Moja teściowa postanowiła wyprawić swoje urodziny w naszym mieszkaniu – mimo napiętych relacji, małego dziecka i moich obaw, muszę je zorganizować, choć nie czuję się dobrą gospodynią

newskey24.com 22 godzin temu

Jutro są urodziny mojej teściowej.

Moje dziecko ma już cztery i pół miesiąca. Najpierw teściowa zaprosiła nas do siebie, więc ustaliliśmy, iż moja mama zostanie z małą. Jednak potem teściowa zmieniła zdanie i postanowiła, iż razem z teściem i córką przyjdą do nas na świętowanie. Nie mam pieniędzy na kolację w restauracji, mąż nie chce o tym słyszeć, zresztą i tak im to nie w smak to skromni ludzie.

Nie rozumiem, dlaczego teściowa uparła się, żeby świętować u nas. Czy chce mi zrobić na złość, pokazać, jaka ze mnie kiepska gospodyni, zjednoczyć rodzinę, zebrać wszystkich przy jednym stole…? Od samego początku mamy ze sobą dość napięte stosunki, a po porodzie tylko się to pogłębiło. Przypuszczam, iż próbuje rozwiązać nasz konflikt. Ale to nie jest dobra droga. Nie chodzi o to, iż mnie obraziła chociaż adekwatnie, kiedyś mi przyłożyła. Pozostałości sympatii, jakie miałam do niej w sercu, zniknęły bez śladu. Teraz wiem, niezależnie jak się do mnie uśmiecha, co o mnie myśli.

Nigdy nie bronię jej widywać wnuczki, sama też o to nie zabiega. W każdy weekend pytam męża, czy babcia chce zobaczyć małą. Nie mam więc nic przeciwko, by wnuczka widywała babcię. Oczywiście ja wolałabym jej nie spotykać; takie chwile są bardzo sztuczne. Ona prawdopodobnie pamięta swoje słowa, ja też dlatego wszyscy czujemy się niezręcznie.

Tak, pochodzę z trudnej rodziny, ojciec i siostra piją. I co z tego, czy nie jestem człowiekiem? Czy nie mam prawa pospać dłużej w weekend, jeżeli córeczka pozwoli? Dla mnie weekendy to zbawienie nie muszę wstawać o 6:30 tylko po to, żeby zrobić mężowi śniadanie (o tej porze chcę spać, dziecko śpi i tylko ja muszę zrywać się z łóżka). Wiedzą Państwo, jak to jest raz mówią, iż przyjdą, raz iż nie, i za każdym razem gdy słyszę przekręcany klucz, mam ochotę uciekać

Do tego ciągle przypomina mi, czyj to jest mieszkanie. Że jej, jej zasady. Oczywiście, rozumiem mieszkanie jest jej, ale ja tu mieszkam, więc mogę choćby chodzić w piżamie i rozczochrana. Kultura, podstawowa uprzejmość. Jak ktoś wynajmuje mieszkanie, to przecież nie wpada bez pukania, prawda? Takie zachowanie ewidentnie daje mi do zrozumienia, kto tu rządzi.

Nasze relacje są takie, bo teściowa nigdy nie chciała mnie poznać, choćby kiedy dowiedziała się, iż jej syn mi się oświadczył. Gdy składaliśmy dokumenty w urzędzie stanu cywilnego, dziesięć razy dzwoniła dopytać, chyba myślała, iż się przesłyszała. W ogóle nie chciała się ze mną spotkać, ani w domu, ani na kawie. Oczywiście nie wie, iż przed jej synem nikogo nie miałam.

Poznałyśmy się przypadkiem, po pięciu miesiącach związku z mężem nie zrobiła wtedy dobrego wrażenia. Zachowywała się wręcz niegrzecznie, gdy przedstawił mnie rodzinie. Teścia spotkałam raz, na weselu. Może dlatego mam do niej taki dystans.

Nie cierpię udawać choć, jeżeli muszę, potrafię być wiarygodna. Ale w tym przypadku nie mam choćby ochoty próbować udawać uprzejmości. Mamy świadomość, iż mieszkamy w jej mieszkaniu, ale czy ja muszę się tym przejmować? Przecież podarowała je synowi. Drugiego dnia po wyjściu ze szpitala obraziła mnie naprawdę mocno wypomniała z jakiej rodziny pochodzę, iż siedzę jej synowi na karku. Jak można, mając 55 lat, pozwolić sobie na takie uwagi do synowej, która nic złego jej nie zrobiła (no chyba tylko to, iż zabrałam jej syna)? Wyżywać się na młodej matce?

Nie mam nic przeciwko gościom, ale nie chcę ich u siebie. Mam pomagać kobiecie, za którą nie przepadam, nakrywać do stołu, biegać między dzieckiem a gośćmi i czekać, aż sobie pójdą. Mimo to przygotowałam prezentA jednak jutro, kiedy usiądziemy przy stole, podam herbatę w filiżankach od niej, zrobię prostą sałatkę i może kruchy placek, bo to potrafię najlepiej. Rozstawiając talerze, zdam sobie sprawę, iż w tych wszystkich spiętrzonych żalach jest maleńka część mnie, która wbrew rozsądkowi ciągle liczy na jakąś zmianę. Może nie dziś, może nie jutro, ale kiedyś.

Mała obudzi się ze snu i nagle jej śmiech odbije się echem po całym pokoju, spoglądając jasnymi oczami to na mnie, to na babcię. Poczuję wtedy, iż choć nie jestem tą gospodynią, jaką ona by sobie wymarzyła, robię, co mogę dla siebie, dla córki, dla tej naszej dziwnej rodziny. W końcu, gdy ostatni raz spojrzę w okno na ciemniejące niebo, pomyślę: może to nieprzyjemności zbliżają nas do siebie bardziej, niż wszystkie pozory szczerości. A przecież od uśmiechu mojej córki zaczyna i kończy się cały świat i nie dam sobie tego odebrać. Ani jutro, ani nigdy.

Idź do oryginalnego materiału