Jestem jedynaczką ponoć długo wypatrywaną jak tramwaj do Piaseczna w godzinach szczytu, ale już z tą miłością rodzicielską powiedzmy, iż chyba się trochę zagubili w rozkładzie uczuć. Gdy miałam 23 lata i piąty miesiąc ciąży na liczniku, zaczęły mnie prześladować wątpliwości, czy faktycznie jestem rodzoną córką Stefanii i Kazimierza. Moi rodzice już dawno przekroczyli siedemdziesiątkę, a nasze finanse wyglądają jak polski budżet po świętach pustki i marzenia. Wynajmujemy niewielką kawalerkę w Warszawie, ledwo wiążąc koniec z końcem. Ja z mężem, Januszem, i studiujemy, i pracujemy, ale po przeliczeniu wszystkiego, ledwo starcza nam na bigos, a co dopiero na czynsz. Dwa razy groziła nam eksmisja za zaległości w płatnościach, więc ratowaliśmy się pożyczkami od znajomych teraz jesteśmy zadłużeni, jakbyśmy inwestowali na giełdzie w kiszone ogórki. Czasem, w przypływie łaskawości, rodzice podadzą torbę ziemniaków czy zupę w słoiku.
Rodzice od dawna marzyli, byśmy z Januszem się pobrali. No to rok temu, załatwiliśmy sprawę po polsku: od garnituru w second-handzie do urzędu stanu cywilnego na Ochocie, gdzie ceremonię zakłócił alarm pożarowy. Od tamtej pory mama co tydzień zaczęła podkreślać, iż muszę już rodzić, bo inaczej skończę jak ona stara i schorowana przy dziecku. Nas do posiadania potomstwa jakoś nie ciągnęło finansowa rzeczywistość jakby krzyczała Nie teraz!. I wtedy story jak z Miodowych lat rodzice wyskoczyli z ofertą życia. Mama z tatą zaproponowali, iż jeżeli urodzę, przekażą nam konkretny zastrzyk gotówki, żebyśmy mogli kupić domek gdzieś pod Radomiem, a oni wyniosą się na wieś. My mielibyśmy wreszcie swoje mieszkanie w Warszawie, a reszta pieniędzy na nasze potrzeby. Mama obiecywała jeszcze, iż zajmie się wnuczką, żebym mogła skończyć studia.
Dodatkowo zapowiedzieli, iż pomogą finansowo przy wyprawce, żeby dla mnie i dziecka niczego nie zabrakło. No ale co z tych obietnic, skoro nie dostaliśmy od nich choćby jednego pampersa. Mama, kiedy już dzwoniła w ciąży, wypytywała o przygotowania do porodu, a ja ledwo miałam na chleb, nie mówiąc już o jakimś body czy wózku. Prosiłam o wsparcie, ale słyszałam tylko: Niech Janusz weźmie trzecią robotę, wszyscy w Polsce sobie radzą!. Kiedy przypominałam jej o tych głośnych zapewnieniach, to nagle się okazało, iż za dużo wymyślam, a oni nigdy niczego nie obiecywali. Oczywiście krytyka decyzji na porządku dziennym iż bezmyślność, młodość, rozrzutność.
Gdy wreszcie przyszła na świat nasza córeczka Zuzanna rodzice nagle sobie przypomnieli o obiecywanych milionach monet. Ale my z Januszem wzięliśmy los w swoje ręce. Kupiliśmy mieszkanie w Pruszkowie na kredyt, bo gwałtownie się okazało, iż liczenie na rodziców jest równie bezowocne jak czekanie na darmowe próbki pod Pałacem Kultury. No i chociaż nasza sytuacja wciąż daleka jest od dolce vita, to przynajmniej nie muszę już pytać, czy jestem urodzoną córką Stefanii i Kazimierza bo przecież, kto tak umie rozczarować, jak prawdziwi polscy rodzice?






