Mój syn Janusz i jego żona Grażyna zjawiły się tamtego dnia, trzymając w dłoniach połyskliwe klucze niczym amulety ze snu i z tajemniczym uśmiechem zaprosili mnie do notariusza. Słowa zawisły mi na ustach jak mgła nad Wisłą, nie potrafiłam ich uwolnić, więc tylko cicho wyszeptałam:
Po co mi dajecie takie drogocenne dary? Przecież tego nie potrzebuję!
To twój dodatek do emerytury, mamo! Wynajmij mieszkanie lokatorom i zapomnij o troskach! stwierdził spokojnie Janusz, patrząc mi prosto w oczy.
Nie zgłosiłam się jeszcze choćby do ZUS-u po pierwszą wypłatę, nie przeszło mi przez myśl, iż czas pracy skończył się naprawdę, a tu już wszystko załatwione beze mnie. Oponowałam, gestykulując roztrzęsioną ręką, ale syn i Grażyna tylko kiwali głowami i prosili, abym już się nie sprzeczała.
Z Grażyną różnie bywało czasem pod stołem czaiły się burze, czasem cisza snuła się pod progiem. Były dni serdeczne, a potem nagle przez pokój przewalał się huragan słów, którego raz byłam winna ja, raz ona. Uczyłyśmy się siebie uparcie, jakbyśmy składały papierowego żurawia z nieustannie miętoszonej kartki. Z biegiem lat, dzięki Bogu, nauczyłyśmy się żyć w zgodzie, nie wdawać się w wojny na spojrzenia.
Gdy tylko ciotka Teresa dowiedziała się o prezencie, zadzwoniła natychmiast, upajając się własną dumą. Wychowałam syna, a on taką teściową zniosłam z godnością! chwaliła sama siebie, a potem dodała, iż sama nigdy w życiu takiego prezentu by nie przyjęła, a wolałaby wszystko przekazać wnukowi.
Pół nocy rozmyślałam, czy jedna skromna emerytura starczy mi na życie nigdy nie miałam wielkich potrzeb. O świcie zawołałam wnuka Stasia, zerkając niepewnie jak przez witraże w katedrze w Gnieźnie. Zaczęłam delikatnie go wypytywać, czy nie chciałby zamieszkać w tym mieszkaniu. Stasio za chwilę kończył szesnaście lat, marzył o studiach, a i dziewczyna mogłaby się pojawić. Przecież nie zaprosi jej przecież do rodziców!
Babciu, daj spokój, chcę sam na siebie pracować, sam sobie mieszkanie ogarnę! odpowiedział Staś z determinacją godną młodego orła.
Każdy z bliskich wzruszył ramionami na propozycję i syn, i wnuk, i Grażyna. Przypomniała mi się historia mojej siostry Anny jej szwagierka oddała dom, a potem przez pół życia ściskała klucz od ciasnego pokoiku w starej kamienicy. Czuła się jak rozbitka, która kurczowo trzyma się ostatniej deski ratunku.
Nasz wujek Władysław minęło piętnaście lat od jego śmierci, a jego spadkobiercy ciągle jeszcze rozszarpują rodzinne dziedzictwo jak stado wron walczących o kromkę chleba.
Przed laty widziałam w telewizji, jak syn odebrał rodzicom ich dom, sprzedał go i zostawił ich samych pod gołym niebem. Obrazy tej sceny nawiedzały mój sen jak echo.
Leżałam we łzach na poduszce, nie wiedząc, czy płaczę z wdzięczności, czy z dumy. Po wizycie w ZUS-ie dowiedziałam się, iż emerytura wyniesie dwa tysiące złotych, ale już po chwili Janusz wynajął mieszkanie i przyniósł mi trzy tysiące miesięcznie. Wtedy dopiero zatopiłam się w sen o złotym prezencie dzieci był to prawdziwy dar królowej snu!







