O swoim dzieciństwie, utraconym poczuciu bezpieczeństwa i wydarzeniach, które na lata zmieniły jej życie, opowiada Iwona. Na jej prośbę zmieniliśmy imię i pominęliśmy szczegóły pozwalające ustalić tożsamość rozmówczyni.
Jak wspomina pani swoje dzieciństwo? W jakiej rodzinie pani dorastała?
Wychowałam się w niewielkiej miejscowości na Mazurach. Byliśmy zwyczajną, pięcioosobową rodziną. Rodzice pracowali, my chodziliśmy do szkoły i przedszkola. Ojciec pracował w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, a nasze życie kilka różniło się od codzienności innych rodzin zamieszkałych w tamtych okolicach. Byłam środkowym dzieckiem z trójki rodzeństwa. Wszystko zmieniło się, kiedy miałam niespełna dziewięć lat. Mama zachorowała na nowotwór narządów rodnych. Miała wtedy zaledwie 29 lat. Zaczęły się operacje, pobyty w szpitalach i chemioterapia. Tata robił wszystko, żebyśmy mimo choroby mamy mogli mieć w miarę normalne dzieciństwo. Pracował jednak od rana do późnego wieczora, dlatego wiele obowiązków domowych spadło na mnie.
Miała pani zaledwie dziewięć lat. Jak wyglądało wtedy pani życie?
Prałam, sprzątałam, gotowałam. Byłam taką małą, starą gospodynią. Uczyłam się przygotowywać posiłki, chociaż sama potrzebowałam jeszcze opieki. Najpierw były obowiązki, dopiero później zabawa czy spotkania z koleżankami. Z czasem brakowało mi już sił na cokolwiek poza prowadzeniem domu. Kiedy tata wyjeżdżał na weekend do mamy, opiekowali się nami sąsiedzi. Mieliśmy u nich przygotowane dodatkowe łóżka. Pamiętam te dni bardzo dobrze, ponieważ mogliśmy wtedy zjeść normalny, prawdziwy obiad przygotowany przez dorosłych. Ja przecież dopiero uczyłam się gotować. Tak wyglądało nasze życie przez długi czas. Najważniejsze było jednak to, iż pozostaliśmy razem. Mama przeżyła, a ojciec nas nie zostawił. Dzisiaj wiem, iż tamte doświadczenia nauczyły mnie przede wszystkim stawiania obowiązków ponad własnymi potrzebami. Przez wiele następnych lat właśnie w ten sposób funkcjonowałam.
Kiedy zaczęła pani myśleć o własnym życiu, poza obowiązkami rodzinnymi?
Pod koniec szkoły podstawowej wiedziałam już, iż muszę wyjechać z domu. Chciałam chociaż przez chwilę być zwyczajną nastolatką, poznawać świat i mieć czas dla siebie. Wybrałam liceum o profilu pedagogicznym, ponieważ marzyłam o pracy nauczycielki. Szkoła z internatem wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. Przez pięć dni w tygodniu mogłam skupić się na nauce i własnych sprawach. Niestety, również ten okres przyniósł mi bardzo trudne doświadczenia. Pewnego dnia, kiedy szłam do internatu, zaczepił mnie nieznajomy mężczyzna. Próbował zaciągnąć mnie do tunelu przy torach kolejowych, z którego korzystało kilka osób. Udało mi się wyrwać i uciec. Byłam przerażona, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, iż spotkam go ponownie. Mniej więcej pół roku później, kiedy miałam 16 lat, zobaczyłam tego samego człowieka podczas wiejskich dożynek. Przez kilka godzin mnie obserwował, a później ponownie próbował zaatakować. Tym razem pomogli mi ludzie, którzy znajdowali się w pobliżu. Uciekłam po raz drugi.
Czy te wydarzenia wpłynęły na pani decyzje dotyczące przyszłości?
Nie zrezygnowałam z nauki. Skończyłam szkołę i zdałam maturę. Pojechałam do rodziny na Mazowsze, początkowo tylko na krótkie wakacje. Ostatecznie postanowiłam tam zostać. Dostałam się na studia pedagogiczne i znalazłam pracę w Warszawie. Miałam wrażenie, iż zaczynam nowy etap, w którym wreszcie będę mogła decydować o sobie. Po pewnym czasie rodzice również przenieśli się w moje okolice. Kupili tu dom, ponieważ nie chcieli pozostawać daleko od dzieci. Rodzeństwo także mieszkało już w tym regionie. Wydawało się, iż wszystko zaczyna się układać. Miałam pracę, plany zawodowe i chciałam dalej się kształcić.
"Rozpoznałam go po głosie"
Wspominała pani, iż w wieku 20 lat doszło do kolejnego dramatycznego wydarzenia. Co się wtedy stało?
Wracałam z pracy około północy. Zostałam zaatakowana przez mężczyznę, który mnie pobił i zgwałcił. Do dziś nie wiem, jak udało mi się przekonać go, żeby pozwolił mi odejść. Nie miałam wtedy telefonu komórkowego, nie mogłam po prostu zadzwonić po pomoc. Musiałam sama dotrzeć do domu. Rodzice wezwali policję i pogotowie. Zostałam przewieziona do szpitala, gdzie przeprowadzono badania. Pamiętam słowa lekarki, która powiedziała mi, iż sama się o to prosiłam, skoro wracałam tak późno do domu. Te słowa zostały ze mną na lata. Byłam ofiarą przestępstwa, a poczułam się tak, jakbym to ja zrobiła coś złego. Policjanci zachowywali się zupełnie inaczej. Byli empatyczni i naprawdę próbowali znaleźć napastnika. Doszło do okazania podejrzanego mężczyzny. Nie potrafiłam rozpoznać go po twarzy, ponieważ podczas napaści było ciemno. Rozpoznałam jednak jego głos. Mimo tego prokuratura umorzyła śledztwo. Usłyszałam, iż rozpoznanie po głosie nie jest wystarczające. Nie mogłam uwierzyć, iż człowiek, którego wskazałam, nie poniesie odpowiedzialności. Dla mnie była to kolejna krzywda, z którą musiałam sobie poradzić.
Co wydarzyło się później? Jak ta napaść zmieniła pani codzienność?
Właściwie wyłączyła mnie z życia na ponad dziesięć lat. Zmieniałam pracę, przerwałam studia i stopniowo odsuwałam się od ludzi. Moja codzienność ograniczała się do domu i obowiązków zawodowych. Nie chciałam spotykać się ze znajomymi, ani wychodzić gdziekolwiek bez potrzeby. Przed gwałtem byłam zaręczona z cudownym chłopakiem. Po wszystkim powiedziałam mu, żeby ułożył sobie życie z kimś innym. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, iż jeszcze kiedykolwiek komuś zaufam, przytulę się do mężczyzny czy pozwolę na bliskość. Nie otrzymałam wtedy pomocy psychologicznej, której naprawdę potrzebowałam. Miałam kontakt z psychiatrą, ale leczenie polegało głównie na przepisywaniu leków uspokajających. Z czasem pojawiła się depresja, chociaż początkowo choćby nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Miewałam myśli samobójcze, chciałam uciec od wszystkiego, co mnie spotkało. Zdarzało się, iż wyobrażałam sobie wyjazd gdzieś daleko albo zamknięcie się w miejscu, w którym nie musiałabym już mierzyć się z codziennym życiem. Jednocześnie wciąż próbowałam pracować i jakoś funkcjonować. Nie potrafiłam jednak budować relacji. Kiedy poznawałam mężczyznę i rozmowa zaczynała schodzić na temat seksu, natychmiast kończyłam znajomość. Po dziesięciu latach powiedziałam sobie, iż spróbuję jeszcze raz wrócić do normalnego życia. Nie wiedziałam wtedy, czy będę potrafiła kogokolwiek pokochać, ale nie chciałam już dłużej żyć wyłącznie tym, co wydarzyło się w przeszłości.
"Nie przestraszył się mojej przeszłości"
Jak poznała pani przyszłego męża?
Napisał do mnie przez popularny wówczas komunikator internetowy. Akurat przygotowywałam pracę zaliczeniową, ponieważ rozpoczęłam kolejne studia. Zaczęliśmy rozmawiać i po kilku tygodniach umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Nie chciałam niczego ukrywać, dlatego od razu opowiedziałam mu o swoich doświadczeniach. Wiedział, przez co przeszłam i dlaczego tak trudno było mi komukolwiek zaufać. Nie przestraszył się. Nie próbował mnie do niczego zmuszać ani przyspieszać naszej znajomości. Każdego dnia cierpliwie budował moje zaufanie. Powoli zaczynałam wierzyć, iż mogę być z kimś blisko i nie muszę się bać. Po roku zamieszkaliśmy razem. Zaszłam w ciążę i wzięliśmy ślub. Miałam wreszcie rodzinę, o której marzyłam przez wiele lat.
Czy początek małżeństwa był dla pani spokojnym okresem?
Niestety, niedługo po ślubie zachorowała moja teściowa. Była cudowną, ciepłą i bardzo rodzinną kobietą. Traktowałam ją jak drugą mamę. Zdiagnozowano u niej nieoperacyjnego raka płuca. Przez trzy lata walczyliśmy o jej życie. Bywały chwile poprawy, ale też momenty, kiedy jej stan bardzo się pogarszał. Ogromną euforia sprawiała jej wnuczka, która dodawała jej sił do dalszej walki. Zajmowałam się teściową jak własną matką. Karmiłam ją, myłam i pomagałam we wszystkim, czego potrzebowała. Pamiętam pierwszy dzień Wielkanocy w 2010 roku. Weszłam do jej pokoju, żeby się nią zająć. Zobaczyłam wtedy, iż jest bardzo słaba i chyba już nie ma siły dłużej walczyć. Powiedziałam jej, iż będę strasznie tęsknić, ale jeżeli chce odejść, może to zrobić. Godzinę później już nie żyła. Bardzo przeżyłam jej śmierć. Była dla mnie kimś naprawdę bliskim. W tym czasie mieliśmy już córkę, którą trzeba było wychowywać, a życie rodzinne toczyło się dalej. Cztery lata później urodziłam syna.
"Gdzieś w tym wszystkim zgubiłam siebie"
Jak wyglądało życie po narodzinach syna?
Przez prawie dwa lata rozwijał się tak jak inne dzieci. Później zauważyliśmy regres. Zaczęły się konsultacje, szukanie specjalistów i w końcu diagnoza autyzmu. Musieliśmy nauczyć się zupełnie nowej codzienności. Organizowaliśmy terapie, szukaliśmy odpowiedniego przedszkola, później szkoły specjalnej. Jednocześnie pracowaliśmy i prowadziliśmy dom. Wszystko kręciło się wokół potrzeb dzieci, szczególnie syna. Każdy dzień był dokładnie zaplanowany, bo trzeba było pogodzić obowiązki zawodowe, zajęcia terapeutyczne i opiekę. Gdzieś w tym wszystkim zupełnie zgubiłam siebie. Nie miałam czasu w własne potrzeby, odpoczynek ani zwyczajne spotkania z ludźmi. W małżeństwie zaczęły pojawiać się kolejne kryzysy. Były kłótnie, krzyki i awantury. Oczywiście zdarzały się również dobre chwile, ale coraz trudniej było nam się porozumieć. Oboje byliśmy przemęczeni. Zajmowaliśmy się obowiązkami i dziećmi, a dla naszego związku zostawało coraz mniej miejsca.
W 2019 roku pani mąż usłyszał poważną diagnozę. Co wtedy się wydarzyło?
Zdiagnozowano u niego chłoniaka. Na tamtym etapie choroba nie wymagała leczenia, dlatego pozostawał pod obserwacją lekarzy. Mimo wszystko wiadomość o nowotworze była dla nas ogromnym obciążeniem. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość. Rok później niespodziewanie zmarł jego ojciec. Był to kolejny cios dla całej rodziny. Mąż bardzo przeżył tę stratę, a napięcie między nami jeszcze wzrosło. Jednocześnie musieliśmy zajmować się synem, który potrzebował coraz większego wsparcia. Zaczęli chorować również moi rodzice, szczególnie mama. Wcześniej to oni nam pomagali, teraz przyszła kolej, żebyśmy my zatroszczyli się o nich. Do tego doszła pandemia. Próbowaliśmy godzić wszystkie obowiązki, ale adekwatnie nie mieliśmy już czasu ani dla siebie, ani dla nas jako małżeństwa. Mniej więcej dziewięć miesięcy przed śmiercią męża trafiliśmy na bardzo poważny kryzys. Czułam, iż nie jestem już w stanie sama sobie z tym poradzić. Poszłam do psychiatry. Mąż również zdecydował się rozpocząć leczenie i terapię. U niego także zdiagnozowano depresję. To był moment, w którym oboje dotarliśmy do ściany. Wiedzieliśmy, iż jeżeli niczego nie zmienimy, nasze małżeństwo może się rozpaść. Rozpoczęliśmy leczenie przeciwdepresyjne i zaczęliśmy pracować nad naszą relacją. Stopniowo znów potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Przestaliśmy skupiać się wyłącznie na pretensjach i codziennych problemach. Zaczęło być naprawdę dobrze, niemal tak jak na początku naszego związku. Wreszcie cieszyliśmy się wspólnym czasem. Patrząc na to dzisiaj, wiem, iż były to jedne z najważniejszych miesięcy naszego małżeństwa.
"Nikt nie widział potrzeby przyjęcia go do szpitala"
Latem 2022 roku stan zdrowia męża zaczął się pogarszać. Jak wyglądały pierwsze tygodnie jego leczenia?
Mąż zaczął coraz gorzej się czuć. Wiedzieliśmy o chłoniaku, ale wcześniej nie wymagał leczenia onkologicznego. Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Widziałam, iż dzieje się z nim coś bardzo złego, jednak początkowo napotykaliśmy ogromne trudności z przyjęciem go do szpitala. Czułam się bezradna. Miałam przed sobą coraz słabszego człowieka, a jednocześnie musiałam przekonywać personel medyczny, iż potrzebuje pomocy. W końcu powiedziałam, iż jeżeli nie zostanie przyjęty na oddział, wezwę pogotowie bezpośrednio do placówki. Dopiero wtedy go przyjęto. Okazało się, iż jego stan jest bardzo poważny. Lekarze rozpoczęli intensywne leczenie. Wiedziałam już, iż nie chodzi o zwykłe pogorszenie samopoczucia, ale o walkę o jego życie.
Jak wyglądały kolejne miesiące?
Rozpoczęła się chemioterapia. Jeden cykl następował po drugim, a mąż był niemal nieustannie między szpitalem a domem. Zdarzało się, iż wracał w piątek po leczeniu, a już w poniedziałek trafiał do kolejnej placówki. Tak wyglądały mniej więcej trzy miesiące naszego życia. Ja w tym czasie przez cały czas pracowałam i próbowałam organizować wszystko w domu. Jednocześnie chciałam być przy nim jak najczęściej. Każdy dzień podporządkowany był informacjom ze szpitala, wynikom badań i kolejnym terminom leczenia. Byłam bardzo zmęczona, ale choćby nie zastanawiałam się nad tym, ile jeszcze zdołam wytrzymać. Najważniejsze było, żeby mąż wyzdrowiał. Wierzyłam, iż skoro tak wiele już przeszliśmy, poradzimy sobie również z tym. Po jednym z cykli chemioterapii jego stan nagle się pogorszył. Stracił przytomność i potrzebował pilnej pomocy medycznej. Wezwane pogotowie odmówiło przewiezienia go do szpitala. Nie mogłam się z tym pogodzić, dlatego zaczęłam szukać pomocy gdzie indziej. Zadzwoniłam do lekarza nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej. Kiedy przyjechał i zobaczył męża, natychmiast zdecydował o konieczności transportu do szpitala. W niedzielę wieczorem mąż trafił na SOR. Pojechałam za nim i od tej chwili codziennie próbowałam dowiedzieć się, co dzieje się z jego zdrowiem. przez cały czas miałam nadzieję, iż lekarzom uda się opanować sytuację.
Potem otrzymała pani wyniki badań męża. Co wykazały?
Okazało się, iż został zakażony bakterią, która nie reagowała na zastosowane leczenie. Byłam przerażona, ale cały czas próbowałam wierzyć, iż lekarze zdołają mu pomóc. W środę ordynator powiedział mi, iż sytuacja jest opanowana, a wszystkie narządy prawidłowo pracują. Trochę się uspokoiłam. Myślałam, iż najgorsze mamy już za sobą. Kiedy przyszłam w czwartek, mąż mnie nie poznawał. Nie potrafił nic powiedzieć, nie było z nim normalnego kontaktu. Lekarze zaczęli szukać dla niego miejsca na oddziale intensywnej terapii, gdzie można byłoby zapewnić odpowiednie warunki izolacji zakaźnej. Takiego miejsca jednak nie było. Widziałam, iż jego stan gwałtownie się pogarsza, i nie wiedziałam już, co mogę zrobić. W piątek otrzymałam telefon ze szpitala. Powiedziano mi, żebym jak najszybciej przyjechała, ponieważ być może zdążę się jeszcze pożegnać. Zdążyłam. Chciałam zostać przy nim do samego końca, ale pielęgniarki nie pozwoliły mi na to. Wiedziałam, iż zostały nam prawdopodobnie ostatnie minuty albo godziny. Nie mogłam jednak niczego zmienić. Mąż zmarł w sobotę, kilka minut po szóstej rano.
"Córka straciła ojca, a musiała zajmować się mną"
Jak wyglądały pierwsze dni po jego śmierci?
Nie potrafię choćby dokładnie opisać tego, co wtedy czułam. Musiałam zorganizować pogrzeb, załatwić sprawy urzędowe i spadkowe. Starsza córka miała 15 lat, a syn 8. Wiedziałam, iż muszę przeorganizować całe nasze życie, ale nie miałam na to ani siły, ani pomysłu. Nagle wszystkie decyzje należały wyłącznie do mnie. Najtrudniejsze było to, iż sama kompletnie sobie nie radziłam. Córka bardzo przeżywała śmierć taty, dlatego pilnie szukałam dla niej psychologa. Jednocześnie to właśnie ona zajmowała się mną. Dziewczynka, która dopiero co straciła ojca, musiała patrzeć, jak jej matka się rozpada. Bywały dni, kiedy było mi wszystko jedno, czy w domu jest posprzątane i czy mamy przygotowany obiad. Próbowałam się pozbierać, przez chwilę normalnie funkcjonowałam, a później znowu przychodziło załamanie. Nie miałam siły na codzienne obowiązki. Wszystko, co wcześniej robiłam niemal automatycznie, stało się ogromnym wysiłkiem.
Próbowała pani wrócić do pracy. Dlaczego ostatecznie z niej zrezygnowała?
Po dwóch miesiącach wróciłam do pracy. Poprosiłam o możliwość wykonywania obowiązków zdalnie, ponieważ musiałam zajmować się dziećmi i próbowałam odnaleźć się w nowej sytuacji. Nie otrzymałam zgody. Ostatecznie zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. W międzyczasie złożyłam wypowiedzenie. Odeszłam z firmy, w której pracowałam przez wiele lat. To była dla mnie niezwykle trudna decyzja. Przez cały ten czas byłam cenionym pracownikiem, a zakład inwestował w moje szkolenia i rozwój zawodowy. Miałam poczucie, iż jestem tam ważna. Kiedy jednak znalazłam się w naprawdę trudnej sytuacji życiowej, przekonałam się, iż nie mogę liczyć na rozwiązanie, którego potrzebowałam. Bardzo mnie to zabolało. Poczułam, iż wszystkie lata pracy i zaangażowania nagle przestały cokolwiek znaczyć.
Czy mogła pani liczyć na pomoc rodziny i znajomych?
Na początku wydawało mi się, iż nie zostaliśmy sami. Pomagała moja rodzina, a także część rodziny męża. Ogromne wsparcie otrzymałam również od jego kolegów z pracy i zakładu, w którym był zatrudniony. Mogłam na nich liczyć praktycznie zawsze. Zapewniono nam pomoc psychologa, mieliśmy też opłacony abonament medyczny. Przez pierwszy rok rzeczywiście czułam, iż ktoś o nas pamięta. Potem wsparcie ze strony kolegów zaczęło stopniowo zanikać. Pozostała rodzina, ale ja nie potrafiłam prosić o pomoc. Przez całe życie byłam przecież osobą, która radziła sobie sama i zajmowała się innymi. Musiałam również znaleźć kogoś, kto pomoże mi w opiece nad synem. Trafiliśmy na wspaniałą kobietę, którą zaakceptował od samego początku. Jest z nami do dzisiaj. Godziny, kiedy zabiera go pod swoją opiekę, są dla mnie ogromnym wytchnieniem. Wiem wtedy, iż mogę przez chwilę odpocząć i zająć się własnymi sprawami.
Co było najtrudniejsze w samodzielnym wychowywaniu dzieci?
Przede wszystkim odpowiedzialność za wszystko. Mąż zajmował się wieloma sprawami, o których wcześniej nie musiałam choćby myśleć. Po jego śmierci musiałam nauczyć się tego, czym zajmował się w domu, i samodzielnie podejmować wszystkie decyzje. Przed odejściem uporządkował dokumenty, rachunki i ważne informacje. Zapisał hasła, powiedział mi, gdzie czego szukać. Dzisiaj myślę, iż w ten sposób przygotowywał mnie na swoją śmierć. Chciał, żebym później potrafiła sobie poradzić. Ale choćby to nie zmieniało faktu, iż zostałam sama z dwójką dzieci, które również potrzebowały wsparcia. Były chwile, kiedy przekraczałam własne granice. Nie wiedziałam, skąd brać siłę na kolejny dzień. Musiałam być matką, opiekunką, organizować terapie, pilnować spraw domowych i podejmować decyzje, które wcześniej podejmowaliśmy wspólnie.
"Są dni, kiedy mam dość choćby własnego życia"
Jak wygląda pani codzienność dzisiaj?
Pod wieloma względami podobnie jak dawniej, z tą różnicą, iż przejęłam także wszystkie obowiązki męża. przez cały czas organizuję życie dzieci, zajmuję się domem i dbam o potrzeby syna. Bywają dni, kiedy mam ochotę zakopać się pod kocem i nie wychodzić przez kilka godzin. Są chwile, kiedy mam dość wszystkiego, również samego życia. Opieka nad synem bywa bardzo trudna. Zdarzają się ataki agresji, po których zostają mi siniaki. Są momenty, kiedy mam ochotę trzasnąć drzwiami i znaleźć się po ich drugiej stronie. Ale są też piękne dni. Kocham moje dzieci i wiem, jak bardzo mnie potrzebują. Nie oznacza to jednak, iż zawsze mam siłę. Przez długi czas uważałam, iż muszę sobie radzić bez względu na wszystko. Dopiero niedawno zaczęłam rozumieć, iż również ja mam swoje granice. Że mogę być zmęczona, zła i rozczarowana. Wcale nie muszę udawać, iż każdego dnia wszystko jest dobrze. Bardzo zabolało mnie też to, co usłyszałam niedawno o dawnych znajomych. Podobno nie wspierają mnie, ponieważ mają własne życie. Dotarło do mnie, iż byli przede wszystkim przyjaciółmi mojego męża i nie powinnam już oczekiwać od nich pomocy. Początkowo było mi z tym bardzo ciężko. Później pomyślałam, iż powinnam być wdzięczna za czas, kiedy byli obecni w naszym życiu. Pozwoliłam im odejść ze swoich myśli i wspomnień. Zrobiłam miejsce dla nowych ludzi.
Co pomogło pani zacząć myśleć również o sobie?
Około rok temu zobaczyłam informację o warsztatach organizowanych przez fundację wspierającą opiekunów osób z niepełnosprawnościami. Tematem jednego ze spotkań było hasło "Nie jestem dość". Od razu poczułam, iż to coś o mnie. Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, iż muszę robić więcej, lepiej i nie wolno mi się poddawać. Postanowiłam wziąć udział w tych spotkaniach. Poznałam wspaniałe kobiety, które również opiekują się bliskimi i każdego dnia mierzą się z ogromnymi trudnościami. Po raz pierwszy od dawna poczułam, iż nie muszę wszystkiego tłumaczyć. One rozumiały mnie, ponieważ same przeżywały podobne rzeczy. Od tego czasu stopniowo zmieniam swoje życie. Mam wokół siebie kobiety, na których mogę polegać. Wiem, iż jeżeli potrzebuję rozmowy, znajdę kogoś, kto mnie wysłucha. Co ważne, te osoby nie oczekują, iż zawsze będę silna i uśmiechnięta. Zaczęłam też poznawać nowych ludzi. Takich, z którymi można po prostu pobyć, choćby pomilczeć. I mieć pewność, iż kiedy naprawdę będę potrzebowała pomocy, nie zostanę sama.
Przez większość życia zajmowała się pani innymi. Czegoto panią nauczyło?
Że mam prawo prosić o pomoc. przez cały czas się tego uczę, ale wiem już, iż nie muszę wszystkiego robić sama. Przez lata, kiedy spotykało mnie coś złego, załamywałam się i sięgałam dna. Ratunkiem zawsze były dla mnie dzieci. Marzyłam o macierzyństwie adekwatnie od zawsze. Jeszcze po gwałcie, kiedy nie wyobrażałam sobie związku z mężczyzną, myślałam o tym, żeby kiedyś dać dom dzieciom, które go nie mają. Kiedy zostałam mamą, wiedziałam, iż nie mogę zawieść swoich dzieci. To dla nich wstawałam i przez cały czas wstaję każdego dnia. Jednocześnie zrozumiałam, iż nie mogę całkowicie zrezygnować z siebie. o ile ciągle będę tylko opiekunką, matką i osobą odpowiedzialną za wszystkich, w końcu zabraknie mi sił. Muszę nauczyć się być także sobą.
Co chciałaby pani powiedzieć kobietom, które dzisiaj przechodzą przez podobne doświadczenia?
Kochana kobieto, masz prawo być zła, wściekła i zmęczona. Masz prawo do łez, do krzyku i do proszenia o pomoc. Ja sama jeszcze się tego uczę, ale wiem, iż jestem na dobrej drodze. o ile ktoś mówi ci, iż musisz być silna, odpowiedz, iż nie musisz. Masz prawo do słabości. Masz prawo powiedzieć, iż dzisiaj nie dajesz rady. Świat się nie zawali, jeżeli nie ugotujesz obiadu albo nie zrobisz prania. Czasami trzeba po prostu poleżeć pod kocem i odpocząć. Nie pozwól sobie wmówić, iż jesteś niewystarczająco dobra, kochająca czy wartościowa. o ile żyjesz w przemocowym związku, masz prawo powiedzieć "stop" i szukać bezpiecznej drogi odejścia. Nie musisz zostawać z człowiekiem, który cię krzywdzi, tylko dlatego, iż boisz się opinii innych. Poszukaj kobiet, które cię zrozumieją. Wyjdź do ludzi, znajdź grupę wsparcia, naucz się małymi krokami prosić o pomoc. Wokół jest naprawdę wiele osób z sercem na dłoni, tylko czasami trzeba pozwolić im się do siebie zbliżyć. Dzisiaj potrafię już o tym mówić, chociaż przez cały czas miewam chwile zwątpienia. Wciąż uczę się troszczyć o samą siebie. I tego właśnie życzę każdej kobiecie: żeby wśród wszystkich obowiązków i ludzi, których kocha, nie zapomniała, iż sama również jest ważna.
Rozmawiała Kinga Gieraga










