Mąż cenniejszy niż najgorsze urazy – Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby nie próbuj klękać, jak lubisz – nie pomoże! – postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem. Igor oczywiście nie uwierzył. Był pewny, iż wszystko skończy się według starego scenariusza: padnie na kolana, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja znów wybaczę. Tak już było nie raz. Tym razem naprawdę postanowiłam rozwiązać węzły hymenu. Moje palce, aż po małe, były obłożone pierścionkami, a życia nie było. Igor nałogowo się upijał. …A wszystko zaczęło się tak romantycznie. Mój pierwszy mąż, Edek, zaginął bez wieści. Działo się to w latach dziewięćdziesiątych – wtedy życie w Polsce naprawdę było niepewne. Edek nie był zbyt zgodny. Sam prosił się o kłopoty. Jak to się mówi, oczy orle, a skrzydła komarze. Jak coś mu nie odpowiadało, zaczynała się ostra awantura. Jestem pewna, iż Edka dopadli jacyś łysi w rozliczeniach. Żadnych wieści od niego nie otrzymałam. Zostałam z dwiema córkami – Lizą lat pięć i Renią lat dwa. Minęło pięć lat od jego zaginięcia. Myślałam, iż oszaleję. Bardzo kochałam Edka, mimo jego wybuchowego charakteru. Byliśmy papużki nierozłączki. Stanowił dla mnie wszystko. Uznałam, iż życie się skończyło; będę tylko wychowywać dziewczynki. Przekreśliłam siebie. Jednak… W tamtym trudnym czasie nie miałam łatwo. Pracowałam w fabryce, pensję dostawałam… żelazkami. Trzeba je było opylić, żeby kupić jedzenie. W weekendy tym się zajmowałam. Zimą, już siniejąc z zimna, sprzedając żelazka na rynku, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal. – Zimno pani? – zapytał nieznajomy z troską. – A jak pan poznał? – próbowałam jeszcze żartować. Ząb na ząb nie trafiał, ale od bliskości mężczyzny poczułam ciepło. – No tak, głupio mówię. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę pani przenieść te żelazka. – No dobrze, chodźmy. Bo zamarznę i tyle mnie będzie – wyszeptałam. Oczywiście, nie poszliśmy do kawiarni. Wzięłam go bliżej domu, poprosiłam, by poczekał na klatce i popilnował torby z żelazkami. Musiałam odebrać dzieci z przedszkola. gwałtownie pobiegłam. Zimno aż w nogach kamienieje, ale na sercu cieplej. Wróciłam z dziećmi, a z daleka już widzę Igora (tak się przedstawił). Stał i palił, z nogi na nogę przestępując. Pomyślałam: „zaproszę na herbatę, co będzie, to będzie!” Igor pomógł mi wtargać torbę na szóste piętro (winda oczywiście nie działała). Z dzieciakami wspinałam się na trzecie, a Igor już wracał. – Czekaj, mój wybawco! Nie wypuszczę cię, póki nie napijesz się u mnie gorącej herbaty! – złapałam go lodowatą ręką za rękaw kurtki. – No nie wiem… nie przeszkadzam? – Ależ skąd! Pan dziewczynki za ręce, a ja biegnę, wstawię wodę na herbatę – zaproponowałam bez obaw. Nie chciałam go stracić. Już był swój. Przy herbacie Igor zaproponował mi pracę jako asystentka, za płacę większą, niż żelazka przez rok. Oczywiście, zgodziłam się od razu. A miałam ochotę jeszcze ręce całować… Igor był już drugi raz żonaty, rozwodził się. Z pierwszego małżeństwa miał syna. No i się zaczęło… gwałtownie pobraliśmy się. Igor przysposobił moje dziewczynki. Zamieszkaliśmy w dużym, czteropokojowym mieszkaniu z nowymi meblami i sprzętem. Potem jeszcze domek letniskowy, co roku wakacje nad morzem. Życie bajka! …Minęło siedem lat szczęśliwego życia. Widocznie Igor, zdobywszy wszystko, zaczął zaglądać do kieliszka. Na początku nie reagowałam. Wiedziałam, iż dużo pracuje, zmęczony, musi się jakoś odstresować. Ale gdy zaczął pić w pracy, zaniepokoiłam się. Namowy nie pomagały. Dodam, iż jestem z natury awanturnicą. By odciągnąć męża od picia… postanowiłam urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Moje koleżanki tylko się śmiały: – Ty, Taniu, może i my zdecydujemy się zostać młodymi mamami po czterdziestce! A ja mówiłam zawsze: – Jak się pozbędziesz dziecka, później będziesz gorzko żałować. Jak urodzisz, choćby nieplanowanego malucha, nigdy nie pożałujesz. …Urodziłam z Igorem bliźniaczki. Wychowywaliśmy już cztery córki! Ale Igor nie przestał pić. Znosiłam, znosiłam, aż zapragnęłam natury i swojego kąta na wsi – dzieciom dla zdrowia, a Igor nie będzie miał czasu w picie. Sprzedaliśmy mieszkanie i domek. Kupiliśmy dom w małym miasteczku. Otworzyliśmy kawiarnię. Igor został zapalonym myśliwym. Kupił strzelbę, sprzęty. W lesie był zwierzyniec. Wszystko było całkiem nieźle, aż do dnia, gdy Igor się upił, nie wiem czyim trunkiem, ale dostał szału! Potłukł talerze, meble, dobrał się i do nas. Wziął strzelbę i strzelił w sufit! Pobiegłam z córkami do sąsiadów. Koszmar. Rano wszystko ucichło. Wróciliśmy do domu… Widok straszny. Szkoda, iż dzieci to widziały. Wszystko potrzaskane, puste, nie ma gdzie usiąść, zjeść, spać. Igor spał jak martwy. Zebrałam resztki i poszłam z dziećmi do mamy, która mieszkała niedaleko w tym samym miasteczku. Mama lamentowała: – Oj, Taniu, co mam począć z twoją dziewczyńską bandą? Wróć do męża. W rodzinie różnie bywa. Zmieli się, muł zostanie. Mama miała zasadę – zęby w fartuchu, ale mąż przystojny. …Po paru dniach zjawił się Igor. I wtedy postawiłam kropkę na naszym związku. Igor nie pamiętał z tamtej nocy niczego. Nie uwierzył w moje „bajki”, ale mnie już to nie obchodziło. Zerwałam wszystko. Mosty spalone. Jak żyć dalej? Nie wiedziałam, ale wolałam głodować i żyć, niż zostać zabita przez pijanego męża. Kawiarnię sprzedałam za bezcen, w pośpiechu opuściłam miasteczko z dziećmi. Zamieszkaliśmy w sąsiedniej wsi, w maleńkim domku. Starsze córki zaczęły pracować. Później, całe szczęście, wyszły za mąż. Bliźniaczki poszły do piątej klasy. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Igora i utrzymywały kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u Igora. Przez córki były mąż błagał, żebym wróciła. Córki też namawiały: „Mamo, już nie bądź taka dumna, tata zrozumiał, prosił o przebaczenie. Pomyśl o sobie, nie masz już dwudziestu pięciu lat…” Ale byłam nieugięta. Chciałam spokoju, bez nadmiernych wrażeń. …Minęły dwa lata. Zaczęło mi brakować Igora. Dopadła mnie samotność. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało się ich wykupić – szkoda. Wspominałam minione lata. W domu była miłość. Igor naprawdę kochał dziewczynki, mnie szanował, zawsze potrafił przeprosić. Mieliśmy przykładną rodzinę. Co komu szczęście – innemu szczęścia nie zabierzesz. Czego mi brakowało? Starsze dziewczyny tylko dzwonią, nie wpadają, nie mają czasu. Zrozumiałe – młodość wygrywa. Niedługo i bliźniaczki odlecą z gniazda, a ja zostanę sama. Namówiłam bliźniaczki, by popytały tatę, jak tam sobie żyje… Może już inną ma? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, iż Igor mieszka i pracuje w innym mieście. Kropelki alkoholu od roku nie wypił. Jest sam, żadnej nowej nie ma. Dał córkom nowy adres… tak na wszelki wypadek… Krótko mówiąc: jesteśmy razem już piąty rok. Mówiłam – jestem urodzoną awanturniczką…

polregion.pl 7 godzin temu

MĘŻCZYZNA CENNIEJSZY NIŻ GORZKIE KRZYWDY

Grzegorz, to była ostatnia kropla! Dość, rozwodzimy się! I nie klękaj przede mną jak zwykle, tym razem to nie zadziała! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.

Grzegorz oczywiście nie uwierzył. Był pewny, iż wszystko potoczy się znanym scenariuszem: on uklęknie, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja mu wybaczę. Tak już bywało. Ale tym razem postanowiłam przeciąć nić łączącą nas węzłem małżeńskim. Palce, aż po małe, były obwieszone pierścionkami, ale życia w tym nie było. Grzegorz nieustannie zaglądał do kieliszka.

A wszystko zaczęło się przecież tak romantycznie…

Mój pierwszy mąż, Edward, zaginął bez wieści. Stało się to w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy w Polsce wszystko było niepewne i straszne.

Edward nie należał do najłatwiejszych ludzi. Szukał problemów, gdzie tylko się dało. Jak powiadają, sokoli wzrok, a skrzydła komarze. Gdy coś było nie po jego myśli, zaraz była awantura na całego. Jestem pewna, iż Edward zginął w jakiejś porachunkach. Żadnego śladu po nim nie było. Zostałam sama z dwiema córkami. Zosią pięć lat, Marysią dwa. Minęło pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia.

Myślałam, iż zwariuję. Bardzo kochałam Edwarda, mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy jak dwie połówki jabłka. Powiedziałam sobie życie skończone, będę wychowywać dziewczynki. O sobie zupełnie zapomniałam. Jednak…

W tamtych czasach nie było mi łatwo. Pracowałam w fabryce, wypłatę dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedać, żeby kupić jedzenie. Weekendy spędzałam handlując nimi na targu. Zimą, zsiniała od zimna, próbowałam coś sprzedać. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.

Zimno pani? zapytał łagodnie nieznajomy.

Skąd pan wie? próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Mimo to jego obecność otuliła mnie ciepłem.

Może i głupio zabrzmiało. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę zanieść żelazka.

Chętnie, bo chyba zaraz tu zamarznę wydusiłam z trudem.

Nie poszliśmy do kawiarni. Pociągnęłam go pod blok, poprosiłam, żeby poczekał z żelazkami. Musiałam odebrać dziewczynki z przedszkola. Pośpiesznie pobiegłam po nie, zależało mi, bo nogi mi drętwiły, ale na sercu zrobiło się ciepło. Wracając, zobaczyłam z daleka tego mężczyznę przedstawił się jako Grzegorz. Palił papierosa, spoglądał nerwowo na drzwi. „Zaproponuję herbatę. A potem co ma być, to będzie”, pomyślałam.

Grzegorz pomógł mi nieść torbę aż na szóste piętro. Windy oczywiście nie było. Gdy dotarłam z córkami na trzecie piętro, on już schodził ze schodów.

Proszę się zatrzymać, mój wybawco! Nie wypuszczę pana stąd, dopóki nie napijemy się gorącej herbaty! złapałam go za rękaw drżącą dłonią.

Nie będę przeszkadzał? popatrzył na dziewczynki.

Skądże! Niech pan weźmie je za ręce, a ja zrobię herbatę zachęciłam bez wahania.

Nie chciałam go stracić. Już czułam, iż jest bliski. Przy herbacie Grzegorz zaproponował mi pracę. Pensję zaproponował większą niż cała roczna praca w fabryce żelazek.

Oczywiście zgodziłam się bez namysłu. Chciałam mu ręce całować za tę propozycję.

Grzegorz był już drugi raz żonaty, ale w trakcie rozwodu. Z pierwszego małżeństwa miał syna.
I tak to się zaczęło…

Szybko się pobraliśmy. Grzegorz adoptował moje córeczki. Wszystko szło gładko, aż miło patrzeć. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, wyposażone luksusowym sprzętem. Później postawiliśmy domek letniskowy. Co roku wyjeżdżaliśmy nad Bałtyk. Żyć, nie umierać…

Siedem lat szczęścia mignęło jak z bicza trzasł. Widocznie Grzegorz, osiągnąwszy wszystko, zaczął częściej zaglądać do butelki. Na początku nie reagowałam, rozumiałam ciężko pracuje, musi się odstresować. Ale gdy zaczął pić choćby w pracy, zaczęłam się martwić. Prośby nie pomagały.

Z natury jestem ryzykantką. By odciągnąć męża od wódki, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Moje koleżanki, słysząc o moim pomyśle, tylko się śmiały.

No, Bogusia, może i my postanowimy urodzić po czterdziestce żartowały.

A ja zawsze powtarzałam:

jeżeli się pozbędziesz dziecka, będziesz potem żałować. Jak urodzisz, choćby to był przypadek nigdy nie pożałujesz.

Urodziły się bliźniaki. Tak więc wychowywaliśmy cztery córki! Grzegorz się nie zmienił. Pił dalej. Zacisnęłam zęby, ale chciałam coś zmienić: przeprowadzić się na wieś, prowadzić gospodarstwo, mieć zwierzęta. Dla dzieci korzyść, mąż nie będzie miał czasu w picie.

Sprzedaliśmy mieszkanie i domek letniskowy. Kupiliśmy dom w małym miasteczku, otworzyliśmy świetną kawiarnię. Grzegorz został zapalonym myśliwym. Kupił broń, niezbędny ekwipunek. Zwierzyny w lasach nie brakowało.

Wszystko było dobrze, aż do kolejnego pijanego wieczoru Grzegorza. Nie wiem, co wtedy pił, ale kompletnie oszalał! Rozbił talerze, meble, aż w końcu wziął strzelbę i wystrzelił w sufit!

Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. To był koszmar.

Rano ucichło. Skradając się, wróciłyśmy do domu. Widok okropny wszystko rozbite, zniszczone. Dzieci zobaczyły to piekło. Nie było gdzie usiąść, z czego jeść, ani na czym spać. Grzegorz spał jak nieżywy na podłodze.

Zebrałam resztki rzeczy i wężykiem z dziećmi pomaszerowałam do mamy. Mieszkała nieopodal.

Oj, Boguśka, co mam zrobić z Twoją gromadką dziewczyn? Wracaj do męża. Tak już w życiu bywa. W rodzinie różnie się dzieje, a po burzy zawsze wychodzi słońce mama powazała zasadę: lepiej mieć zęby w fartuchu, ale męża przy boku.

Po kilku dniach Grzegorz przyszedł błagać o wybaczenie. Wtedy postawiłam kropkę. Swojego „balu” zupełnie nie pamiętał. Moje opowieści wydawały mu się bajkami. Mnie już to nie ruszało. Ucięłam wszystko. Spaliłam mosty.

Nie wiedziałam, jak teraz żyć, ale zdecydowałam: lepiej być głodną, ale żywą, niż zginąć z ręki męża w amoku.

Kawiarenkę sprzedałam za grosze, byle jak najszybciej zniknąć z tej miejscowości. Zamieszkałyśmy w sąsiedniej wsi, w maleńkiej chacie.

Starsze córki poszły do pracy, a potem, chwała Bogu, wyszły za mąż.

Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Grzegorza i miały z nim kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u niego. Grzegorz przez córki błagał mnie, bym wróciła. One też namawiały, „mamo, nie bądź taka zacięta, tata się zmienił, prosił sto razy o wybaczenie! Pomyśl o sobie, nie masz już dwudziestu pięciu lat…” Ale byłam nieugięta. Chciałam spokoju, bez stresu i ekscesów.

Minęły dwa lata.

Zaczęło mi brakować Grzegorza. Samotność bolała. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało mi się ich wykupić. Szkoda. Wspominałam dawne życie, rozważałam wszystko. W domu była miłość. W gruncie rzeczy Grzegorz kochał wszystkie córki tak samo, mnie szanował, potrafił przeprosić. Byliśmy przykładną rodziną. Każdy ma swoje szczęście, cudzym nie pojedziesz. Czego jeszcze chcieć?

Najstarsze córki już tylko dzwoniły nie wpadały w odwiedziny. Rozumiałam, młodość ma swoje prawa. Za chwilę moje bliźniaczki pofruną z gniazda i zostanę całkiem sama. Dziewczyny jak gąski: wyrosną piórka, to się rozlecą.

Namówiłam więc bliźniaczki, by wybadały u taty, jak żyje. Może nowa kobieta? Wypytały Grzegorza o wszystko. Okazało się, iż mieszka i pracuje w innym mieście, alkoholu nie tknął od dawna. Nikogo nie ma, jest sam zostawił im choćby dokładny adres. Tak na wszelki wypadek…

I tak. Jesteśmy razem piąty rok.

Mówiłam przecież jestem ryzykantką.

Idź do oryginalnego materiału