Mąż odmówił przeznaczenia swojej pensji na jedzenie i wydatki domowe

polregion.pl 2 godzin temu

Mimo iż już wtedy oszczędzaliśmy na wszystkim, mój mąż wyraził chęć, by odkładać pieniądze na mieszkanie dla naszego syna. Pamiętam dobrze, jak po ostatniej wypłacie powiedział mi stanowczo: Zaczynam odkładać pieniądze, żeby kupić mieszkanie dla naszego syna. Nie zareagowałam na to radośnie. Pozwólcie, iż opowiem, dlaczego.

Ponad dziesięć lat temu mój mąż przybył z małej wsi gdzieś spod Lublina do Krakowa, by zapracować na lepsze życie. Pracował na budowie praca była ciężka i niewdzięczna. Zanim się poznaliśmy, niemal całe pensje wysyłał matce, zostawiając sobie ledwie parę złotych na życie. Koledzy z budowy namawiali go, żeby odkładał na własne lokum, ale on wszystko oddawał mamie. Jego matka miała jeszcze dwóch synów, też jej pomagali, ale nikt tak, jak przyszły mój mąż nie oddawali każdej złotówki.

Po ślubie zamieszkaliśmy w starym mieszkaniu mojej mamy i babci. Cztery ściany pamiętały czasy, kiedy jeszcze wisiał portret Bieruta, a tapety dawno straciły barwę.

Na początku mąż był troskliwy i serdeczny. Wobec mamy i babci zachowywał dystans myślałam, iż to minie, iż czas go odmieni. Niestety, po roku zmienił się, ale nie na lepsze. Coraz częściej sięgał po kieliszek, bywał opryskliwy wobec mnie i mamy, wypominał nam brak remontów i oszczędności. Najrozsądniej byłoby wtedy odejść, ale mąż namawiał mnie na dziecko. Naiwność i miłość kazały mi wierzyć, iż wraz z narodzinami syna jego zachowanie się poprawi zaszłam więc w ciążę.

Życie jednak tylko się pogorszyło. Zaczęły się ciągłe problemy finansowe. Mój zasiłek macierzyński ledwie wystarczał na pieluchy, a prowadziliśmy wspólny budżet.

Mama z własnej, skromnej emerytury opłacała rachunki. To ona kupowała dla mnie drogie leki dokuczała mi przewlekła choroba. Resztę wydawała na jedzenie i środki do domu. Babcia odkładała niewielką emeryturę na swój pochówek, jednak wszystkie oszczędności oddała nam na wesele.

Mąż miał nadzieję, iż jego rodzina dorzuci się do wesela, ale nikt z nich nie dołożył ani grosza. Zorganizowaliśmy duże wesele dzięki oszczędnościom babci i wypłacie męża. Można było świętować skromniej, ale mąż nalegał na rozmachem.

Przez wszystkie siedem lat naszego małżeństwa wspierał swoją matkę pieniężnie. W tym czasie dom rodzinny został gruntownie wyremontowany i wyposażony w nowy sprzęt za jego pieniądze. W trudnych chwilach dla naszej rodziny kilkakrotnie przypadkiem znajdywałam schowane przez męża pieniądze przeznaczone dla matki. Kłóciliśmy się o to, on obiecywał, iż już nie będzie, ale zawsze wracało do tego samego.

Po śmierci matki mój mąż i jego starszy brat zrobili w mojej ocenie odważny i nierozsądny gest: zrzekli się swojej części domu na rzecz najmłodszego brata.

Najmłodszy z nich kilka pomógł matce. W efekcie mój mąż najpierw inwestował w dom rodzinny, potem w nasz (i tak niewiele), a ostatecznie odmówił dziedziczenia, zostając z niczym. Nie reagował na moje prośby, by jednak pomyślał o zabezpieczeniu rodziny.

Po urodzeniu dziecka mąż zmienił się nie do poznania: stał się nieprzyjemny, żałował pieniędzy na jedzenie i najbardziej podstawowe rzeczy, często wdawał się w bezsensowne kłótnie z moją mamą. Coraz częściej zaglądał do kieliszka. Mimo wszystko nie mogłam się rozwieść dziecko było małe, ja przewlekle chora, nie wiedziałam, czy uda mi się wyzdrowieć. Krążyły pogłoski, iż po macierzyńskim mogę stracić pracę nie mogłam sobie pozwolić na rozstanie.

On czerpał korzyści z mojej trudnej sytuacji. Lubował się w docinkach, iż ja i moja mama, babcia żyjemy za jego pensję, chociaż wiedział dobrze, iż to budżet wspólny, na który składają się nasze wszystkie dochody.

Nie raz rozmawialiśmy o tym, by kupić synowi własne mieszkanie to także moje marzenie. Jednak to marzenie od lat pozostaje tylko marzeniem, bo zwyczajnie brakuje nam pieniędzy. A wczoraj mąż znów zapowiedział, iż musi odkładać jedną trzecią wypłaty. To by znaczyło, iż my wszyscy mamy żyć o suchej bułce, głodować przez nie wiadomo jak długo ja się na to nie godzę. On jednak twierdzi, iż tak właśnie będzie.

Boję się, iż w rzeczywistości nie chodzi mu o syna, ale o własny interes. Przypuszczam, patrząc na nasz coraz gorszy kontakt, iż zaczyna odkładać dla siebie, by kiedyś nas porzucić kosztem naszego cierpienia.

Powiedziałam mu o swoich obawach. Odparł, iż i on się boi, iż kiedyś go zostawię i wyrzucę z domu. Często w ciągu lat myślałam, by tak mu odpłacić, bo miałam już dosyć upokorzeń, ale nigdy nie chciałam tego naprawdę zrobić. I gdyby tylko przestał być nieuprzejmy wobec mojej mamy i babci, choćby nie myślałabym o tym, żeby go wyrzucić.

Ale mąż nie zamierzał się zmieniać. Moje życie i życie bliskich zmieniło się przez niego w mozolny koszmar, z którego wtedy przynajmniej nie widziałam żadnego wyjścia.

Idź do oryginalnego materiału