W ciszy biblioteki, która zwykle chroni słowa przed nadmiarem światła, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. „Mural literatury” nie został odsłonięty — on został odnaleziony. Jakby istniał tam od zawsze, ukryty między regałami, czekając na odpowiedni moment i odpowiednich czytelników.
Tego dnia biblioteka w Gołkowie-Letnisku oddychała inaczej. Ściany, dotąd neutralne, zaczęły szeptać wersami. Kolory układały się w zdania,
a zdania prowadziły do historii, które nie miały jednego autora. Był to zapis zbiorowej pamięci — literatury, która nie chce być zamknięta w okładkach.
Ktoś zauważył pierwszy fragment:
„Słowa mają swoje miejsca ukrycia — wychodzą tylko do tych,
którzy patrzą uważnie”.
Z każdą chwilą odkrywano kolejne warstwy znaczeń. Słowa przenikały się
z obrazami, a obrazy zdawały się czytać obserwujących. Nie było jasne,
czy to mural opowiada literaturę, czy literatura stworzyła mural,
by wreszcie przemówić pełnym głosem.
W powietrzu unosiło się pytanie bez odpowiedzi:
„Czy książki kończą się na ostatniej stronie, czy dopiero tam się zaczynają?”
Uczestnicy wydarzenia skupili się na malowaniu w radosnej, przyjaznej atmosferze pod czujnym okiem prowadzącego, Macieja Michalskiego. Nikt nie mówił głośno. Jakby wszyscy czuli, iż hałas mógłby spłoszyć sens. Biblioteka stała się labiryntem znaczeń, a mural — jego tajemnym centrum.
Na zakończenie nie było oklasków. Było tylko zrozumienie, iż oto znaleziono coś więcej niż dzieło sztuki. Znaleziono ślad.
„Literatura nigdy nie znika. Zmienia tylko ściany”.
I gdy światła przygasły, mural pozostał — czuwający, milczący,
gotowy na kolejnych odkrywców.
