Moja córka Zosia wręczyła mi zaproszenie na swój ślub. Gdy je otworzyłem, niemal straciłem przytomność serce mi waliło, a ręce drżały.
Los potrafi płatać figle: byłem dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa, z Magdą, mam jedną dziewczynkę Zosię. Z drugiego, z Anną, wyszedł mi syn Kacper. Magda nie chciała mieć dzieci, nie potrafiła być matką. Chciałem, by Zosia miała godną, szczęśliwą dzieciństwo, więc rozmawiałem z byłą żoną i poprosiłem o zwrot córki. Anna zgodziła się przyjąć Zosię jako własną.
Gdy Zosia skończyła siedemnaście lat, przyszedł do nas dzień, w którym wyznała, iż jest w ciąży. Chłopak, ojciec nienarodzonego dziecka, uciekł, kiedy tylko usłyszał tę wiadomość. Nie obarczaliśmy Zosi winą, nie karaliśmy jej przyjęliśmy ją i nienarodzone maleństwo z otwartymi ramionami. Anna zasugerowała, byśmy Zosię zameldowali w naszym mieszkaniu przy ulicy Marszałkowskiej.
Zosia była bezrobotna, dopóki Kacper nie poszedł do przedszkola. Anna wychowywała go jak własne dziecko, kochała go tak, jakby był jej własnym synem. Nie robiła różnicy między Zosią a Kacprem, oboje darzyła równą miłością.
Minął rok. Zosia poznała Piotra, zamieszkali razem i postanowili wziąć ślub. Wszystkie przygotowania spadły na Annę; Zosia zajęła się jedynie rozsyłaniem zaproszeń. Kiedy wreszcie dostaliśmy je w ręce, ledwo mogłem stanąć na nogach. Na kartce widniało tylko moje imię, a imienia żony nie było ani śladu. Pomyślcie, co poczułem! Zaskoczenie, złość, poczucie zdrady Anna wlała całe serce w wychowanie Zosi, współorganizowała przyjęcie, a ona, córka, nie wspomniała o niej wcale.
Postanowiłem stanąć po stronie Anny. W dniu ślubu poszedłem do Urzędu Stanu Cywilnego, pogratulowałem nowożeńcom i wróciłem do domu. Restauracji nie dotarłem nie miałem już siły i ochoty uczestniczyć w uczcie, której nie czułem się częścią.



