Dawno, dawno temu, rodzice kupili dla mnie i mojej siostry dwupokojowe mieszkanie gdzieś w centrum Krakowa. Mówili wtedy, iż kiedyś sprzedamy to mieszkanie i wymienimy je na dwa własne, mniejsze mieszkania, żeby każda z nas miała swój kawałek własnego nieba.
Z czasem moja siostra, Justyna, poznała pewnego faceta z typowo polskim imieniem Kazimierz i gwałtownie się z nim pobrali. Zapytała mnie wtedy, czy nie miałabym nic przeciwko temu, aby ona z małżonkiem wprowadzili się do naszego krakowskiego lokum. Machnęłam ręką niech im będzie, pomyślałam. Przecież co może się wydarzyć?
Na początku wszystko grało jak w polskiej orkiestrze dętej. Aż tu nagle Justyna się dowiaduje, iż zostanie mamą. Od tego momentu proszę bardzo ona i Kazimierz zaczynają mnie namawiać, żebym się wyprowadziła z domu. Ich przyszły dzieciak miałby mieszkać w moim pokoju! Powiedzcie mi, czy to jest normalne? Dlaczego niby mam się wyprowadzać, skoro mam prawo do połowy mieszkania według aktu notarialnego? Studiuję, utrzymuję się z niewielkiego stypendium i pracy na pół etatu, więc z moim budżetem ciężko byłoby opłacić choćby pokój z współlokatorem na obrzeżach Krakowa.
Na początku sugerowali delikatnie, potem przeszli już do konkretów. A teraz Justyna rozplanowuje, gdzie stanie łóżeczko, jakie firanki powiesi i w jakim kolorze odmaluje moją (niedługo już jej) część. I to wszystko z takim przekonaniem, jakby mnie tam wcale nie było przez ostatnie lata. Ale ja nie mam zamiaru się wyprowadzać jestem współwłaścicielką i, o, z charakteru dość uparta.
Gdy opowiedziałam o tym mamie, ta uśmiechnęła się z przekąsem i rzuciła: Spokojnie, córciu, to te hormony. Przejdzie jej! Nie przejmuj się, co ona teraz wygaduje. No dobrze, tylko trochę trudno nie przejmować się, skoro z dnia na dzień czuję się jak obca w własnym domu.
Patrzę na to wszystko i zaczynam mieć wrażenie, iż jestem tylko nieproszonym gościem we własnych czterech ścianach, a Justyna nie zamierza zmieniać swojego nastawienia. I co ja teraz, biedna studentka, mam zrobić?














