Od lat po polskich forach krąży opowieść, która brzmi tak nieprawdopodobnie, iż mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu i to nie byle jakiego. Bo przecież życie pisze takie scenariusze, iż niejednemu reżyserowi opadłyby ręce. Posłuchajcie tej historii do końca gwarantuję, nie pozostawi nikogo obojętnym.
Marek szedł z nocnej zmiany, zmęczony do granic możliwości. Marzył tylko o tym, by wpaść do wynajmowanego pokoju, rzucić się na łóżko i odpłynąć w głęboki sen. Praca w kopalni była wyczerpująca, ale po wyjściu z więzienia nigdzie nie mógł dostać porządnego zatrudnienia, a i z mieszkaniem było kiepsko. Udało mu się wynająć pokój razem z innymi górnikami na wąskiej uliczce w Bytomiu lepszej opcji nie miał. Bywało, iż koledzy z pracy mieszkali w barakach obok szybu, byle tylko mieć dach nad głową.
Żeby skrócić sobie drogę, Marek postanowił przejść przez park. Wiał zimny listopadowy wiatr, a drzewa skrzypiały jak stare dęby. Nagle na ławce zobaczył coś niecodziennego duży zawinięty koc. Podszedł bliżej i nagle zamarł. W kocu, wśród starych szalików, leżało niemowlę. Marek stał przez chwilę, rozdarty. Ciało rwało się do odpoczynku, ale serce nie pozwalało zostawić dziecka w ten jesienny wieczór na łasce losu. Rozum podpowiadał, żeby się nie mieszać z jego przeszłością łatwo zostać kozłem ofiarnym. Jednak Marek nie potrafił przejść obojętnie.
Zerknął na dziecko i poczuł jakieś przedziwne ciepło. Nie mógł zabrać maleństwa do miejsca, gdzie mieszkali sami faceci; wiedział, iż byłoby to głupotą. Postanowił zanieść dziecko do instytucji, która mieściła się kilka ulic dalej do Domu Dziecka w Bytomiu, gdzie często przechodził obok. Tam, przy wejściu, wyjaśnił paniom wszystko, co zaszło.
Okazało się, iż to była dziewczynka śliczna, ciemnowłosa. Pracowniczka zapytała po krótkiej naradzie:
Nie ma żadnej karteczki od matki. Może nazwiemy ją Zuzanna Markowska?
Niech będzie Marek się uśmiechnął, chociaż bolało go serce.
Od tamtej pory często rozmyślał o swoim życiu był zupełnie sam, rodzina się wykruszyła, ale wciąż marzył o cieple domowego ogniska. Myśli ciągle wracały do tej małej dziewczynki zostawionej w parku. Kilka razy dzwonił do domu dziecka, pytając, czy wszystko u niej w porządku. Kiedy Zuza podrosła, zaczął ją odwiedzać, przynosił prezenty lalki, puzzle, kolorowanki.
Każde spotkanie kończyła Zuzia wręczając Markowi rysunek zawsze rysowała siebie, mamę i tatę. Pewna nowa pracowniczka domu dziecka Anna, kobieta o ciepłych oczach, zauważyła szczególną więź łączącą Marka z dziewczynką. Anna sama wychowywała się bez rodziców i wiedziała, jak wiele znaczy dom. Zrozumiała jednak, iż samotny mężczyzna nie ma żadnych szans, by przygarnąć małą.
Ale Anna zaprzyjaźniła się z Markiem. Gdy dowiedziała się, iż on przez 10 lat odwiedzał swoją małą przyjaciółkę, jej serce zmiękło. Z czasem zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu, a Marek opowiedział jej o wszystkich trudnościach choćby o tym, jak już 5 lat spłaca kredyt hipoteczny na dwupokojowe mieszkanie, odkładając każdy grosz z pensji w kopalni. Problemem był brak rodziny, tak formalnie koniecznej przy adopcji.
Anna i Marek długo rozmawiali, aż w końcu postanowili udać się razem do urzędu, złożyć wymagane dokumenty i… wziąć ślub. Pokój Zuzy został urządzony ze smakiem; nie brakowało w nim nowych książek, kolorowych poduszek i miękkiej pierzyny. Gdy przyjechali po Zuzę do Domu Dziecka, rzuciła się Markowi na szyję, potem uściskała Annę. Patrzyła na niego, a on się promieniał.
Marek przyklęknął.
Zuzanno, pakuj swoje rzeczy. Jedziemy do domu. My już tam na ciebie czekamy!
I tak spełniło się najskrytsze marzenie opuszczonej dziewczynki po dziesięciu latach znalazła prawdziwą rodzinę, a cud wydarzył się w zwykły, listopadowy dzień. Czy Marek i Anna zostali ze sobą? O tym milczy historia. Ale pewne jest jedno połączyła ich dobroć oraz szczęście, które podarowali małej Zuzi. Takie historie pokazują, jak bardzo Polacy potrafią okazywać serce i ile światła potrafi nieść cichy gest.
A wy, czy uwierzycie jeszcze w cuda?











