Wszystko zapowiadało się dobrze. Według USG, dziecko było zupełnie zdrowe. Poród jednak okazał się bardziej emocjonujący niż finał Mistrzostw Świata w siatkówce. Urodziła się córeczka, ale lekarze zauważyli poważne komplikacje. Tak poważne, iż zaczęli mnie przekonywać, iż może lepiej byłoby, żebym ją zostawiła.
Mała Hania trafiła do inkubatora. Kiedy mój mąż, Grzegorz, przyszedł ją zobaczyć, lekarz powiedział mu wprost, iż dziecko może nie przeżyć, a choćby jeżeli przeżyje, to będzie ciężarem. Grzesiek długo się zastanawiał, aż w końcu doszedł do wniosku, iż lepiej odejść, żeby nie zmarnować sobie życia. Ja milczałam bo jak tu wykrzesać z siebie energię, kiedy dusza leży na dnie?
Tuż przed wypisem ze szpitala powiedziałam jednak, iż ja się swojej córki nie wyrzeknę, choćby nie wiem co. Mąż zebrał manatki i zniknął szybciej niż niedzielna drożdżówka na stole. Wróciłam do pustego mieszkania z Hanią na rękach. I zostałyśmy same. Wtedy postanowiłam, iż nie poddam się bez walki.
Zaczęła się moja przygoda: szpitale, lekarze, rehabilitanci łapałam każdą szansę, jakby to były kupony z Biedronki na darmowego pączka. Opłaciło się.
Miałam ogromne wsparcie od innych mam, które też znalazły się na tej krętej ścieżce. Pewnego dnia, w jednym z warszawskich szpitali, poznałam Tomasza. Rozwódnik, którego żona zostawiła dla ambitnego informatyka. Nie mieli dzieci, więc spędzał wolne chwile na oddziale, pomagając innym i sobie.
Patrzył na Hanię z takim ciepłem i troską, iż choćby staliby się zmiękczone. Pomagał nam praktycznymi radami, wiedzą i nie oszukujmy się także złotówkami. Zbliżyliśmy się do siebie tak, iż niedługo już nie chcieliśmy się rozstawać. Ślub był oczywistością.
Dziś Hania jest prawie zupełnie zdrowa, a w naszej rodzinie rozgościł się jeszcze mały Franek. Każdego dnia patrzę na moją rodzinkę, śmieję się sama do siebie i myślę: Życie potrafi czasem naprawdę urwał na końcu, ale bywa znośnie piękne.





