MĘŻCZYZNA CENNIEJSZY NIŻ GORZKIE KRZYWDY
Grzegorz, to była ostatnia kropla! Dość, rozwodzimy się! I nie klękaj przede mną jak zwykle, tym razem to nie zadziała! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.
Grzegorz oczywiście nie uwierzył. Był pewny, iż wszystko potoczy się znanym scenariuszem: on uklęknie, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja mu wybaczę. Tak już bywało. Ale tym razem postanowiłam przeciąć nić łączącą nas węzłem małżeńskim. Palce, aż po małe, były obwieszone pierścionkami, ale życia w tym nie było. Grzegorz nieustannie zaglądał do kieliszka.
A wszystko zaczęło się przecież tak romantycznie…
Mój pierwszy mąż, Edward, zaginął bez wieści. Stało się to w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy w Polsce wszystko było niepewne i straszne.
Edward nie należał do najłatwiejszych ludzi. Szukał problemów, gdzie tylko się dało. Jak powiadają, sokoli wzrok, a skrzydła komarze. Gdy coś było nie po jego myśli, zaraz była awantura na całego. Jestem pewna, iż Edward zginął w jakiejś porachunkach. Żadnego śladu po nim nie było. Zostałam sama z dwiema córkami. Zosią pięć lat, Marysią dwa. Minęło pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia.
Myślałam, iż zwariuję. Bardzo kochałam Edwarda, mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy jak dwie połówki jabłka. Powiedziałam sobie życie skończone, będę wychowywać dziewczynki. O sobie zupełnie zapomniałam. Jednak…
W tamtych czasach nie było mi łatwo. Pracowałam w fabryce, wypłatę dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedać, żeby kupić jedzenie. Weekendy spędzałam handlując nimi na targu. Zimą, zsiniała od zimna, próbowałam coś sprzedać. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.
Zimno pani? zapytał łagodnie nieznajomy.
Skąd pan wie? próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Mimo to jego obecność otuliła mnie ciepłem.
Może i głupio zabrzmiało. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę zanieść żelazka.
Chętnie, bo chyba zaraz tu zamarznę wydusiłam z trudem.
Nie poszliśmy do kawiarni. Pociągnęłam go pod blok, poprosiłam, żeby poczekał z żelazkami. Musiałam odebrać dziewczynki z przedszkola. Pośpiesznie pobiegłam po nie, zależało mi, bo nogi mi drętwiły, ale na sercu zrobiło się ciepło. Wracając, zobaczyłam z daleka tego mężczyznę przedstawił się jako Grzegorz. Palił papierosa, spoglądał nerwowo na drzwi. „Zaproponuję herbatę. A potem co ma być, to będzie”, pomyślałam.
Grzegorz pomógł mi nieść torbę aż na szóste piętro. Windy oczywiście nie było. Gdy dotarłam z córkami na trzecie piętro, on już schodził ze schodów.
Proszę się zatrzymać, mój wybawco! Nie wypuszczę pana stąd, dopóki nie napijemy się gorącej herbaty! złapałam go za rękaw drżącą dłonią.
Nie będę przeszkadzał? popatrzył na dziewczynki.
Skądże! Niech pan weźmie je za ręce, a ja zrobię herbatę zachęciłam bez wahania.
Nie chciałam go stracić. Już czułam, iż jest bliski. Przy herbacie Grzegorz zaproponował mi pracę. Pensję zaproponował większą niż cała roczna praca w fabryce żelazek.
Oczywiście zgodziłam się bez namysłu. Chciałam mu ręce całować za tę propozycję.
Grzegorz był już drugi raz żonaty, ale w trakcie rozwodu. Z pierwszego małżeństwa miał syna.
I tak to się zaczęło…
Szybko się pobraliśmy. Grzegorz adoptował moje córeczki. Wszystko szło gładko, aż miło patrzeć. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, wyposażone luksusowym sprzętem. Później postawiliśmy domek letniskowy. Co roku wyjeżdżaliśmy nad Bałtyk. Żyć, nie umierać…
Siedem lat szczęścia mignęło jak z bicza trzasł. Widocznie Grzegorz, osiągnąwszy wszystko, zaczął częściej zaglądać do butelki. Na początku nie reagowałam, rozumiałam ciężko pracuje, musi się odstresować. Ale gdy zaczął pić choćby w pracy, zaczęłam się martwić. Prośby nie pomagały.
Z natury jestem ryzykantką. By odciągnąć męża od wódki, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Moje koleżanki, słysząc o moim pomyśle, tylko się śmiały.
No, Bogusia, może i my postanowimy urodzić po czterdziestce żartowały.
A ja zawsze powtarzałam:
jeżeli się pozbędziesz dziecka, będziesz potem żałować. Jak urodzisz, choćby to był przypadek nigdy nie pożałujesz.
Urodziły się bliźniaki. Tak więc wychowywaliśmy cztery córki! Grzegorz się nie zmienił. Pił dalej. Zacisnęłam zęby, ale chciałam coś zmienić: przeprowadzić się na wieś, prowadzić gospodarstwo, mieć zwierzęta. Dla dzieci korzyść, mąż nie będzie miał czasu w picie.
Sprzedaliśmy mieszkanie i domek letniskowy. Kupiliśmy dom w małym miasteczku, otworzyliśmy świetną kawiarnię. Grzegorz został zapalonym myśliwym. Kupił broń, niezbędny ekwipunek. Zwierzyny w lasach nie brakowało.
Wszystko było dobrze, aż do kolejnego pijanego wieczoru Grzegorza. Nie wiem, co wtedy pił, ale kompletnie oszalał! Rozbił talerze, meble, aż w końcu wziął strzelbę i wystrzelił w sufit!
Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. To był koszmar.
Rano ucichło. Skradając się, wróciłyśmy do domu. Widok okropny wszystko rozbite, zniszczone. Dzieci zobaczyły to piekło. Nie było gdzie usiąść, z czego jeść, ani na czym spać. Grzegorz spał jak nieżywy na podłodze.
Zebrałam resztki rzeczy i wężykiem z dziećmi pomaszerowałam do mamy. Mieszkała nieopodal.
Oj, Boguśka, co mam zrobić z Twoją gromadką dziewczyn? Wracaj do męża. Tak już w życiu bywa. W rodzinie różnie się dzieje, a po burzy zawsze wychodzi słońce mama powazała zasadę: lepiej mieć zęby w fartuchu, ale męża przy boku.
Po kilku dniach Grzegorz przyszedł błagać o wybaczenie. Wtedy postawiłam kropkę. Swojego „balu” zupełnie nie pamiętał. Moje opowieści wydawały mu się bajkami. Mnie już to nie ruszało. Ucięłam wszystko. Spaliłam mosty.
Nie wiedziałam, jak teraz żyć, ale zdecydowałam: lepiej być głodną, ale żywą, niż zginąć z ręki męża w amoku.
Kawiarenkę sprzedałam za grosze, byle jak najszybciej zniknąć z tej miejscowości. Zamieszkałyśmy w sąsiedniej wsi, w maleńkiej chacie.
Starsze córki poszły do pracy, a potem, chwała Bogu, wyszły za mąż.
Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Grzegorza i miały z nim kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u niego. Grzegorz przez córki błagał mnie, bym wróciła. One też namawiały, „mamo, nie bądź taka zacięta, tata się zmienił, prosił sto razy o wybaczenie! Pomyśl o sobie, nie masz już dwudziestu pięciu lat…” Ale byłam nieugięta. Chciałam spokoju, bez stresu i ekscesów.
Minęły dwa lata.
Zaczęło mi brakować Grzegorza. Samotność bolała. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało mi się ich wykupić. Szkoda. Wspominałam dawne życie, rozważałam wszystko. W domu była miłość. W gruncie rzeczy Grzegorz kochał wszystkie córki tak samo, mnie szanował, potrafił przeprosić. Byliśmy przykładną rodziną. Każdy ma swoje szczęście, cudzym nie pojedziesz. Czego jeszcze chcieć?
Najstarsze córki już tylko dzwoniły nie wpadały w odwiedziny. Rozumiałam, młodość ma swoje prawa. Za chwilę moje bliźniaczki pofruną z gniazda i zostanę całkiem sama. Dziewczyny jak gąski: wyrosną piórka, to się rozlecą.
Namówiłam więc bliźniaczki, by wybadały u taty, jak żyje. Może nowa kobieta? Wypytały Grzegorza o wszystko. Okazało się, iż mieszka i pracuje w innym mieście, alkoholu nie tknął od dawna. Nikogo nie ma, jest sam zostawił im choćby dokładny adres. Tak na wszelki wypadek…
I tak. Jesteśmy razem piąty rok.
Mówiłam przecież jestem ryzykantką.














