Drogi pamiętniku,
Życie nie jest przewidywalne i nie pyta, czy jesteśmy gotowi na jego ciosy. Po prostu uderza bez zapowiedzi, bez litości, a my zostajemy z dwoma wyborami: rozpaść się lub nauczyć oddychać przez ból.
Kiedy miałam czternaście lat, musiałam zostać sama w domu. Ojciec nas opuścił, a matka zaraz po tym znalazła nowego męża i wyprowadziła się do jego domu w Puławach.
Jagodo, zostajesz z domem, bo Szymon nie chce, żebyś mieszkała w jego poddaszu. Jesteś już prawie dorosła, czas wziąć sprawy w garść rzekła matka.
Mamo, boję się, iż będę sama w nocy wymamrotałam, ale matka uśmiechnęła się i nie zwróciła uwagi na moje łzy.
Nikt cię nie pożrie, a ja nie jestem winna, iż twój ojciec nas zostawił
Rok później urodziła drugą córkę i wezwała mnie do domu:
Po szkole pomagasz mi z dziewczynką, a wieczorem wracasz do swojego pokoju, żeby Szymon cię nie widział.
Codziennie nosiłam wodę, myłam podłogi, zajmowałam się Małgosią, a o szóstej po południu uciekłam do domu, bo ojczym wracał z pracy o wpół siódmej. Wieczorami odrabiałam lekcje, a rano samodzielnie przygotowywałam się do szkoły.
W wieku szesnastu lat rozkwitłam, stałam się ładną dziewczyną, choć ubiór wciąż był skromny. Matka kupowała mi nowe ubrania, kiedy widziała, iż wyrośnie z dotychczasowych. Ja dbałam o nie starannie, prałam i prasowałam z szacunkiem. Nauczyciele w szkole szeptali:
Jagoda mieszka sama, bez matki, a jej rzeczy zawsze są czyste i wyprasowane, naprawdę godna podziwu.
Sąsiadka babcia Łucja podawała mi domowe konfitury i ogórki, a ja pomagałam jej w drobnych zakupach. Po zakończeniu dziewiątej klasy powiedziałam matce:
Mamo, chcę uczyć się fryzjerstwa w pobliskim mieście, ale potrzebuję pieniędzy na dojazd. Będę jeździć codziennie autobusem.
Matka zgodziła się, bo wiedziała, iż szybka kwalifikacja pozwoli mi w końcu zarabiać na własny rachunek. Szymon narzekał, iż wydajemy na mnie rodzinny budżet. Moja szkoła znajdowała się dwunastu kilometrów od wsi, więc jeździłam codziennie, poza weekendami.
Pewnego dnia zauważył mnie miejscowy chłopak Marek, student technikum, który przyjeżdżał do wsi tylko na weekendy i święta. Był wysoki, przystojny, o kilka lat starszy niż ja, i od dawna zwracał na mnie uwagę, choć ja byłam skromna i ubierałam się prosto.
W klubie zaprosił mnie do tańca, odprowadził do domu i pewnej nocy został ze mną na noc. Miałam osiemnaście lat, nasz związek nie był hamowany, gdy przyjeżdżał do wsi. niedługo zrozumiałam, iż spodziewam się dziecka.
Marku, co mamy zrobić? Będziemy mieli dziecko. zapytałam.
Porozmawiam z rodzicami, pobierzemy się, niedługo skończysz osiemnaście odpowiedział, uspokajając mnie.
Matka Marka, a później i ojciec, natychmiast odmówili. Odrzucili nasz związek, a Marek przestał przychodzić do wioski choćby kiedy przechodził obok mojego domu, nie spojrzał w moją stronę.
Latem urodziłam syna Irek pod opieką sanitariuszki Anny, po czym zostaliśmy przewiezieni karetką do szpitala w Siedlcach. Irek przyszedł silny i spokojny. Nikt nie pomagał mi w opiece, samodzielnie radziłam sobie z dzieckiem, a matka Marka rozpuszczała wiosną plotki o mnie.
Codziennie z Ireksem wózkiem chodziłam po sklepie, a w domu w ogrodzie też miał wózek. Matka nie przyjmowała go za wnuka. Kobiety z wsi różnie na mnie patrzyły jedne drwiły, inne współczuły.
Gdy podjeżdżałam do sklepu, spotkała mnie wściekła Weronika, miejscowa plotkarz:
Jagodo, nie wiesz, iż Marek się żeni? Ślub już w przyszłym tygodniu. Zabrałbyś dziecko jako prezent?
Zabrałam więc dziecko z wózka i ruszyłam dalej, a wtedy zjawiła się Anna, kuzynka matki, objęła mnie i powiedziała:
Nie słuchaj ich, dziewczyno. Ja też miałam w twoim wieku syna, którego ojciec zostawił. Zobacz, jak mu się udało. Twój Irek wyrośnie na silnego chłopca, a życie cię nie skrzywdzi.
Podziękowałam jej i ruszyłam do sklepu.
W tym samym czasie Marek miał swój własny ślub w Łodzi z miejską dziewczyną ze studia. Ja o tym nic nie wiedziałam.
Irek dorastał, a opiekę nad nim zapewniała babcia Łucja, co kilka lat przychodząc ze swoim mądrym słowem i domowym jedzeniem. Zaczęłam pracować na poczcie, a w weekendy przychodziły do mnie kobiety na strzyżenie. W wiosce nie było salonu fryzjerskiego, więc przyjmowałam klientów w domu, a latem strzyżenie odbywało się na podwórku niska cena, ale przynosiła trochę pieniędzy.
Z czasem pojawił się nowy młodzieniec Paweł, młodszy brat Marka, który od pierwszych spotkań nie mógł przestać myśleć o mnie. Był pracownikiem lokalnego zakładu naprawczego, naprawiał ciągniki i kombajny. Rozgłos w wiosce rozprzestrzenił się szybko, a Weronika szeptała:
Paweł nocą przychodzi do Jagody, myśli, iż nikt nie widzi Ja wszystko widzę
Wiedziałam o plotkach, ale nie przejmowałam się nimi powiedziałam Pawłowi:
Wszyscy w tej wsi nas znają.
Paweł był wesoły, dobrzy dla Irka i często kupował mu zabawki. Wydawało się, iż wszystko układa się po naszej myśli, dopóki nie odkryłam, iż znowu jestem w ciąży. Przeraziłam się, ale powiedziałam:
Pawle, jestem w ciąży.
On od razu się ucieszył.
Idziemy do moich rodziców i wszystko ustalimy.
Odrzuciłam jednak tę propozycję, mówiąc:
Nie pójdę do twoich rodziców. Wiesz, iż odrzucili nas, kiedy chcieli mnie poślubić z twoim bratem. Musisz sam coś wymyślić.
Po powrocie do domu Paweł przekazał rodzicom wieść o naszym zamierzeniu. Matka Pawła wykrzyknęła:
Myślałam, iż cię ochraniają, a tutaj? Gdy umrę, dopiero wtedy się o mnie zatroskasz!
Ojciec dodał, iż jeżeli wezmę tę dziewczynę, powinienem opuścić dom. Nie mogłem sprzeciwić się rodzicom.
Po kilku dniach Paweł wyjechał do miasta, by zamieszkać z bratem, a ja zostałam sama z Irkiem i moim własnym losem. Rozmawiałam z babcią Łucją:
Co mam zrobić, babciu? Nie mogę się pozbyć dziecka, a zakochałam się w innym bracie, wiedząc, iż rodzice mu się nie spodobają
Nic, Jagodo, nic Pomogę ci, mam już siedemdziesiąt osiem lat i jeszcze mam siłę. Dla dzieci i ciebie czuję się potrzebna. Samotna nie jestem odpowiedziała.
Z pomocą Łucji urodziłam kolejnego syna Michała. Babcia naprawdę dbała o nas od rana do wieczora, a ja nie pozostawałam bez wdzięczności. Tak żyłyśmy ja, dwa chłopcy i staruszka Łucja.
Macierzyństwo stało się dla mnie oparciem. Kochałam synów, choć były to nieprzespane noce i nieustanne zmartwienia.
Łucjo, czemu mam taki los? pytałam czasem babcię.
Dlaczego rozczarowanie? To szczęście, iż masz dwóch wspaniałych synów, będą ci podporą i dumą. Dzieci to skarb i euforia odpowiadała.
Minęły lata, chłopcy dorastali. Pewnego dnia przyjechał do wioski Andrzej, inżynier z Warszawy, który przyjeżdżał na zlecenia do farmy. Zauważył mnie, choć początkowo odrzucałam jego zaloty. W końcu powiedział:
Jagodo, nie przychodzę bez powodu. Chcę cię poślubić i kochać.
Odrzuciłam, tłumacząc, iż mam dwa syny i żyję dla nich.
Kocham dzieci, ale nie mogę mieć własnych Mógłbym przyjąć was jak własnych, jeżeli mi pozwolisz.
Zgodziłam się i wyjechałam z Andrzejem do miasta. Pomógł mi otworzyć salon fryzjerski, a później większy zakład kosmetyczny. Z czasem przyjął Irka i Michała jak własnych; najmłodszy nazywał go tatuś.
Moje życie zmieniło się nie do poznania stałam się piękną kobietą, miałam samochód, a niedługo planowaliśmy ślub mojego najstarszego syna, Ilka. Zaskoczyła mnie dobra nowa, gdy przyjechał szwagier z żoną, którą nasz syn wybrał.
Szczęścia wam, kochani powiedziałam z radością. Niech wam wszystko się układa.
Od czasu do czasu wraz z Andrzejem i dziećmi jedziemy do wsi, by odwiedzić grobowiec babci Łucji. Matka przez cały czas nie chce ze mną rozmawiać, wymazała mnie ze swojego życia.
Patrząc wstecz, nauczyłem się jednego: nie ważne, ile los rzuca nam trudnych chwil, siła tkwi w tym, by nie poddawać się, wspierać się z ludźmi, którzy naprawdę nas kochają, i pozwolić sobie na odwagę, by tworzyć nowe początki.
koniec.









