Dziennik, 14 czerwca
Moja teściowa, pani Jadwiga, zaproponowała nam pomoc w opiece nad dziećmi podczas letnich miesięcy. Odkąd przeszła na emeryturę z pracy w szkole, ma naprawdę sporo wolnego czasu, więc z żoną zgodnie stwierdziliśmy, iż jej wsparcie bardzo się nam przyda. Sam pracuję w Urzędzie Miasta, żona w przychodni lekarskiej, a mamy troje dzieci: dwie córki, Zuzannę i Kingę, oraz najmłodszego Kacpra. Oboje nie mamy luksusu wzięcia dłuższego urlopu jeżeli już, to po prostu zamieniamy się opieką, gdy któreś z dzieci zachoruje albo ma występ w przedszkolu. Czasem, gdy wszystko dobrze się układa, wyskakujemy razem na weekend na Mazury, ale o prawdziwych wakacjach możemy pomarzyć.
Od trzech lat spłacamy kredyt hipoteczny na mieszkanie na warszawskim Ursynowie. To dwudziestoletni kredyt, a raty są wyższe niż czynsz, ale mieliśmy już dość ciułania się po wynajmowanych mieszkaniach. Było trochę stresu, czy poradzimy sobie z wydatkami, ale własne cztery kąty są tego warte. Niestety, to znaczy też, iż miesięcznie kilka nam zostaje po spłacie kredytu, rachunków, przedszkola i innych potrzeb, o wyjeździe za granicę nie ma choćby mowy. Zwłaszcza latem, kiedy dzieci nie chodzą do szkoły czy przedszkola, i trzeba im zapewnić opiekę. Przynajmniej kiedy są z babcią, czuję spokój wiem, iż są bezpieczne i mają domowe obiady.
Co roku, zanim dzieci pojadą na wakacje do babci Jadwigi w Kielcach, robimy duże zakupy: chleb, nabiał, owoce, mięso na rosół, a poza tym zanosimy jej też trochę gotówki, 200-300 złotych na lody, świeże truskawki czy inne drobiazgi dla wnuków. Pani Jadwiga jasno mówi, iż jej emerytura nie pozwala na większe szaleństwa, więc staramy się, żeby niczego naszym dzieciom nie zabrakło. Zawsze przekazujemy jej pieniądze do ręki, to przez cały czas wychodzi taniej niż zatrudnienie opiekunki na cały lipiec i sierpień. Nam to pasuje, mam wrażenie, iż wszystkim jest z tym wygodnie.
W tym roku jednak sytuacja się skomplikowała. Brat mojej żony, Piotr, postanowił przywieźć swoje dzieci do mamy. Jego córki, Lena i Malwina, i synek Tymek są młodsze i odrobinę bardziej rozbrykane od naszych. gwałtownie się okazało, iż wymagają praktycznie ciągłej uwagi, a on sam nie zostawił im ani jedzenia, ani złotówki na zupki czy jogurty. Wyszło na to, iż nie tylko moja teściowa musi się nimi dodatkowo zajmować, ale my też dokładamy się do wyżywienia całej piątki wnuków.
Czasem łapię się na tym, iż jestem po prostu poirytowany. Powiedziałem kilka razy żonie, żeby dogadała się z bratem i ustalili jakieś reguły, ale ona ciągle odwleka rozmowę, nie chcąc psuć rodzinnej atmosfery. Nie potrafię zrozumieć, czemu ja mam się martwić logistyką i finansami, żeby ktoś inny mógł mieć z głowy własne dzieci. Czy to już tak musi być w polskich rodzinach, iż zawsze ktoś się poświęca? Może nie ma dobrego sposobu na taką rozmowę bez iskier, ale wiem, iż muszę być szczery bo tylko jasne zasady i otwarta rozmowa mogą zapobiec niedomówieniom i wzajemnym żalom.
Tego właśnie się nauczyłem: czasem trzeba się przełamać, spojrzeć w oczy rodzinie i powiedzieć otwarcie, co nas boli. Lepiej wyjaśnić wszystko zawczasu, niż potem żałować niewypowiedzianych słów i narastających frustracji.










