Moja Nora wciąż rodzi dzieci. Żal mi moich wnuków. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

newskey24.com 11 godzin temu

Mój syn ożenił się, gdy miał już 33 lata. Dziś to nic nadzwyczajnego, ale kiedyś uważało się, iż to późno. Ślub wzięli dlatego, iż jego dziewczyna zaszła w ciążę. Byliśmy szczęśliwi, bo to był nasz pierwszy wnuk, a adekwatnie wnuczka urodziła się dziewczynka. Cieszyliśmy się. Naprawdę byliśmy szczęśliwi.

Synowa okazała się dobrą gospodynią, a złego słowa powiedzieć nie mogę. Zawsze jest porządek, mieszkanie zadbane, ona młoda, sympatyczna, potrafi choćby robić na drutach, co bardzo mnie zaskoczyło, bo sam nigdy nie umiałem trzymać igły w ręce. Krótko mówiąc, ładna, normalna dziewczyna o spokojnym charakterze. Syn jest przy niej zadowolony, więc i ja nie mam już innych oczekiwań.

Kiedy wnuczka skończyła trzy lata, ogłosili, iż czekają na kolejne dziecko. Tym razem urodził się chłopak. Zaczęli przebudowywać dom, który odziedziczyliśmy po mojej babci. Ucieszyliśmy się, bo dom aż się o to prosił. Minęły niespełna trzy lata, szwagierka znów powiedziała, iż jest w ciąży z trzecim dzieckiem. A po kolejnych dwóch latach zaszła w ciążę po raz czwarty.

Żyją adekwatnie od pensji do pensji syna. To on wszystko ogarnia: sam potrafi naprawić każdą rzecz, wykonał samodzielnie remonty i prowadzi wszystkie prace przy domu. A przecież jest po prostu kierowcą! Po co mu trzecie dziecko? Ledwo bywa w domu, ciągle przykuty do pracy i dorabia gdzie się da, żeby wszystko utrzymać.

Przed Nowym Rokiem synowa wręczyła mi listę rzeczy, które dzieci potrzebują. Myślicie, iż były tam cukierki czy zabawki? Skądże. Same praktyczne sprawy od oliwki do ciała po skarpetki, rajstopy, bieliznę, wszystko to, czego nie kupisz pod wpływem reklamy.

Zapytałem syna, gdzie zamierzają rodzić czwarte dziecko, ale tylko machnął ręką.

Wychowałem odpowiedzialnego chłopaka, który potrafi pracować i nie boi się żadnych zajęć. Jego żona, dziś niemal trzydziestopięcioletnia, nigdy nie pracowała na etacie, nie ma żadnej historii zatrudnienia. Kto wie, może i piąte dziecko urodzi przed czterdziestką już mnie to choćby nie zdziwi. Ale ja wiecznie żyć nie będę, w końcu się zestarzeję, nie będę mógł pomagać. Mama synowej też już nie żyje, nie ma jej kto wesprzeć, zostałem tylko ja.

Przynajmniej dom udało im się w końcu odbudować, choć przy tej czwórce dzieci dalej to nie rezydencja. Zapytałem synową: A co będzie, gdy skończą się zasiłki i pomoc? Gdzie pójdziesz do pracy po czterdziestce, nie mając żadnego stanowiska ani doświadczenia? Odpowiedziała, iż jakoś sobie poradzi, iż wyjdzie z tego. A co, jak nie daj Boże coś się stanie mojemu synowi? Co wtedy zrobię, jak postawię tyle dzieci na nogi?

Mam jeszcze drugiego syna, który ma do mnie żal, iż tak rzadko odwiedzam jego dziecko. Nie mam kiedy, bo cały mój czas pochłania pomoc rodzinie pierworodnego.

Idź do oryginalnego materiału