Mąż nie chce oddać córce mieszkania po swojej ciotce
To wszystko zaczęło się pewnej dusznej, krakowskiej nocy, kiedy przez ulicę Grodzką zamiast tramwajów płynęły kolory i dźwięki, a przez okna naszej kamienicy przy Rynku Starym dobiegał zapach ciepłych obwarzanków. Mój mąż, Marian Nowak, dostał w spadku po swojej ciotce Zofii skromne mieszkanie w samym centrum miasta, choć wokół niego, zamiast sąsiadów, przepływały już tylko stare fotografie i czas nadgryziony przez dzwony z Mariackiego.
Nasza rodzina jest jak stół z trzema nogami nasza najstarsza córka, Małgorzata, ma już dziewiętnaście lat i studiuje filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, najstarszy syn, Błażej, jest dwunastoletnim miłośnikiem koszykówki, a najmłodszy, Staś, pamięta zaledwie pory roku i cykl bajek w telewizji. Mieszkamy w przestronnym mieszkaniu z trzema pokojami; miejsca nie brakuje, a nocą ściany szepczą nam historie dawnych mieszkańców.
Którejś nocy powiedziałam Marianowi, iż może nadszedł czas, by to mieszkanie po Zofii oddać Małgosi przecież to już panna na wydaniu, może niedługo złapie narzeczonego pod wieżą Zygmunta, a swoje marzenia zamknie w małym pokoiku z widokiem na Planty. Ale Marianowi wydaje się to niedorzeczne mówi, iż byłoby to wielce niesprawiedliwe względem chłopców, sugeruje, by sprzedać to mieszkanie i podzielić złotówki po równo: każdemu dziecku po kawałku przyszłości. Ja jednak wiem, iż lepiej mieć wróbla w garści, niż gołębia na dachu Wawelu: dzieci na tych pieniądzach świata nie zbudują, a Mołgosia ledwo za to kupi używaną toyotę, by wozić Błażeja na zawody.
Marian twierdzi, iż jeżeli podarujemy Małgorzacie mieszkanie, rozdrapiemy rodzinną zgodę niczym gwiazdy ślizgające się po niebie iż bracia nigdy jej tego nie wybaczą i po wsze czasy będą pluć w jej cieniu przez lewą rękę na szczęście. Ja sądzę, iż dzieci i tak teraz nic nie pojmują mamy jeszcze czas, by wymyślić dla chłopców i dla nich lepszą przyszłość, może inny kąt, może spokój pod brzozami na nowym osiedlu.
Nikt nie zna naszych myśli ani pragnień Małgorzacie nic nie mówiliśmy, a mieszkanie ciotki Zofii stoi pełne duchów i zapachu starych książek, okna skrzypią, a tynk odpada jak sen po gorączkowej nocy. Remont kosztuje tyle, ile srebrna moneta z wizerunkiem Syrenki; nie mamy teraz choćby na świeżą puszkę farby, nie mówiąc już o nowych drzwiach.
Czasem budzę się w środku nocy i pytam, czyja racja jest racją prawdziwą czy powinnam upierać się przy swoim, czy iść za głosem mojego męża, czy może gdzieś między dzwonami, mgłą i śladami starych tabliczek na klatce schodowej kryje się jeszcze trzecie rozwiązanie, którego nie umiemy dostrzec, bo śnimy ten sen wspólnie, na jawie i we śnie.










