Mężczyzna z Gdańska cieszył się wolnym piątkiem i przeciągał się leniwie w łóżku, kiedy nagle rozdarł ciszę dzwonek do drzwi. „Kto to u licha tak wcześnie?” pomyślał z przekąsem, nie mogąc się zdecydować, czy wstać, czy udawać, iż nie słyszy.
W końcu, w piżamie i z rozczochranymi włosami, podreptał do drzwi. Za nimi stała starsza pani, której twarzy nie poznawał na pierwszy rzut oka. Wyglądała na zmartwioną wręcz wystraszoną.
Do kogo pani szuka? zagadnął gościnnie, choć z lekkim dystansem.
Synku, nie poznajesz własnej matki? odpowiedziała, ściskając torebkę jak ostatnią deskę ratunku.
Mamo?! Proszę wejdź wydukał zszokowany, choć czuł się tak, jakby ją ostatnio widział za czasów komuny.
Doskonale pamiętał dzień, gdy ostatni raz ją widział i jak wylądował w gdańskim domu dziecka. Marzył przez lata, iż mama wróci i zabierze go stamtąd, ale życie napisało dla niego inną historię. Z czasem ból zniknął, a chłopak skończył szkołę, potem studiował na Uniwersytecie Gdańskim i otworzył własną hurtownię z elektroniką. Na pytania, gdzie są rodzice, rzucał zwykle: „Zmarli, dawno temu”. Sam radził sobie ze wszystkim, był pewny siebie i nie wyglądał na kogoś, kto kiedyś liczył się z suchymi bułkami z sierocińca i zupą mleczną.
Kobieta adekwatnie sama nie pamiętała, kiedy zabroniono jej spotykać syna. Gdy była młoda, wybierała raczej wódkę niż jogurt. Wpadła w złe towarzystwo, a potem na kilka lat do więzienia. O synu czasem myślała, ale miłość to raczej był dla niej sport ekstremalny niż codzienne wyzwanie zwykle żal niż uczucie.
Po narodzinach drugiego syna, Bartka, nagle poczuła powiew matczynego instynktu dla Bartka była gotowa rzucić się pod tramwaj. Z starszego, Jakuba, zapomniała chyba równie szybko, co o numerze PESEL.
Bartek, jak to Bartek, nie poszedł w ślady Kopernika. Parę razy obiły mu się o uszy policyjne syreny, wylądował w placówce opiekuńczej, pierwsze zawiasy jeszcze przed osiemnastką, potem drugi wyrok i odsiadka za kratami. Matka więc orała życie, by ratować Bartka przed więzieniem, bo w końcu lepiej pomagać na wolności niż przez roztrzaskane okno przesyłać pomarańcze.
Dopadłszy plotki, iż starszy syn osiągnął sukces i jest „kimś”, natychmiast wpadła na pomysł: trzeba go wykorzystać! Telefon do byłej wychowawczyni, kilka podsłuchanych adresów, i tak oto siedzi w jego salonie, zalewa się łzami i recytuje historię swoich poszukiwań niczym wyznanie w „Sprawie dla reportera”. Modliła się ponoć za Jakuba codziennie. On, choć miał serce, coś w duszy podszeptywało mu: „Nie daj się wkręcić”. Mimo wszystko wynajął jej kawalerkę na Zaspie, dał jej dwieście złotych na życie, obiecał pomoc z dystansem godnym Kaszuba. Postanowił mieć ją na oku i rozszyfrować, czy przyszła z sercem, czy tylko po portfel.
Kilka dni przed Bożym Narodzeniem odwiedził swój dawny dom dziecka, wręczył zestaw klocków Lego i kilka paczek pierniczków. Podbiegła do niego ciocia Halina, starsza wychowawczyni z czasów, gdy na podwieczorek były kisiel z chlebem.
Twoja mama szukała twojego adresu szepnęła z miną znawczyni rodzinnych dramatów.
Tak, wiem, dziękuję ci za pomoc odparł.
Ale uważaj, ona chce ratować młodszego syna. Jak nic, chodzi jej tylko o kasę. Nie wierz w sentymenty! Miłości tam nie było i nie będzie.
Mam brata?! wydukał.
A jak! Zapytaj ją dokładnie.
Jakub poczuł dziwną gulę w gardle i już miał ochotę wrócić do domu i wylać sobie na głowę kubeł zimnej wody. Nie mógł uwierzyć, iż matka znowu chce mu uprzykrzyć życie. Ale zebrał się w sobie odważył się ją skonfrontować. Kobieta zrobiła się strasznie nerwowa; nie chciała przyznać się do Bartka, bo wiedziała, iż starszy syn może się wycofać z pomocy.
Minęło kilka dni. Jakub został zaatakowany na parkingu pod blokiem przez dwóch dresów z Pruszcza Gdańskiego. Skończył z rozwalonym łukiem brwiowym i dobrym kilkoma siniakami. Gdy policja pojmała bandziorów, wyszło na jaw, iż matka Jakuba ich wynajęła planowała pogonić starszego syna na tamten świat, żeby Bartek mógł cieszyć się spadkiem i zaszaleć na wakacje w Juracie.
W sądzie pani Maria płakała, udawała skruszoną, błagała o wybaczenie, ale Jakub podsumował sprawę krótkim wnioskiem:
Żyłem już kiedyś bez matki i przeżyję teraz! wyszeptał przez łzy, wycierając nos w rękaw bluzy z napisem „Gdańsk moim domem”.

![Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra w Radoszycach. Znamy szczegóły [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/Zapowiedz-WOSP-w-Radoszycach-2026.jpg)









