Dawno, dawno temu, mama i tata kupili dla mnie i mojej siostry dwupokojowe mieszkanie w Poznaniu. Mówili wtedy, iż kiedyś wymienimy je na dwa mniejsze żeby każda z nas miała swoje własne cztery kąty. Czas płynął, lata przelatywały nad Wartą niczym senne żurawie, aż przyszłość zaczęła pukać do drzwi w niecodziennych szatach.
Moja siostra Zuzanna poznała chłopaka i po krótkiej, zawrotnej znajomości wzięła z nim ślub. To wszystko wydawało się jakąś sceną z dziwacznego filmu emitowanego późno w nocy pewnego dnia zapytała, czy nie będzie mi przeszkadzać, jeżeli razem z mężem zamieszkają w naszym mieszkaniu. Schylając się pod nierealnie wysokim sufitem i uginając pod ciężarem poduszek wypełnionych puchatymi pierzastymi snami, kiwnęłam głową na zgodę.
Z początku było spokojnie, nieco ciasno, jakby mieszkanie stopniowo stawało się labiryntem. Jednak potem, niespodziewanie, Zuzanna oznajmiła, iż jest w ciąży. Od tej pory rozmowa krążyła już wyłącznie wokół przyszłego dziecka kto ma zrobić miejsce, komu należy się wygodna kanapa, jaką farbą pomalować ściany, jakby rzeczywistość rozwarstwiała się i mieszała z pastelowym snem. gwałtownie okazało się, iż siostra z mężem planują przejąć mój pokój dla swojego maleństwa, a ja powinnam ot tak opuścić dom, w którym jestem współwłaścicielką połowy ścian i wszystkich wspomnień.
To było przecież nasze mieszkanie. Studiowałam, pracowałam na pół etatu, żyłam za stypendium i kilka stówek miesięcznie. Wynajęcie kawalerki w Poznaniu kosztuje przecież więcej niż kwota, którą widziałam kiedykolwiek na swoim koncie w złotówkach. A oni mówili o tym wszystkim tak, jakby nigdy mnie tu nie było, jakbym była cichym cieniem pojawiającym się tylko we śnie.
Najpierw delikatnie sugerowali, później zaczęli mówić już otwarcie: pora, żebym się wyprowadziła. Jednocześnie Zuzanna z dokładnością planowała, gdzie postawi łóżeczko i jaką roślinę zasadzi przy oknie i śniła swój sen na jawie wypełniony pastelową przyszłością i malarskimi wałkami.
Zadzwoniłam do mamy, płacząc, jakby deszcz spływał z moich oczu, a ona zażartowała, iż kobiety w ciąży bywają dziwne, iż to minie, iż mam się nie przejmować i puścić słowa Zuzanny mimo uszu. Ale jak można nie zauważać, iż niemal każdego dnia jestem wyganiana z własnych czterech ścian, jakby ktoś nieproszenie przejmował sen?
Wszystko staje się nierealne. Jestem jak przygodny gość w kuchni pełnej cudzego przyszłego szczęścia, a moja siostra nie zamierza rezygnować ze swoich żądań. Co teraz zrobić? Tkwię we własnym śnie, z którego nikt nie chce mnie obudzić.








