Słuchaj, chciałabym Ci coś opowiedzieć, a adekwatnie zwierzyć się z czegoś, co we mnie siedzi od dawna. Może to trochę chaotyczne, ale naprawdę muszę komuś to powiedzieć. Więc jestem jedynaczką, zawsze słyszałam, iż byłam długo wyczekiwana, ale w praktyce to raczej nie czułam się jakoś szczególnie kochana. Wiesz, jak miałam 23 lata, byłam już w piątym miesiącu ciąży, to zaczęło do mnie docierać, iż chyba coś jest nie tak czasem choćby zastanawiałam się, czy naprawdę jestem córką moich rodziców… Taki głupi strach, ale nasza sytuacja była taka, iż człowiek zaczyna wątpić.
Moi rodzice to już starsi ludzie, oboje po siedemdziesiątce, a my naprawdę klepiemy biedę. Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu gdzieś na obrzeżach Poznania, ledwo starczało nam na czynsz. Ja z moim mężem, Rafałem, oboje jeszcze studiujemy na UAM-ie i dorabiamy, jak się tylko da, ale to wszystko i tak nie pokrywało naszych wydatków. Dwa razy prawie wylecieliśmy z mieszkania za niepłacenie czynszu, musieliśmy pożyczać od znajomych, żeby nie wylądować na bruku. Długi na karku, na jedzenie czasem ledwo wystarcza, stres non stop. Czasami moi rodzice ratowali nam tyłki jakimś obiadem albo paczką produktów, ale to było tyle.
Oni bardzo chcieli, żebyśmy się pobrali. W sumie to rok temu, bez większego zastanowienia, polecieliśmy z Rafałem do urzędu stanu cywilnego i wzięliśmy ślub. I wtedy się zaczęło moja mama, Halina, praktycznie przy każdej okazji powtarzała, iż już koniecznie musimy mieć dzieci, bo inaczej ja też będę takim starym rodzicem jak ona. Ale my z Rafałem totalnie się do tego nie paliliśmy. Zdawaliśmy sobie sprawę, ile to kosztuje, ile to odpowiedzialności… Wszystko odciągaliśmy w czasie.
Aż tu nagle masz moi rodzice podbijają z ofertą nie do odrzucenia: iż jeżeli urodzę dziecko, to oni dadzą nam porządną sumę, za którą będziemy mogli kupić domek gdzieś pod Poznaniem, a oni wtedy przeprowadzą się na wieś. Dostalibyśmy wtedy mieszkanie w mieście dla siebie. Zaczęliśmy to z Rafałem analizować opcja wydawała się super, w końcu nie martwilibyśmy się o czynsz, a reszta hajsu poszłaby na potrzebne rzeczy dla nas i dziecka. Mama przekonywała, iż we wszystkim nam pomoże, popilnuje wnuczki, żebym mogła skończyć studia. choćby obiecywali wsparcie finansowe na wyprawkę i rzeczy do dziecka.
No i dałam się przycisnąć, w końcu byliśmy w naprawdę trudnej sytuacji. Szczerze wierzyłam, iż tym razem dotrzymają słowa. Okazało się jednak, iż wszystko to były puste obietnice. Nie zobaczyłam ani złotówki, choćby paczki pieluch od nich nie dostałam. W ciąży mama co chwila do mnie dzwoniła, pytała, czy już się spakowałam do szpitala, czy mam wszystko gotowe dla dziecka, a ja nie miałam choćby na podstawowe ubranka. Sugerowała, żeby Rafał znalazł trzecią pracę. Przypominałam jej o tych ich obietnicach, ale twierdziła, iż nigdy niczego nam nie obiecywali, a wręcz zaczęła wytykać nam nieodpowiedzialność.
Kiedy na świat przyszła moja córeczka, Agnieszka, rodzice znowu przypomnieli sobie o tej kasie, ale już wiedzieliśmy, iż na nich nie mamy co liczyć. Z Rafałem uznaliśmy, iż damy radę sami, jakoś będziemy próbować odłożyć i kupić to nasze wymarzone gniazdko bez ich nieistniejących prezentów czy pustych zapewnień. Po prostu zrozumieliśmy, iż w życiu trzeba polegać przede wszystkim na sobie.






