— Ostatnio jest u nas naprawdę krucho, już nam choćby na normalne życie zaczyna brakować — żali się Monika. — Będę musiała chyba upchnąć gdzieś nasze dzieci i iść do pracy, choć wcale nie jest mi łatwo. Nic dziwnego — mój Kamil utrzymuje de facto dwie rodziny: naszą i swoją siostrę, Sylwię. Szczerze mówiąc, oddałby ostatnie grosze — nie tylko swoje, ale i moje — byle jej pomóc. Sylwii mąż zmarł, została z dzieckiem sama, więc „trzeba jej pomagać zawsze i we wszystkim”.
Monika ma dwie małe córeczki — jedna po drugiej. Starsza dopiero co skończyła trzy lata.
Monika jest na urlopie macierzyńskim i wcale nie chce wracać do pracy. Każda kobieta z takimi maluchami zostałaby jeszcze w domu. Monika odnalazła się w macierzyństwie: z euforią bawi się z córkami, gotuje, sprząta, czyta w internecie artykuły o wczesnym rozwoju i stosuje je w praktyce. Szkoda tylko, iż to długo nie potrwa. Bo będzie musiała wrócić do pracy i oddać dzieci do żłobka, przedszkola albo niani — i to wszystko przez męża, a raczej przez jego siostrę z dzieckiem.
Nie, Kamil nie jest złym mężem. Wręcz przeciwnie — na tle wielu rodzin to prawie ideał. Chce, żeby Monika była z dziećmi w domu, na jego utrzymaniu. Jest inteligentny, opiekuńczy, uważny, dobry ojciec. Zarabia porządnie i na przeciętną rodzinę z dwójką dzieci taka pensja w zupełności by wystarczyła.
Ale na dwie rodziny — już nie.
Monika po ludzku żałuje Sylwii: latami żyła w trudnym małżeństwie, a półtora roku temu owdowiała.
Została sama z dzieckiem — synem, który ma trudny charakter i problemy w nauce. Kiedy chodził jeszcze do przedszkola, Sylwia jakoś pracowała. Ale kiedy poszedł do pierwszej klasy, rzuciła pracę, bo chłopiec gwałtownie wraca, trzeba go odebrać, nakarmić, zrobić lekcje, odwozić na basen i na dodatkowe zajęcia. Wszyscy jej współczują. A najbardziej jej brat — Kamil.
To Kamil w tej chwili utrzymuje Sylwię. Opłaca synowi basen, zajęcia, kupuje prezenty, daje na rozrywki. I choć głupio się w takim momencie skarżyć, Monika ma wrażenie, iż jej mąż żyje „na dwie rodziny”. Tam — chłopiec, o którym zawsze marzył. Z nim można biegać, grać w piłkę, kupić terenowy samochód zabawkowy albo helikopter. W domu — dwie małe dziewczynki, którym takie „męskie zabawy” na razie nie są potrzebne.
Nie można powiedzieć, iż Kamil nie zajmuje się córkami. Wręcz przeciwnie — kąpie je, usypia, karmi, bawi się z nimi. Ale lwia część jego uwagi i zasobów idzie do siostry.
— Ty masz wszystko! Masz męża, nasze córki mają tatę — tłumaczy Monice. — A ona jest sama. Ma tylko mnie. Kto jej pomoże, jak nie ja?
Największym szokiem dla Moniki było jednak to, iż Sylwia z synem pojedzie tego lata nad morze — oczywiście za pieniądze Kamila. A Monika z dziećmi? „Jak się uda”. Pieniędzy na wspólne wakacje nie starczy. A adekwatnie — starczy, ale tylko jeżeli Monika pojedzie z córkami sama, bez męża. A sama nie chce — dzieci są małe. Można pojechać całą rodziną, ale tylko na tydzień — co mija się z celem.
Można pojechać razem z Sylwią — ale tego Monika nie chce tym bardziej. Siostry męża jest w jej życiu już aż nadto.
— To w takim razie w tym roku wszyscy siedzimy w domu! — oznajmił Kamil. — Pojedziemy w przyszłym! Nasze córki i tak są za małe, nie wiadomo, czy takie wyjazdy robią im dobrze. A siostrzeniec musi nad morze — lekarz mu kazał, żeby nie chorował w szkole. Trzeba go wzmocnić.
Trzeba oddać Sylwii jedno — nigdy o nic nie prosi. Odmawia, waha się, dziękuje i przeprasza, iż brat jej pomaga.
A Kamila to tylko napędza. Czuje się jak szlachetny wybawca, daje jej pieniądze bez mrugnięcia okiem i — jak podejrzewa Monika — gotów jest oszczędzać na własnej żonie, byle starczyło dla siostry. Patrzeć na to jest gorzko. Ale jak walczyć? Monika nie ma pojęcia.
Bo tak — szkoda jej Sylwii. I szkoda chłopca. Ale czy normalne jest wychowywać dziecko za pieniądze brata? Inne kobiety pracują i ogarniają swoje życie. A gdyby nie miała takiego brata? Czy by zginęła? Raczej nie — dałaby sobie radę. A tu — brat ma rodzinę, dwoje dzieci i lato spędzi w domu, podczas gdy Sylwia wypoczywa.
A co będzie dalej? Bo wygląda na to, iż Sylwia nie ma zamiaru stawać na własne nogi. Jest jej wygodnie. Ma dobrze i tak.
I teraz pytanie: czy Monika ma moralne prawo narzekać? Co ma zrobić? Jak żyć dalej, skoro dzieci rosną, a pieniędzy im zwyczajnie brakuje?











