Od dawna planowałem to zrobić przyjąć dziecko z domu dziecka. Mój mąż, z którym spędziłem sześć lat, nie doczekał się własnych pociech i odszedł do innej, młodszej i bardziej ambitnej kobiety. Ja, Marek, poczułem, iż życie małżeńskie wyssało ze mnie wszystkie siły i chęci do kolejnej próby stworzenia rodziny, do znalezienia kogoś, kto będzie zarówno w dobrych, jak i złych chwilach. Powiedziałem sobie: dość. Zdecydowałem, iż jeżeli już mam poświęcić energię i ciepło serca, to nie na partnerkę, a na kogoś, kto naprawdę ich potrzebuje.
Zacząłem działać. Dowiedziałem się wszystkiego w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, zgromadziłem potrzebne dokumenty. Teraz najważniejsze znaleźć tego chłopca, który stanie się moim synem, moim dziedzictwem, i przekazać mu całe ciepło, które zgromadziłem w ciągu 38 lat.
Nie chciałem małego niemowlęcia, bałem się, iż nie dam rady z noworodkiem, bo już przekroczyłem ten wiek, w którym kobieta podświadomie pragnie nocnych pobudek, noszenia w ramionach i kołysania. Dlatego pojechałem do domu dziecka, żeby znaleźć trzeciopięcioletniego chłopczyka, który mógłby stać się moim własnym.
Jeżdżąc tramwajem wzdłuż ulic Warszawy, drżałem jak przed pierwszą randką i nie zauważyłem, iż wiosna w pełni rozkwitła. Młody, delikatny wiatr mieszał się z ostrej, ale pięknym słońcem. Tramwaj skrzypiał na zakrętach, a ja myślałem o przyszłym dziecku, które już jest na tym świecie, choć jeszcze nie wie, iż jest przeznaczone dla mnie.
Za oknem przejeżdżały błyszczące samochody, ludzie spieszyli się gdzieś dalej. Nikt nie wiedział, iż ja, Marek, zmierzam w spotkanie ze swoim szczęściem. Odwróciłem się od innych pasażerów i spojrzałem w okno, nie zwracając uwagi na to, co się za nim działo już uśmiechałem się do przyszłego syna, którego miałem spotkać za chwilę.
Na przystanku, który nosił nazwę Dom Dziecka, wysiadłem i od razu dostrzegłem stary budynek z kolumnami, z których opadła spękana tynkowa powłoka, przypominająca kamuflaż, jakby ktoś chciał ukryć go przed wrogiem. Weszłem, wyjaśniłem wszystko stróżowi, który skierował mnie do gabinetu dyrektorki.
Wewnątrz czekała już na mnie starsza kobieta, prawie już senior, w przerabianej, szorstkiej koszuli. Dyrektorka wyglądała prowincjonalnie, nieco niechlujnie, ale w jej oczach widać było, iż jest na swoim miejscu od lat. Rozmowa była krótka wczoraj rozmawialiśmy przez telefon.
No to chodźmy wybierać? rzekła i wstała pierwsza.
Poszedłem za nią. Korytarz był wyłożony ciemnoniebieskimi panelami. Z ramienia wykrzyknęła:
Młodsza grupa jest teraz w zabawie, więc i my tam wejdziemy.
Otworzyła drzwi i razem przeszliśmy próg. W pomieszczeniu było około piętnastu dzieci dziewczynek i chłopców bawiących się na dywanie, przy półkach z zabawkami. Nauczycielka siedziała przy oknie, coś notując, od czasu do czasu podnosząc wzrok, by pilnować porządku.
Gdy tylko weszliśmy, maluchy natychmiast wybiegły do nas. Otoczyły nas, przytulały się do kolan, podnosząc twarze w górę i krzycząc niczym słowiki:
To ja, moja mama! Za mną!
Nie, to moja mama, od razu ją rozpoznałam! Widziałam ją w śnie!
Weź mnie, weź! To ja twoja córka!
Dyrektorka automatycznie pogłaskała je po głowach, szepcząc mi krótkie uwagi o każdym z nich. Ja sam byłem rozbawiony, bo chciałem po prostu jednego chłopca, a tu cała gromada.
Jednak uwagę przyciągnął mnie chłopiec siedzący przy oknie na małym krzesełku. Nie podszedł do dorosłych, tylko odwrócił się i przyglądał się z zaciekawieniem widokowi zza szyby. Podszedłem i położyłem dłoń na jego głowie.
Z mojej dłoni wyłoniły się małe, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, które idealnie komponowały się z kościstą twarzą, szerokim nosem i jasnymi, ledwo zarysowanymi brwiami. Chłopiec nie przypominał tego, co wyobrażałem sobie w głowie. Spojrzał na mnie i, jakby potwierdzając moje wątpliwości, rzekł:
I tak mnie nie wybierzesz.
Patrzył na mnie z takim łaknym spojrzeniem, jakby prosił o coś innego.
Dlaczego tak myślisz, mały? zapytałem, nie ruszając ręki z jego głowy.
Bo jestem katarek i często choruję. Mam też siostrzyczkę, Nelię, w najmłodszej grupie. Codziennie do niej biegnę i głaszczę ją po głowie, żeby nie zapomniała, iż ma starszego brata. Nazywam się Witek, i bez Neli nie pójdę nigdzie.
Wtedy, z napięcia, z jego nosa popłynęły katarowe krople.
W tym momencie zrozumiałem, iż całe życie czekałem na spotkanie z katarek Witekiem i jego siostrą Nelią, których jeszcze nie widziałem, a już kochałem.












