Nauczycielka: „Szkoda mi dzisiejszych dzieci. Ich zachowanie to wina bezstresowego wychowania”

mamotoja.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: Dzieci lekceważą zasady, bo nikt ich nie nauczył, że trzeba ich przestrzegać. fot. AdobeStock/JackF


Uczę w szkole od ponad 20 lat i widziałam już różne pokolenia uczniów. Zmieniały się programy, lektury, podstawy programowe, technologie. Jedno jednak nigdy nie było tak widoczne jak dziś: brak podstawowych granic.

Dzieci nie buntują się – one po prostu nie wiedzą, gdzie te granice są. Krzyczą na lekcjach, wchodzą nauczycielowi w słowo, potrafią wyjść z klasy bez pytania. Gdy zwracam uwagę, słyszę: „Mam prawo”, „Tak czuję”, „Nie może mi pani tego zabronić”. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby za tym szła umiejętność ponoszenia konsekwencji. A ta gdzieś zniknęła. O dogadywaniu się z rodzicami tych dzieci choćby nie mówię.

Bezstresowe wychowanie w krzywym zwierciadle

Bezstresowe wychowanie miało być odpowiedzią na przemoc, krzyk i upokarzanie dzieci. I bardzo dobrze, jestem całym sercem za wychowaniem bez przemocy. Problem w tym, iż wielu rodziców zrozumiało je jako wychowanie bez zasad, bez wymagań i bez odpowiedzialności.

Dziecko może wszystko, bo „tak czuje”. Nie musi przepraszać, bo „ma prawo wyrażać siebie i swoje emocje”. Nie ponosi konsekwencji, bo „to niszczy jego poczucie własnej wartości”. Efekt? Dzieci, które nie radzą sobie z porażką, nie znoszą sprzeciwu i nie potrafią funkcjonować w grupie, gdzie nie są w centrum uwagi.

Szkoła nie jest w stanie tego naprawić. Zwłaszcza gdy każda próba postawienia granicy kończy się pretensjami rodziców.

Rodzic kontra nauczyciel

Coraz częściej mam wrażenie, iż rodzice widzą w nauczycielach wrogów, a nie partnerów. Gdy dziecko zachowuje się agresywnie, przeszkadza na lekcji albo nie wykonuje poleceń, odpowiedzialność natychmiast spada na szkołę.

„To pani go sprowokowała”, „On tak nie robi w domu”, „Może lekcja była nudna”. Rzadko pojawia się pytanie: „Co możemy zrobić wspólnie?”. A przecież bez porozumienia na linii rodzic–nauczyciel nie da się wychować stabilnych, empatycznych ludzi.

Szkoda mi tych dzieci. Bo one nie są złe ani roszczeniowe z natury. One zostały same z emocjami, którym nikt nie nadał ram.

Granice to nie kara, to bezpieczeństwo

Zdrowe granice nie są przemocą. Są drogowskazem. Dziecko, które wie, czego się od niego oczekuje, czuje się bezpieczniej niż to, które „może wszystko”. Dyscyplina nie oznacza krzyku ani karania. Oznacza konsekwencję, jasne zasady i dorosłych, którzy nie boją się powiedzieć „nie”.

Jeśli dziś nie nauczymy dzieci odpowiedzialności, jutro będzie im znacznie trudniej w dorosłym życiu. Bo świat poza domem nie działa według zasady: „jak czujesz, tak rób”.

I właśnie dlatego szkoda mi dzisiejszych dzieci najbardziej.

Zobacz taże: „Zaczęłam czytać z synem lekturę, po chwili płakaliśmy oboje. Powinna być zakazana”

Idź do oryginalnego materiału