Mój ojciec zniknął pewnego dnia jak dym, zostawiając mamę w groźnym wirze długów. To wtedy straciłam prawo do beztroskiego dzieciństwa, jakby ktoś nagle odciął sznurki marionetki.
Miałam dziesięć lat, a mój mały brat, Jacek, zaledwie trzy, gdy tata wyparował gdzieś, pociągnięty przez inną kobietę ponoć piękniejszą od naszej mamy Ewy. Pozostało nam mieszkanie, obtoczone pożyczką jak piernikowa chata cukrem. Kiedyś, gdy rodzice jeszcze byli razem, chodziłam do dobrej podstawówki, brałam udział w konkursach i kółkach zainteresowań, czasem choćby rzucałam do kosza w miejskim klubie sportowym. Wszystko to rozsypało się jak sen na wietrze, gdy ogłosili rozwód.
Mama musiała chwycić dwie roboty na raz sprzątała klatki wieżowców we Wrocławiu, potem leciała do schorowanej sąsiadki na drugim końcu dzielnicy. Musiałam zmienić szkołę na taką, która była tuż obok bloku, żeby przejąć opiekę nad Jackiem. Z czasem przestałam grać w koszykówkę; mama, kiedy tylko miała wolną chwilę, rzucała mi klucze i śpieszyła dalej, zostawiając mnie z bratem i obietnicą, iż jutro będzie lepiej.
Miałam wrażenie, iż chodzę po grząskim piasku dzieciństwa wciąż cofam się, choć próbuję iść naprzód. Skończyłam liceum, poszłam na studia, a potem podjęłam pierwszą pracę. Dzieciństwo wyparowało, wyśliznęło mi się jak bańka mydlana.
Zostało mi ono brutalnie odebrane. Ojciec zapragnął wolności, a mama, porzucając mnie i Jacka dla kolejnych obowiązków, odrywała mnie od normalności. Ostatnio, po wielu latach, spłaciłam ostatnią ratę kredytu trzy tysiące złotych miesięcznie płynęło przez nasze konto niczym leniwa rzeka. Mam 22 lata i marzę, by odłożyć choć trochę na własną kawalerkę. Nagle przyszło ukojenie: już nie dusiły mnie rachunki.
Ale wydarzyło się coś dziwnego tata, jakby nigdy nic, pojawił się znów pod naszymi drzwiami. Wyglądał na znudzonego dawną miłością i znów pragnął wrócić do rodziny. Mama lśniła euforią jak żywa szyba w słoneczny dzień. A ja patrzę na to wszystko jak przez zniekształcone, sennie falujące szkło. On nie dbał o nas, nie zostawił choćby grosza, obarczył ogromnymi długami, a teraz, widzisz, chce znów żyć z nami, jakby nic się nie stało.
Cóż, mama cieszy się i śpiewa w kuchni stare piosenki. Ale ja nie umiem patrzeć na nich razem Jakbyśmy wszyscy pływali w zupie, z której nie da się wypłynąć na brzeg.










