Słuchaj, muszę ci opowiedzieć historię, jak z życia wziętą trochę jakby rodem z polskiej wsi. Była sobie taka pani, Halina Marciniak, starsza kobieta, wcześniej zarządzała sklepem spożywczym w małej wiosce, nazwijmy ją Borki. Pewnego dnia, tak po prostu, zdrowie zaczęło jej siadać. I wyobraź sobie, ani jedna z jej córek czy to Grażyna, czy Iwona choćby nosa nie włożyły do matki, jak ta leżała ledwo zipiąc. Jedynie wnuczka Zosia czuwała przy babci, nie odstępowała choćby na krok. Dopiero jak się zbliżyły święta wielkanocne, to i córki się zjawiły. Zgadnij po co? No jak zawsze, po swojskie wiejskie smakołyki, które mama przygotowała.
Halina wyszła do furtki, patrzy zimno na swoje latorośle:
Po coście przyjechały? rzuca szorstko.
Starsza, Grażyna, zamurowana z wrażenia:
Mamo, co ty gadasz?! Co się stało?
A nic. To już koniec, kochane moje! Cały dobytek sprzedałam
Jak to?! A my?! córki zrobiły oczy jak pięć złotych, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje.
No i wiesz, życie w tych Borkach, to zwykle jedna wielka nuda. Coś, co choć na chwilę wprowadziło odrobinę emocji, zaraz stawało się wydarzeniem numer jeden.
Przyjazd Zosi, wnuczki dawnej kierowniczki sklepu, wywołał w wiosce nie lada sensację. Starsze kobitki tylko wzdychały, widząc ją:
Oj, ta nasza Zosia dziewczyna z klasą, rozum ma, w mig wszystkich przebiła! Niech się teraz zazdroszczą!
A rzeczywiście, większość elity wiejskiej z nieukrywaną niechęcią patrzyła, jak Zosia śmiga po rodzinnej wsi w błyszczącym SUV-ie, prosto z Warszawy.
Ludzie z Borków specjalnie wychodzili z domów, żeby to zobaczyć i zapamiętać ten moment.
Niektóre babcie ocierały łzę chusteczką z rozczulenia:
No normalnie jak Kopciuszek mówili. Tak miało być! Przecież Zosię od małego nazywali Kopciuszkiem!
Teraz mogła już patrzeć z dystansem na tych wszystkich, którzy dawniej ją wyśmiewali.
Wtedy akurat minęła ją Zosia samochodem i macha przez szybę do miejscowego muzyka, pana Pawła Wójcika.
Panie Pawle, jak zdrowie? Dawno się nie widzieliśmy! rzuciła z uśmiechem.
Wszystko po staremu, Zosiu! Wpadnij do nas na próbę zespołu do świetlicy!
Jasne, obiecuję!
Auto zniknęło za zakrętem. Ludzie wracali pomału do siebie, a pan Paweł usiadł sobie zadowolony na ławce przed świetlicą.
Fajna dziewczyna, dorobiła się! Teraz czas na naszych lekarzy!
Babcia Marzena zagaja:
A co to lekarze mają do rzeczy?
Bo, babciu, dzisiaj niejednego żaba (zazdrość) udusi, zobaczysz!
Babcia Marzena tylko machnęła ręką i zaczęła się żegnać w stronę domu, bez urazy.
Paweł znał tę babinę i wiedział, iż nie mówi tego ze złością. Sam z nutką melancholii wspominał czasy, gdy Zosia była małą dziewczynką. I wiesz, ten Paweł grał wtedy sporą rolę w jej życiu dosłownie i w przenośni.
Matkę Zosi zabrała choroba, gdy mała miała parę lat. Ojciec, wiadomo, odszedł dużo wcześniej. Cała rodzina jakoś nie garnęła się do wychowywania dziewczynki, więc Zosia prawie dwa lata spędziła w domu dziecka. Ale potem Halinie coś w duszy zagrało i zabrała wnuczkę do siebie.
Wtedy jeszcze Halina pracowała w sklepie. Sąsiadki opowiadały sobie z uznaniem:
Każda by tak chciała! Gdyby wszyscy byli tacy jak Halina! powtarzała kierowniczka z pracy.
No ale zawsze znajdą się tacy, co będą widzieć w tym samą korzyść:
Teraz za opiekę nad dzieckiem państwo płaci, to kochana babcia postanowiła podnieść sobie budżet. Nie wierzysz, iż Halina może mieć dobre serce? Zobacz jaki ona miała charakter w sklepie!
Fakt, Halina miała kiepską opinię potrafiła kogoś przy kantować na wadze czy reszcie, dużo kłóciła się z sąsiadami. Ale dla swoich dzieci i wnuczki opiekuńcza jak lwica.
Syn Haliny pracował w szpitalu w powiecie, córki osiadły w stolicy. Każde z nich zjawiało się u mamy raczej po swojskie jedzenie niż z czystej troski.
Halina miała na swoim podwórzu prawdziwe mini gospodarstwo kury, kaczki, świnki, kózki, dwa hektary pola do wykarmienia całej tej gromady.
Ciężko było samej, lata dawały o sobie znać, więc zaczęła myśleć praktycznie wezmę Zosię, przyda mi się pomocna ręka.
O swoim pomyśle opowiadała koleżance z dzieciństwa, Zofii z którą pracowała w sklepie:
Biorę Zosię, po co ma gnić po domach dziecka. A i ludzie gadają, iż własną krew oddałam.
Przyjaciółka przytakiwała, bo była od Haliny uzależniona, pracowała u niej:
Dobrze mówisz, Halinko. Jest już spora, pomoże ci w obejściu jak nic! potwierdziła Zofia.
No właśnie, Zosiu, miałaś rację! Jak ja w sklepie, to Zosia o zwierzaki zadba śmiała się Halina.
A szkoła? Halinka, teraz dzieci w książkach po nocach grzebią, jeszcze jakieś kółka i zajęcia… przypomniała przyjaciółka.
Bez przesady, przecież za darmo jej jeść nie daję! ucięła Halina krótko.
Zosia była szczęśliwa, chętnie pomagała babci w czym się dało. gwałtownie ludzie zaczęli nazywać ją Kopciuszkiem. Z czasem coraz głośniej zaczęto Halinę krytykować:
Halinka, litości, ta Zosia to cień człowieka, bidulka wynędzniała, patrzeć na to żal…
Halina się nie przejmowała:
Odczepcie się ode mnie, popatrzcie lepiej na siebie! Zosia sama do roboty się garnie! Szkołę skończy, pójdzie na weterynarię planowała już dla niej życie.
Pewnie tak by było, gdyby nie pojawiła się nowa kierowniczka świetlicy młodziutka pani Marlena, świeżo po studium kultury z Poznania. Chodziła teraz po wsi i szukała talentów. Paweł zaraz do niej zagadał:
Ja tylko potrzebuję nowszy akordeon i możemy grać dla całej wsi!
Proszę spróbować, panie Pawle! Instrument może i leciwy, ale brzmi!
Tego samego dnia zebrał sobie zespół wiejski, ale ciągle nie miał wokalistki. Razem z Marleną wpadli na pomysł przesłuchania w szkole.
Nauczycielka polskiego, pani Anastazja, prawie siłą zaprowadziła tam Zosię:
Zosiu, nie wymyślaj, śpiewać potrafisz, słyszałam sama!
Pani Anastazjo, ja muszę do domu! Babcia mnie zabije…
Obiecuję, iż z nią pogadam, los daje ci teraz szansę przekonywała nauczycielka.
Tremująca Zosia zaśpiewała całą gamę, a śpiewała, jak zawsze, pięknie; jej publicznością były dotąd tylko kózki i kury na podwórku.
Marlena się zachwyciła:
Skarb prawdziwy! Czysto jak dzwon!
Po poważnej rozmowie z nauczycielami, Halina musiała zluzować obowiązki Zosi. Trochę ją to bolało, bo uznała, iż wnuczka się tylko rozleniwi i jej się już na gospodarce nie przyda.
I co, mam ją teraz karmić za nic? Po koncertach będzie jeździła, a ja z głodnego świńskiego ryja będę żyła? Co mi ta cała działalność da? żaliła się Zofii.
Ta tylko marzyła:
Halina, wyobraź sobie, iż za dziesięć lat twoja Zosia będzie gwiazdą, w telewizji, w gazetach…
A co mi po tej sławie? Dzieciom trzeba pomagać, gospodarstwo prowadzić!
Po tej kłótni ich wieloletnia przyjaźń trochę się rozpadła, a Halina straciła jedyną sojuszniczkę.
Zosia za to zdobywała serca całego powiatu, razem z zespołem jeździła po okolicy, na konkursach wojewódzkich też dała popis. Ale mimo tego typu sukcesów, nie zmieniła się dalej z szacunkiem odnosiła się do babci, która przecież, jak zachorowała, tylko Zosia się nią opiekowała.
Córki Haliny pojawiały się, jak zwykle, na Wielkanoc no bo kiełbasa własnej roboty i jajka z wiejskiego kurnika to nie przelewki!
Halina znów wychodzi do furtki, zmrożony głos:
Czego tu znowu szukacie?
Grażyna stanęła jak wryta.
Mamo, co ty mówisz?!
Nic. Już wszystko. Gospodarstwo sprzedałam koniec, nie mam zdrowia na to ciąganie.
A my? Jak to?
Idźcie do sklepu i kupcie sobie wszystko! Ja już nie mam siły tego wszystkiego pchać!
A Zosia? Co z nią?
Wtedy w Halinie coś pękło.
Zosia nie jest służącą, nie będzie na was pracować! Jak chorowałam, was nie było, przyjeżdżacie, tylko jak czegoś chcecie! Tego więcej nie będzie! Też chcę normalnie starość przeżyć!
A Zosia… niech się uczy, może artystką naprawdę zostanie!
Siostry wyjechały z niczym, a Halina zaraz poszła do Zofii:
Dziękuję ci, przyjaciółko, iż mi oczy otworzyłaś Prawie życie wnuczki bym zmarnowała. Teraz pomóż mi tylko mięso sprzedać!
Wszystko? zdziwiła się Zofia.
Wszystko, tylko kózkę dla siebie zostawiłam!
I dobrze! A co z córkami?
Nic, niech się nauczą. One tylko brać potrafią, koniec nadziei na nie
Zosia potem latami nie pojawiała się w Borkach, bo kariera ruszyła koncerty, potem choćby lekcje śpiewu prowadziła. Czas wolny? Nie istniał! Ale zawsze dzwoniła do babci, przesyłała pieniądze regularnie, złotówki na konto.
W końcu udało się jej wygospodarować tydzień, żeby pojechać z małym synkiem, Maćkiem, do rodzinnej wsi.
Jeszcze w aucie, z tyłu, Maćka słychać:
Mamo, długo jeszcze do babci?
Synek, już jesteśmy! Zobacz, babcia czeka!
Halina mimo lat trzymała się dziarsko. Podniosła prawnuka na ręce:
Moje złotko! Myślałam, iż tego doczekać się nie zdołam!
Zosię pocałowała bardziej powściągliwie jakby się bała, żeby fryzury nie popsuć.
Oglądałam koncert w telewizji, Zosiu, byłaś najpiękniejsza!
Zosia przytuliła ją:
Babciu, przesadzasz, jestem zwyczajna, po prostu trochę śpiewam.
Oj, nie wstydź się, jesteś prawdziwą artystką!
Gdyby nie ty i pan Paweł, nigdy bym się nie wybiła. przez cały czas byłabym tylko Kopciuszkiem!
Ale w tej bajce to wróżka i dynia się przyczyniły a ty wszystko własnymi rękami
Zosia nieświadomie schowała kiedyś zmęczone dłonie, ale Halina to dostrzegła. Przytuliła się do ramienia wnuczki. Płakała, przepraszała za wszystko a Zosia już dawno nie miała za złe. Dla niej najważniejsze było, iż na świecie jest ktoś bliski, o kogo zawsze będzie chciała się troszczyćW ciepłej kuchni, gdzie jeszcze unosił się zapach świeżo upieczonego chleba, Zosia patrzyła przez okno na zbierające się na wieczór bociany. Myślami wracała do dzieciństwa, do ganku, na którym pogwizdywał Paweł i gdzie Halina uczyła ją zaplatać warkocze. Poczuła, iż to miejsce, choć tyle razy ją raniło, jest też w niej na zawsze.
Tymczasem Maćka wzięła Halina na kolana, nucąc mu pod nosem jedną ze starych przyśpiewek. Malec śmiał się, powtarzając po niej słowa, których nie rozumiał, a Zosia nagle poczuła, jak czas się zatrzymuje liczył się tylko ten moment.
Wiecie co? powiedziała cicho, z uśmiechem. Może by tak zostać u babci trochę dłużej?
Halina uściskała Zosię, pierwszy raz bez żadnych słów. A potem wyciągnęła ze starej szuflady zeszyt w twardej oprawie.
To dla ciebie, Zosiu. Zapisywałam tam twoje piosenki I trochę moich myśli. Może kiedyś ci się przyda?
Zosia ze ściśniętym gardłem wzięła zeszyt, przewracając pożółkłe kartki pełne nut i roztrzepanych zdań. Poczuła się znów jak ta mała dziewczynka, Kopciuszek z Borków, ale już nie musiała uciekać z własnej baśni.
Następnego dnia rano Borki obiegła nowina iż artystka z telewizji zostaje tydzień na wsi. Ludzie zatrzymywali się przy ogrodzeniu, dzieci przynosiły kwiaty, a Paweł, stary jak świat, przyszedł z akordeonem i zagrał Zosi jej ulubioną melodię.
Wieczorem, przy wspólnym stole, Halina ścisnęła Zosi rękę, patrząc jej głęboko w oczy.
Każdy może być księżniczką, jeżeli tylko odważy się zaśpiewać swój własny świat.
A kiedy cichł gwar, a gwiazdy rozbłyskały nad Borkami, Zosia śpiewała Maćkowi do snu cicho, czule, swoim własnym głosem. I już wiedziała, iż Kopciuszek nie wraca do popiołów. Kopciuszek zaczyna własną bajkę tam, gdzie wszystko się kiedyś zaczęło.








