którym mnie dopadnie jakieś choróbsko. W pracy mogę wziąć wolne, ale w domu jestem matką na pełen etat, od tego nie ma zwolnienia - dodaje.

REKLAMA







Zobacz wideo Rutkowski o tym, jak Junior radzi sobie w szkole. Jest mocny w tym przedmiocie



"Mąż twierdzi, iż przesadzam"
Jak przyznaje, mąż trochę pomaga, ale dopiero po powrocie z pracy. - Zawsze jednak marudzi, iż też jest zmęczony i musi odpocząć. I tak przygotowanie posiłków, ogarnianie dzieci i wszystkie te domowe sprawy są na mojej głowie. On zrobi jakieś zakupy, wyrzuci śmieci czy odkurzy, ale w sumie nic więcej. Nie liczy się ból gardła, katar, kaszel czy choćby gorączka. No chyba iż mam powyżej 38 stopni, to wtedy bardziej się angażuje. Gdy jest odrobinę lepiej, jego zdaniem przesadzam - wyznaje pani Iwona.
Najbardziej boli ją jednak nierówność w postrzeganiu choroby. - Najbardziej denerwuje mnie fakt, iż kiedy mąż ma 37,1 i katar, zachowuje się jakby był obłożnie chory. A ja? Czasami mam wrażenie, iż jestem jak robot na baterie, które nigdy się nie wyczerpują. Z tego co wiem, wiele kobiet ma podobne spostrzeżenia - dodaje na zakończenie rozmowy.


"Rozumieją, iż potrzebuję spokoju"
Nieco inne doświadczenia i spostrzeżenia ma pani Natalia, mama dwóch synów w wieku 6 i 9 lat. - Teraz jest łatwiej. Dzieci są już duże, rozumieją, iż kiedy jestem chora, potrzebuję spokoju. Wtedy całą opiekę nad nimi i nade mną przejmuje mąż - mówi nasza czytelniczka.
Jak podkreśla, nie zawsze tak było. - Jak synowie byli mali, było jednak dużo trudniej. Kiedyś jak miałam jelitówkę i wymiotowałam, syn nie chciał odejść od drzwi łazienki, ciągle mnie wołał i to była masakra. Z kolei jak innym razem leżałam z gorączką, razem wymyślili, iż poczytają mi książeczki. Jeszcze nie umieli czytać. To było cudowne, ale i męczące, gdyż trwało dwie godziny z przerwami na fikołki na mnie - podkreśla kobieta.



Choroba matki to pewnego rodzaju atrakcja dla dziecka
Swoją historią dzieli się również pani Iza, mama dwulatka: Pamiętam, iż kiedy miałam grypę żołądkową, mój syn nie odstępował mnie na krok. Wszystkie dolegliwości były dla niego wielką atrakcją. Gdy poprosiłam męża, żeby go zabrał i zajął się nim, mały się rozpłakał. Nie było wyjścia, został moim wiernym towarzyszem w chorobie.


Zupełnie inne doświadczenia z chorowaniem ma Ania, która od lat praktykuje to samo rozwiązanie. - Kiedy tylko coś zaczyna mnie rozkładać, opiekę nad dziećmi przejmują dziadkowie. Mieszkają blisko, więc nie ma z tym większego problemu. Maluchy się nie zarażają, ja mogę odpocząć i nabrać sił, a mąż nie musi stawać na głowie, by pogodzić pracę z opieką nade mną i dziećmi. To u nas działa i jestem moim rodzicom za taką pomoc bardzo wdzięczna - wyznaje.
A jak to wygląda u Ciebie? Chcesz podzielić się z nami swoją historią? Napisz na adres: klaudia.kierzkowska@grupagazeta.pl. Gwarantujemy anonimowość.
Idź do oryginalnego materiału