Dostałem od córki zaproszenie na jej ślub. Gdy otworzyłem kopertę, poczułem, jakby mnie nagle zaskoczył wiatr prawie straciłem przytomność.
Los uśmiechnął się do mnie w najgorszy możliwy sposób: byłem dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa, z Martą, urodziła się mi Zuzanna. Z drugiego, z Anną, wzięliśmy razem syna, Kacpra. Marta nigdy nie chciała mieć dzieci, nie potrafiła być matką. Chciałem, by Zuzanna nie straciła pięknego dzieciństwa, więc zdołałem przekonać byłą żonę do oddania mi córki. Anna zgodziła się przyjąć Zuzannę jak własną i wychowywać ją razem z Kacprem.
Gdy Zuzannie skończyło siedemnaście lat, przyjechała do nas i wyznała, iż jest w ciąży. Ojciec dziecka, Marek, po usłyszeniu wiadomości zbiegł jak wiatr. Nie obwiniliśmy Zuzanny, nie karciliśmy jej przyjęliśmy ją i nienarodzone dziecko z otwartymi ramionami. Anna zasugerowała, byśmy zameldowali Zuzannę w naszym mieszkaniu przy Grochowie.
Zuzanna nie mogła znaleźć stałej pracy, dopóki Kacper nie poszedł do przedszkola. Anna wychowywała go jak własnego syna, kochała go tak, jakby był jej własnym, nie robiąc różnicy między nią a Zuzanną. Obie były dla niej równie drogie.
Rok później Zuzanna poznała Łukasza. Zamieszkali razem, a potem postanowili wziąć ślub. Wszystkie przygotowania spadły na Annę od wyboru sali w Krakowie po zamówienie tortu i kwiatów. Zuzanna jedynie rozniosła zaproszenia.
Kiedy w końcu trafiły do mnie, zobaczyłem na nich jedynie moje imię. Imienia Anny nie było widać. Zadrżałem z niedowierzania. Czułem się zdradzony, nie wiedziałem, co mam zrobić. Anna włożyła całe serce w wychowanie Zuzanny, organizację przyjęcia, a ona zignorowała jej poświęcenie.
Stałem po stronie Anny. W dniu ślubu udałem się na Urząd Stanu Cywilnego w Warszawie, złożyłem życzenia nowożeńcom i wróciłem do domu. Nie wszedłem do restauracji, w której miał się odbyć bankiet.





