Dziś chciałabym opisać swoje przemyślenia dotyczące tego, jak wygląda u nas lato i opieka nad dziećmi. Moja teściowa, pani Zofia, przeszła ostatnio na emeryturę i zaproponowała, iż w wakacje może zająć się naszymi pociechami. Przyjęliśmy jej propozycję z wdzięcznością, bo sama nie wiem, jak byśmy sobie poradzili oboje z mężem pracujemy, mamy trójkę dzieci, a w pracy nie ma opcji na dłuższy urlop. Najczęściej wymieniamy się opieką, przeplatając wolne dni, gdy któreś dziecko zachoruje lub wydarzy się coś wyjątkowego w domu. Czasem uda nam się wyskoczyć na szybki wypad za miasto pod Warszawą, jeżeli nic się nie dzieje, ale to już szczyt luksusu.
Trzy lata temu wzięliśmy kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat. Mieliśmy już dość ciągłych przeprowadzek i wynajmowania mieszkań, gdzie właściciele zawsze mogli nas zaskoczyć wypowiedzeniem. Chcieliśmy zapewnić dzieciom stabilność. Z ratą wynoszącą prawie dwa i pół tysiąca złotych miesięcznie, żyje się skromnie. Niestety, wakacje za granicą to dla nas marzenie każda złotówka idzie na rachunki i spłatę kredytu. W dodatku, gdy kończy się rok szkolny, nie ma przedszkola ani świetlicy, więc choćby nie byłoby komu zostawić dzieci na dzień. Przynajmniej cieszy mnie, iż w gorące miesiące są bezpieczne, pod dachem, który należy do nas.
Teściowa Zofia zawsze powtarza, iż nie stać jej na dodatkowe wydatki dla wnuków jej emerytura nie jest wysoka dlatego, gdy zostawia się u niej dzieci, staramy się przywozić jej zakupy, owoce, czasem domowe pierogi i przekazujemy trochę gotówki na różne drobiazgi, np. lody czy jagodzianki z piekarni. Jest to i tak o wiele tańsze niż wynajęcie opiekunki i wszystkim pasuje takie rozwiązanie.
Ostatnio jednak doszło do sytuacji, która mnie gryzła brat mojego męża, Tomek, też ma trójkę dzieci i postanowił, iż podrzuci je babci Zofii na kilka dni. Dzieci są młodsze od naszych i wymagają znacznie więcej uwagi. Tymczasem Tomek nie przywiózł im ani bułki, ani złotówki na drobne wydatki. Musiałam dokładać się do jedzenia i traktować je na równi z własnymi dziećmi, bo przecież nie dam im chodzić głodnym.
Czuję się trochę wykorzystywana przecież to ja staram się planować, pomagać i szukać rozwiązań, a ktoś inny po prostu zostawia dzieci na głowie babci, licząc, iż jakoś to będzie. Prosiłam już kilka razy męża, Bartka, żeby porozmawiał z bratem, ale zawsze słyszę, iż nie chce się wdawać w awantury rodzinne i lepiej nie robić zamieszania.
Ale jak ja mogę spokojnie patrzeć na to, iż moje starania są lekceważone? Czy naprawdę zawsze muszę brać wszystko na siebie dla czyjegoś komfortu? Zastanawiam się, jak najlepiej z Tomkiem o tym porozmawiać, żeby obyło się bez kłótni tak po polsku, przy herbacie, bez podniesionych głosów. Czasem wydaje mi się, iż tylko ja dostrzegam, jak ważna jest uczciwość i wzajemna pomoc… Może powinnam po prostu powiedzieć wprost, co czuję, zanim frustracja zupełnie mnie przytłoczy?













