Nadałem dzieciom jej nazwisko. Teraz muszę je utrzymywać, podczas gdy ona szczęśliwie żyje z ich biologicznym ojcem. Opowiem Wam, jak z „fajnego wujka” stałem się oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które piszą do mnie tylko, gdy potrzebują pieniędzy na kino, a ignorują w Wigilię. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Mariolę – wspaniałą kobietę, rozwiedzioną, z dwójką dzieci w wieku 8 i 10 lat. Zakochałem się po uszy. Byłem całkowicie zaślepiony. Ona wciąż mi powtarzała: „Dzieci tak bardzo Cię kochają!” A ja, jak prawdziwy naiwniak, jej wierzyłem. Oczywiście, iż mnie kochały – zabierałem je co weekend do Energylandii i na lody. Pewnego dnia, w trakcie jednej z tych rozmów, gdzie mówi się rzeczy na zawsze, Mariola mówi: – Tak mi przykro, iż dzieci nie mają nazwiska ojca. On ich nigdy oficjalnie nie uznał. I ja, w najgenialniejszym (a raczej najbardziej sarkastycznym) momencie życia odpowiadam: – Mogę je adoptować. I tak są już dla mnie jak własne. Kojarzycie ten moment z filmów, gdy czas się zatrzymuje i z offu pada głos: „Wtedy właśnie zrozumiałem, iż to się źle skończy”? U mnie takiego głosu nie było. Powinien być. Mariola rozpłakała się ze szczęścia. Dzieci mnie uściskały. Czułem się jak bohater. Głupi bohater, ale bohater. Przeszliśmy przez wszystko – kancelarie, sądy, urzędników. Dzieci oficjalnie stały się Sebastian Kowalski i Kamila Kowalska – z MOIM nazwiskiem. Byłem szczęśliwy. Mariola była szczęśliwa. Zrobiliśmy choćby małą „uroczystość rodzinną” z tortem. Sześć miesięcy później. SZEŚĆ. Mariola mówi: – Musimy pogadać… Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale… Michał wrócił. – Jaki Michał? – dopytuję, choć już wiem. – Biologiczny ojciec dzieci. Zmienił się. Dojrzał. Chce odzyskać rodzinę. Zaniemówiłem. Dosłownie. – I co zamierzasz zrobić? – Dam mu szansę. Dla dzieci, rozumiesz? Pewnie, iż rozumiałem. Tak wyraźnie, jakby ktoś pokazał mi wyjście neoniem. – Mariola, ja JE ADOPTOWAŁEM. One są prawnie moimi dziećmi. – Tak, tak… później to załatwimy. Teraz najważniejsze, żeby dzieci miały ojca. „Załatwimy to później.” Jakby chodziło o rachunek za prąd. Poszedłem do adwokata. Facet się zakrztusił kawą. – Podpisał pan pełną adopcję? – Tak. – To jest pan ich ojcem. Ze wszystkimi obowiązkami – alimenty, szkoła, opieka zdrowotna. Wszystko. – Ale ja już nie jestem z ich matką… – To nie ma znaczenia. Jest pan ojcem. Tak stanowi prawo. I oto jestem – płacę alimenty na Mariolę, która szczęśliwie mieszka z Michałem w MOIM mieszkaniu. Bo „dzieci potrzebują stabilizacji i nie powinny się przeprowadzać”. Moje mieszkanie. Kupione przeze mnie. Ale to ja musiałem się wyprowadzić, bo „to za bardzo by dzieci poruszyło”. Najlepsze? Michał – ojciec widmo, który latami nie dał grosza – teraz zabiera je na Orlik, na rowery i jest rodzinnych bohaterem. A ode mnie co miesiąc przychodzi mail od adwokata: „Przelana alimentacja: 2 500 zł” Z jednym smutnym emotikonem. Nie pomaga. W zeszłym miesiącu Sebastian pisze: – Cześć, możesz przelać mi jeszcze trochę? Chcę nowe buty do piłki. – A Michał nie może ci ich kupić? – On mówi, iż jesteś moim prawnym tatą. On jest tylko tatą z serca. Tata z serca. Jakież to wygodne. Ja jestem tata od przelewów. Adopcja praktycznie nie do odkręcenia. Sąd uzna mnie za drania, który „porzuca dzieci”. Przyjaciele już mnie nie żałują. – Stary, w którym momencie ci się zdawało, iż to dobry pomysł? – Byłem zakochany. – Zakochanie nie powinno wyłączać rozumu. Chyba mają rację. Dziś gdy widzę faceta z dziećmi, które nie są jego, mam ochotę krzyknąć: „NIE PODPISUJ! Bądź wujkiem, chłopakiem, kim chcesz – ale NIE PODPISUJ!” Mama tylko powiedziała: „Miłość zrobiła z ciebie głupka” i przytuliła tak, iż zabolało jeszcze bardziej. Wczoraj znowu: „Nadzwyczajny wydatek: wyprawka szkolna – 700 zł” Nadzwyczajny. Jakby szkoła nie zdarzała się co roku. A Mariola wrzuca zdjęcia „szczęśliwej rodziny”. Dzieci – z MOIM nazwiskiem – obok faceta, który je zostawił. Finał? Kamila (lat 10, tak, ma Instagram…) ma w opisie: „Córka Marioli i Michała ❤️” Moje nazwisko? Nigdzie. Jestem anonimowym sponsorem ich życia. Oto ja – sam, co miesiąc o 2 500 zł uboższy, z dwójką „dzieci”, które piszą tylko po kasę, i z pewnością, iż z miłości zrobiłem największą głupotę w życiu. Jedyny plus jest taki, iż gdy ktoś pyta, czy mam dzieci, mogę odpowiedzieć „tak” i opowiedzieć tę historię przy obiedzie. Wszyscy się śmieją. Ja – tylko w środku płaczę. A wy? Podpisaliście kiedyś coś „z miłości”, co potem kosztowało was krocie… czy tylko ja jestem tym geniuszem, który podarował nazwisko i numer konta w pakiecie?

naszkraj.online 1 godzina temu
Oddałem swoje nazwisko jej dzieciom. Teraz muszę je utrzymywać, podczas gdy ona żyje szczęśliwie z ich biologicznym ojcem. Opowiem wam, jak z fajnego gościa stałem się oficjalnym bankomatem dwóch dzieci, które odzywają się do mnie tylko wtedy, gdy potrzebują pieniędzy na kino, ale na Święta już o mnie zapominają. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. […]
Idź do oryginalnego materiału