Nie będzie przebaczenia – Zastanawiałaś się kiedyś, żeby odnaleźć swoją matkę? Pytanie zabrzmiało tak niespodziewanie, iż Wika aż drgnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty przyniesione z pracy – sterta papierów groziła rozsypaniem, więc Wika ostrożnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz jednak zamarła, wolno opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach pojawiło się autentyczne zdumienie: skąd mu w ogóle przyszło to do głowy? Po co miałaby szukać tej, która kiedyś, jednym nieuważnym ruchem, zniszczyła jej życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała Wika, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Co za idiotyczny pomysł? Dlaczego miałabym to robić? Aleks wyraźnie się speszył. Przesunął dłonią po włosach, jakby próbując się zastanowić, i uśmiechnął się – trochę sztucznie, jakby sam żałował już swojego pytania. – No bo… – zaczął, szukając słów. – Często się słyszy, iż ludzie z domu dziecka albo z rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem… jeżeli byś chciała, chętnie ci pomogę. Naprawdę. Wika pokręciła głową. Nagle poczuła, jakby coś ścisnęło jej klatkę piersiową. Wzięła głęboki wdech, próbując opanować nagłą falę irytacji, i znów popatrzyła na Aleksa. – Dzięki za propozycję, ale nie trzeba – powiedziała stanowczo, trochę podnosząc głos. – Nigdy w życiu jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, to zabrzmiało ostro – ale inaczej nie potrafiła! Przecież musiałaby wrócić myślami do mnóstwa przykrych wspomnień i rozgrzebywać ból przed narzeczonym. Nie, kochała go bardzo, ale są rzeczy, którymi nigdy nie chce się dzielić. choćby z najbliższymi. Dlatego znów sięgnęła po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta. Aleks zmarszczył brwi, ale już nie nalegał. Wyraźnie nie podobała mu się taka stanowczość Wiki. W głębi duszy nie mógł zrozumieć jej stanowiska! Dla niego matka zawsze była niemal świętą – nieważne, czy go wychowywała, czy nie. Sam fakt, iż kobieta dziewięć miesięcy nosiła dziecko pod sercem, iż dała mu życie, wynosił ją w jego oczach na piedestał. Naprawdę wierzył, iż między matką a dzieckiem istnieje wyjątkowa, niezniszczalna więź – której nie pokona ani czas, ani los. Wika jednak nie tylko nie podzielała tych przekonań – odrzucała je całkowicie, bez cienia wątpliwości. Dla niej wszystko było jasne: jak można pragnąć spotkania z osobą, która potraktowała cię tak bezwzględnie? Jej „mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – sprawa była znacznie gorsza, znacznie boleśniejsza! Jeszcze jako nastolatka Wika zdobyła się kiedyś na odwagę, żeby zadać pytanie, które od lat ją dręczyło. Poszła do dyrektorki placówki, Pani Tatiany – surowej i sprawiedliwej kobiety, do której dzieci miały od lat szacunek. – Dlaczego tu jestem? – zapytała Wika cicho, ale zdecydowanie. – Moja mama… umarła? A może odebrano jej prawa rodzicielskie? Przecież musiało się stać coś poważnego, prawda? Tatiana zamarła. Właśnie porządkowała dokumenty na stole, ale po pytaniu dziewczyny odłożyła je na bok. Dyrektorka milczała przez chwilę, jakby ważyła każde słowo, potem westchnęła ciężko i ruchem głowy zaprosiła Wikę, by usiadła. Dziewczyna usiadła, ściskając brzeg krzesła, czując, jak narasta w niej niepokój. Już przeczuwała, iż zaraz usłyszy coś, co na zawsze zmieni jej obraz własnej przeszłości. – Zabrano jej prawa rodzicielskie i skierowano sprawę do prokuratury – zaczęła Tatiana powoli, starannie dobierając słowa. Patrzyła na Wikę uważnie, z troską w oczach: miała przed sobą przekazać dwunastoletniej dziewczynie gorzką prawdę, którą wielu próbowałoby zataić. Można by złagodzić fakty, wymyślić coś łagodniejszego – ale dyrektorka była pewna: Wika powinna wiedzieć wszystko. Choćby miało to boleć, lepiej znać prawdę. Zrobiła krótką przerwę, zastanawiając się, po czym kontynuowała: – Trafiłaś do nas mając cztery i pół roku. O twojej sytuacji zawiadomili przypadkowi przechodnie – zauważyli małe dziecko błąkające się samotnie po ulicy. Szłaś sama, zupełnie zagubiona… niedługo wyszło na jaw, iż pewna kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu i wsiadła do pociągu, odjeżdżając. Była jesień, zimno, wilgotno, a ty miałaś na sobie tylko cienki płaszczyk i gumowe kalosze. Kilka godzin na zewnątrz skończyło się pobytem w szpitalu. Bardzo się rozchorowałaś, długo musiałaś się leczyć. Wika siedziała nieruchomo, jakby skamieniała. Jej palce nieświadomie zaciskały się w pięści, ale twarz pozostała niewzruszona – tylko oczy przyciemniały, jakby nagle pojawiły się w nich chmury. Milczała, ale Tatiana widziała: dziewczynka słucha uważnie, chłonie każde słowo. – A… odnaleźli ją? I co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? – wymamrotała Wika, nie rozluźniając pięści. – Odnaleźli i osądzili. A jej wyjaśnienie… – dyrektorka na moment zamilkła, po czym gorzko się uśmiechnęła. – Stwierdziła, iż nie miała pieniędzy, a wtedy nadarzyła się jej praca. Tyle tylko, iż pracodawca nie pozwalał przyprowadzać dzieci – przeszkadzałaś jej. To miał być jakiś ośrodek wypoczynkowy czy coś w tym rodzaju. Uznała, iż łatwiej zostawić cię i zacząć nowe życie bez przeszkód. Wika się nie ruszała. Jej pięści wolno się rozluźniły, dłonie opadły bezwładnie na kolana. Patrzyła przed siebie, jakby niczego nie widząc – myślami odpłynęła daleko, do jesiennego poranka, którego choćby nie pamięta. – Rozumiem… – powiedziała w końcu równym, niemal bez życia głosem. Potem podniosła wzrok na Tatianę i dodała: – Dziękuję za szczerość. W tamtej chwili Wika już na zawsze zrozumiała: nie będzie szukać matki. Nigdy. Myśl, która wcześniej czasem świtała gdzieś na obrzeżach świadomości – iż może kiedyś, z ciekawości, tylko by zapytać „dlaczego?” – odeszła na zawsze. Opuścić dziecko na ulicy… W głowie się nie mieściło! Jak w ogóle można tak zrobić? Czy naprawdę kobieta, która dała jej życie, całkiem nie miała sumienia i serca? Przecież z małym dzieckiem na takiej ulicy mogło stać się wszystko! „To zachowanie nie człowieka, ale bestii!” – powtarzała w duchu Wika, czując, jak wszystko w niej kurczy się z bólu i żalu. Próbowała – naprawdę próbowała – znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Może matka była w rozpaczy? Może naprawdę nie miała wyjścia? Może sądziła, iż tak będzie lepiej dla Wiki? Ale każda taka próba rozbijała się o brutalne fakty. Dlaczego nie można było po prostu oficjalnie zrzec się praw? Dlaczego nie oddać dziecka do placówki oficjalnie, by było bezpieczne? Po co ryzykować jego życie, zostawiając czterolatkę samotnie na zimnej ulicy? Wika przemyśliwała różne wersje, jedna po drugiej, ale żadna nie była w stanie złagodzić bólu ani zmienić świadomej decyzji matki. Wszystko wyglądało tak samo: zimna, bezwzględna decyzja pozbycia się dziecka jak niepotrzebnej rzeczy. Z każdą kolejną myślą Wika czuła, jak w niej rośnie niezachwiana determinacja. Nie. Nie będzie szukać tej kobiety. Nie zapyta. Nie spróbuje zrozumieć. Żadne zrozumienie nie zmieni tego, co się już wydarzyło. A przebaczyć – nie potrafi. A wraz z tą decyzją przyszło osobliwe, niemal fizyczne poczucie ulgi… ******************** – Mam dla ciebie niespodziankę! – Aleks prawie promieniał ze szczęścia, jego twarz rozjaśniała, jakby wygrał w totka. Stał w przedpokoju, niecierpliwie przebierając nogami, jakby nie mógł się doczekać, żeby pokazać, co wymyślił. – Spodoba ci się! Chodź szybko! Nie każ czekać! Wika stanęła w progu, trzymając w ręku kubek z zimną już herbatą. Spojrzała na Aleksa zdezorientowana, potem ostrożnie odstawiła kubek na stolik. Co to za niespodzianka? I dlaczego, mimo radosnego tonu Alka, nie opuszczało jej niepokojące przeczucie? W środku czuła się, jakby niewidzialna struna zaraz miała pęknąć. – Dokąd idziemy? – zapytała, starając się brzmieć spokojnie. – Zaraz zobaczysz! – Alek jeszcze szerzej się uśmiechnął, chwycił ją za rękę i pociągnął do drzwi. – Zaufaj mi, warto! Wika się nie opierała, ale w środku była cała spięta. Automatycznie włożyła płaszcz, buty i wyszła za nim. Przez całą drogę do parku próbowała odgadnąć, co takiego dla niej wymyślił. Może bilety na koncert? Może spotkanie z kimś ze starych znajomych? Pomysły się mnożyły, ale żaden nie wydawał się prawdopodobny. Kiedy weszli do parku, Wika od razu zauważyła kobietę siedzącą na ławce niedaleko alejki. Była ubrana skromnie, ale schludnie: ciemny płaszcz, szalik na szyi, niewielka torebka na kolanach. Jej twarz wydała się Wice jakoś znajoma, ale nie mogła przypomnieć sobie skąd. Może to ktoś z rodziny Aleksa? Albo koleżanka, którą chce jej przedstawić? Aleks zdecydowanie ruszył w stronę ławki, Wika szła za nim, próbując poskładać fragmenty układanki. Kiedy zbliżyli się na kilka kroków, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tej chwili coś w Wice drgnęło – rozpoznała tę twarz. W lustrze. Gdyby dodać trzydzieści, czterdzieści lat. – Wika – głos Aleksa zabrzmiał niemal uroczyście, jakby ogłaszał istotną wiadomość ze sceny – z euforią informuję, iż po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć twoją mamę. Podoba ci się? Wika stała jak wryta, czując, iż świat na moment się zatrzymał. Jak on mógł? Przecież wyraźnie mówiła, iż nie chce choćby słyszeć o tej kobiecie! – Córeczko! Ależ wyrosłaś na piękną kobietę! – kobieta zerwała się z ławki, rozkładając ramiona do objęcia. Jej głos drżał, oczy świeciły, jakby naprawdę ucieszyła się ze spotkania. Wika jednak odsunęła się gwałtownie, chcąc zwiększyć dystans. Jej twarz zesztywniała, a spojrzenie stało się nieprzejednane. – To ja, twoja mama! – kobieta dalej mówiła, jakby nie dostrzegała reakcji Wiki. – Tak długo cię szukałam! Myślałam o tobie każdego dnia… – To nie było łatwe! – z dumą dodał Aleks. Stał nieco z tyłu, dumny siebie jak paw. – Musiałem poprosić o pomoc znajomych, obdzwonić różne instytucje, znaleźć kontakty… Ale jestem szczęśliwy, iż się udało! Jego słowa przerwał głośny, ostry policzek. Ręka Wiki uniosła się automatycznie, bez chwili zwłoki. W oczach miała łzy bólu i gniewu. Patrzyła na narzeczonego z takim rozczarowaniem, iż aż odsunął się o krok. – Co robisz?! – wykrztusił Aleks, łapiąc się za policzek. Tego się nie spodziewał. – Wszystko to zrobiłem dla ciebie! Chciałem ci pomóc, zrobić coś dobrego… Wika nie odpowiedziała. Nie była w stanie – wewnątrz aż gotowało się od żalu i upokorzenia. Aleks, któremu ufała najbardziej, właśnie naruszył jej największą granicę: nie ruszaj przeszłości. To, co ukryła głęboko w sobie, nagle zostało wystawione na pokaz. Kobieta obok zdezorientowana rzucała niepewne spojrzenia raz na Wikę, raz na Aleksa. Chciała coś powiedzieć, ale uciekła wzrokiem, widząc wyraz twarzy córki. – Nie prosiłam cię, żebyś jej szukał – odezwała się Wika cicho. Jej głos był równy, choć w środku wszystko się trzęsło. – Przecież jasno powiedziałam, iż tego nie chcę! A ty i tak zrobiłeś po swojemu! Aleks opuścił rękę, ale nie wiedział, co odpowiedzieć. Patrzył na nią, bezsilny wobec jej żalu. Wyraziście widział jedynie chłodną stanowczość. – Powiedziałam wyraźnie: nie chcę słyszeć o tej kobiecie! – głos Wiki drżał od emocji. – Ta „matka” zostawiła mnie jako czterolatkę na dworcu! Samą! W cienkim ubraniu! Jak mogłabym to wybaczyć? Aleks pobladł, ale się nie poddawał. Wyprostował się i tonem powagi powiedział: – To twoja matka! Nieważne, jaka była! Matka! W tym momencie kobieta ruszyła krok naprzód. Jej głos był cichy, pełen żalu, jakby próbowała się tłumaczyć: – Często byłaś chora, nie miałam pieniędzy na leki – zaczęła niepewnie. – To była szansa na zarobek! Miałam cię potem odebrać, kiedy się ułoży… znów żyłybyśmy razem… Wika odwróciła się do niej gwałtownie. W jej oczach nie było litości – tylko chłodna, wycierpiana gorycz. – Skąd miałaś mnie odebrać? Z cmentarza? – jej głos był zimny jak lód. – Przecież mogłaś oddać mnie do domu dziecka oficjalnie, powiadomić opiekę społeczną! Ale nie – zostawiłaś mnie na ulicy! I to ma być matka? Aleks próbował jakoś załagodzić sytuację. Chciał dotknąć jej dłoni, ale Wika odsunęła go bez słowa. – Przeszłość minęła, trzeba żyć teraźniejszością – mówił usilnie, jakby próbował sam siebie przekonać. – Chciałaś mieć bliskich na ślubie… Spełniłem twoje marzenie! Wika spojrzała na niego z takim rozczarowaniem, iż Aleks zamilkł. – Zaprosiłam panią Tatianę, dyrektorkę domu dziecka, oraz panią Julię, moją wychowawczynię – jej głos był cichy, ale stanowczy. – To one były moimi prawdziwymi mamami! Były ze mną, kiedy było mi najgorzej. To ich uważam za rodzinę! Wika gwałtownie wyswobodziła swoją rękę i bez słowa wybiegła z parku. Szła, nie oglądając się za siebie, coraz dalej od bolesnego spotkania i od człowieka, któremu ufała najbardziej. W środku szalała burza, aż ciężko było oddychać. Takiego zawodu po Aleku się nie spodziewała. Przecież nic przed nim nie ukrywała. Opowiedziała całą prawdę o swoim dzieciństwie – bez upiększania, bez owijania w bawełnę. O miesiącach w domu dziecka, o naiwnej nadziei, iż matka wróci. Aleks słuchał, przytakiwał, zapewniał, iż rozumie. A jednak ją odnalazł. A jednak ją przyprowadził. „Nieważne, jaka jest, ona jest twoją matką” – te słowa dudniły w jej głowie i obudziły jeszcze większy ból. „Nigdy!” – zdecydowała Wika. Nigdy nie zaakceptuje tej kobiety. Nigdy nie udawać, iż nic się nie stało. Bez zwalniania kroku opuściła park i ruszyła ulicą przed siebie. Myśli były chaotyczne, ciągle wracało jej dzisiejsze spotkanie z matką – postarzałą, z niepewnym uśmiechem. Wika zacisnęła pięści, odganiając to wspomnienie. Teraz chciała tylko jednego – uciec jak najdalej. choćby nie wróciła po swoje rzeczy do mieszkania Aleka. Na szczęście nie miała ich tam wiele: kilka toreb z ubraniami, parę drobiazgów. Przeprowadzkę po ślubie planowali później, większość rzeczy miała w swojej kawalerce przyznanej przez miasto – to wszystko ułatwiało sprawę. Najważniejsze – nie wracać tam teraz, gdy każda myśl o Aleksie raniła jeszcze bardziej. Telefon w jej kieszeni nieustannie brzęczał – Aleks dzwonił raz za razem. Wika patrzyła na wyświetlacz, widząc jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli się odezwie, wybuchnie, powie za dużo, czego potem by żałowała. Lepiej poczekać, aż pierwsza fala emocji opadnie. Aleks nie ustępował. Poza telefonami wysłał też kilka wiadomości głosowych. Jego głos był ostry, niemal rozkazujący: – Wika, zachowujesz się jak dziecko! Próbowałem zrobić wszystko jak najlepiej, a ty… jesteś po prostu niewdzięczna! To czysta histeria! Kolejna wiadomość była jeszcze surowsza: – Już postanowiłem. Ludmiła będzie na ślubie. Koniec tematu. Nie zamierzam zmieniać zdania przez twoje fanaberie. Będziemy pielęgnować rodzinne więzi, a nasze dzieci będą mówić do niej „babciu”. Tak trzeba i tak jest dobrze! Wika słuchała wiadomości, stojąc na przystanku, i czuła, jak wszystko w niej wzbiera. Wyłączyła telefon, wrzuciła do kieszeni i spojrzała w niebo. Jej świat właśnie rozpadł się z hukiem na kawałki i nie wiedziała, czy da się to odratować. Wpatrywała się długo w ekran telefonu, na którym widniały ostatnie wiadomości Aleka. W głowie dźwięczały jego słowa – twarde, kategoryczne, nie pozostawiające miejsca na kompromis. „Ludmiła będzie na ślubie. Kropka”. Te frazy wyryły się w jej pamięci. Otworzyła aplikację do wysyłania wiadomości, wpisała krótki tekst i przeczytała go kilka razy: „Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć – ani ciebie, ani tej kobiety”. Nacisnęła „Wyślij”… Przez kilka sekund patrzyła na znaczek potwierdzający dostarczenie, potem powoli schowała telefon. Prawie natychmiast ekran błysnął – Aleks znów próbował się dodzwonić. Nie odebrała. Zaraz przyszło jeszcze kilka wiadomości, ale choćby ich nie otworzyła. Zamiast tego znalazła jego numer w kontaktach i bez wahania przeniosła do czarnej listy. Telefon zamilkł – żadnych połączeń, żadnych powiadomień, żadnych rozpaczliwych prób kontaktu. Cisza otuliła ją jak ciepły koc, przynosząc ulgę. Może później pożałuje tej decyzji. Może. Ale teraz, w tej chwili, to był jedyny słuszny krok. Czuła, jak burza w niej cichnie, ustępując miejsce zmęczonej, ale spokojnej jasności. Tak właśnie trzeba. Nie ma przyszłości z kimś, kto potrafi zrobić coś takiego…

newsempire24.com 4 godzin temu

Przebaczenia nie będzie

Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, żeby odnaleźć swoją matkę?

Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Weronika aż drgnęła. Akurat rozkładała na kuchennym stole papiery z pracy sterta dokumentów groziła rozsypaniem, więc ostrożnie przytrzymywała je dłonią. Zamarła jednak, powoli opuściła ręce i uniosła wzrok na Andrzeja. W jej oczach malowało się prawdziwe zdumienie: skąd w ogóle przyszedł mu taki pomysł? Po co miałaby szukać tej kobiety, która kiedyś, jednym nieuważnym ruchem, złamała jej niemal całe życie?

Oczywiście, iż nie odpowiedziała Weronika, starając się, by głos brzmiał spokojnie. Co to za absurdalny pomysł? Dlaczego miałabym to robić?

Andrzej lekko się peszył. Przejechał dłonią po włosach, jakby szukał adekwatnych słów, i uśmiechnął się, choć wymuszenie: widać było, iż już żałuje swojego pytania.

Bo wiesz zaczął, dobierając słowa. Słyszałem nieraz, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli byś chciała, to pomogę. Naprawdę.

Weronika pokręciła głową. W piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidoczny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując poskromić nagłą irytację, po czym spojrzała ponownie na Andrzeja.

Dzięki za propozycję, ale nie trzeba odparła stanowczo, ton podniósł się nieco. Nigdy jej nie będę szukać. Dla mnie ta kobieta przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę!

Wiedziała, iż zabrzmiało to ostro, ale nie mogła inaczej; w przeciwnym razie musiałaby opowiadać o rzeczach, o których nie chce mówić choćby ukochanemu. Są sprawy, które zostawia się tylko dla siebie, choćby się kochało najmocniej. Pochyliła się więc z powrotem nad dokumentami, udając bardzo zajętą.

Andrzej zasępił się, ale nie drążył tematu. Było widać, iż nie rozumie jej stanowiska. Dla niego matka była niemal świętością nieważne, czy uczestniczyła w jego wychowaniu, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko pod sercem dziewięć miesięcy i dała mu życie, czynił ją wyjątkową, niemal nietykalną. Był szczerze przekonany, iż między matką a dzieckiem istnieje nieskalaną, wieczną więź, której nie złamie ani czas, ani los.

Weronika nie tyle tego nie podzielała, co stanowczo negowała. Dla niej wszystko było proste: jak można chcieć spotkania z kimś, kto potraktował cię z taką bezlitosną obojętnością? Jej tak zwana matka nie tylko oddała ją do domu dziecka sprawa była znacznie gorsza, boleśniejsza!

Dawno temu, mając zaledwie dwanaście lat, Weronika zdobyła się na odwagę zadać pytanie, które długo nie dawało jej spokoju. Poszła wtedy do dyrektorki domu dziecka, pani Antoniny Zawistowskiej, kobiety surowej, ale sprawiedliwej, której dzieci szczerze ufały.

Dlaczego tu jestem? zapytała cicho, ale stanowczo. Moja mama Umarła? Odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało stać się coś poważnego, prawda?

Pani Zawistowska zamarła przy stercie papierów, które właśnie segregowała na swoim biurku. Powoli odłożyła dokumenty, milczała przez chwilę jakby ważąc każde słowo, po czym ciężko westchnęła i gestem zaprosiła Weronikę do siedzenia.

Dziewczynka usiadła, ściskając kurczowo brzeg krzesła czekała z niepokojem, czując, iż za moment usłyszy prawdę, która na zawsze zmieni jej obraz dzieciństwa.

Odebrano jej prawa rodzicielskie i wszczęto postępowanie karne zaczęła pani Zawistowska powoli, nie spuszczając z Weroniki wzroku. W jej oczach widać było troskę: wiedziała, iż musi przekazać dwunastolatce bolesną prawdę, którą wielu wolałoby zataić. Ale była przekonana, iż lepiej wiedzieć, niż żyć w nieświadomości.

Po dłuższej chwili, kontynuowała:

Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół lat. Zauważyli cię przypadkowi przechodnie widzieli małe dziecko błąkające się samotnie po ulicy. Szedłaś sama, wystraszona. Okazało się potem, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu kolejowym, wsiadła do pociągu i odjechała. Była jesień, było zimno, miałaś na sobie tylko cienki płaszczyk i kalosze. Po kilku godzinach na dworze trafiłaś do szpitala z poważnym przeziębieniem.

Weronika nie ruszała się, siedziała nieruchomo jak posąg. Jej drobne dłonie zacisnęły się w pięści, ale na twarzy nie było widać żadnych emocji tylko oczy pociemniały, jakby zebrały się w nich burzowe chmury. Milczała, ale pani Zawistowska widziała, iż każde słowo wbija się w duszę dziewczynki.

Czy ją odnaleziono? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? szepnęła Weronika, nie rozluźniając palców.

Znaleziono i osądzono. Jej tłumaczenie dyrektorka zawahała się, potem gorzko się uśmiechnęła. Powiedziała, iż nie miała pieniędzy, a trafiła jej się praca. Pracodawca nie zgodził się na obecność dziecka na terenie. Przeszkadzałaś jej. To był pensjonat czy coś podobnego. Uznała, iż tak będzie łatwiej zostawi cię i zacznie nowe życie bez balastu.

Weronika nie ruszała się. Pięści rozluźniły się powoli, ręce opadły bezwładnie na kolana. Patrzyła przed siebie, jakby nie widziała nic jej myśli uciekły daleko, tam, gdzie zaczęła się samotność, której choćby nie pamiętała.

Rozumiem powiedziała po dłuższej chwili beznamiętnie. Potem spojrzała na panią Zawistowską i dodała cicho: Dziękuję za szczerość.

Tamtego dnia Weronika zrozumiała jedno: nie chce nigdy szukać swojej matki. Myśl, która kiedyś czasami przemknęła gdzieś na skraju świadomości by z ciekawości spojrzeć kiedyś matce w oczy i zapytać, dlaczego uleciała na zawsze.

Zostawić dziecko na ulicy Jak można? Czy ta kobieta naprawdę nie miała w sobie ani krzty sumienia? Z małą dziewczynką mogło się stać wszystko!

To nie jest ludzki czyn, powtarzała w myślach Weronika, a w sercu rodziła się ostra, parząca uraza. Próbowała szukać usprawiedliwienia może mama była zdesperowana? Może bała się, iż nie ma wyjścia? Może myślała, iż tak Weronice będzie lepiej?

Ale te tłumaczenia rozpadały się na proste, niepodważalne fakty. Dlaczego nie mogła po prostu zrzec się praw? Oddać ją legalnie do domu dziecka, gdzie przynajmniej byłaby bezpieczna? Dlaczego ryzykowała, zostawiając czteroletnią dziewczynkę samotnie na zimnej jesiennej ulicy?

Weronika przewracała w głowie wszystkie możliwe scenariusze, żadne nie koiło bólu ani nie tłumaczyło zdrady. To był zimny, wyrachowany wybór, jakby pozbywała się niechcianej rzeczy.

Z każdą taką myślą Weronika czuła się coraz bardziej zdecydowana: nie, nie będzie jej szukać, nie będzie zadawać pytań, nie będzie próbować zrozumieć. I żadne zrozumienie ani żadne wybaczenie nie cofnie czasu. Przebaczyć tego nie potrafi.

I z tą decyzją przyszło dziwne, niemal fizyczne poczucie wolności

***

Mam niespodziankę! Andrzej promieniał radością, jego twarz świeciła jak u dziecka, które właśnie wygrało w totolotka. Stał w przedpokoju, przestępując z nogi na nogę, wyraźnie nie mogąc się doczekać, by pokazać to, co przygotował. Spodoba ci się, zobaczysz! Chodź, nie każ człowieka czekać!

Weronika stanęła w progu pokoju z kubkiem zimnej herbaty. Spojrzała na Andrzeja nieco zaskoczona, po czym ostrożnie odstawiła kubek na stolik. Co to za niespodzianka? I czemu mimo wesołego tonu Andrzeja, nie opuszczało jej złe przeczucie? Coś w niej napiętego cicho pękało.

Ale gdzie idziemy? zapytała, starając się zachować spokojny ton.

Zaraz zobaczysz! Uśmiechnął się szerzej, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi. Zaufaj mi, warto!

Nie opierała się, ale niepokój narastał. Automatycznie zarzuciła płaszcz, założyła botki i wyszła za Andrzejem. Całą drogę do parku głowiła się, co wymyślił. Może bilety do teatru? Albo spotkanie z kimś ze znajomych? Nic nie wydawało się adekwatne.

Gdy tylko weszli do parku, Weronika zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Była ubrana skromnie, ale porządnie: ciemny płaszcz, szalik pod brodą, mała torebka na kolanach. Twarz wydawała się Weronice dziwnie znajoma, choć nie mogła jej sobie przypomnieć. Może kuzynka Andrzeja? Jakaś dalsza rodzina?

Andrzej bez wahania skierował się do ławki, Weronika podążała za nim, ciągle próbując poukładać kawałki układanki. Kiedy zbliżyli się, kobieta uniosła wzrok i delikatnie się uśmiechnęła. Wtedy Weronikę przeszył dreszcz w końcu skojarzyła tę twarz. W lustrze, trzydzieści lat później, zobaczyłaby ją u siebie.

Weroniko głos Andrzeja zabrzmiał uroczyście, jakby miał ogłosić coś ważnego na środku rynku mam dla ciebie wieść: po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć twoją mamę. Cieszysz się?

Weronika zamarła, czując, iż świat zatrzymał się na chwilę. Jak on mógł? Przecież jasno dała do zrozumienia, iż nie chce choćby słyszeć o tej kobiecie!

Córeczko! Jak ty wyrosłaś, jaka piękna jesteś! kobieta poderwała się z ławki, wyciągając w jej stronę ręce. Jej głos drżał, w oczach migotały łzy radości.

Ale Weronika cofnęła się o krok chciała powiększyć dzielącą je odległość. Twarz miała kamienną, wzrok twardy.

To ja, mama! kobieta nie przestawała, ignorując brak reakcji. Szukałam cię latami! Ciągle myślałam, jak ci się powodzi, czy cię nie skrzywdzono…

Nie było łatwo! wtrącił z dumą Andrzej, stojąc tuż obok, cały rozpromieniony. Musiałem popytać znajomych, obdzwonić urzędy, szukać Ale udało się!

W jego entuzjazm wdarł się nagły, głośny policzek. Weronika uderzyła instynktownie, łzy napłynęły jej do oczu, pełne bólu i rozpaczy. Spojrzała na narzeczonego z niedowierzaniem: jak mógł? Powtarzała tyle razy, iż nie chce mieć z matką nic wspólnego!

Co ty wyprawiasz? wychrypiał Andrzej, łapiąc się za policzek. Był autentycznie zaskoczony. Chciałem ci pomóc! Zrobić coś dobrego

Weronika milczała. Czuła, jak w środku wszystko się gotuje. Cała jej przeszłość, którą tak pilnie skrywała, nagle stała się przedmiotem cudzych decyzji. To Andrzej, któremu powierzyła wszystko, złamał jej podstawową zasadę: nie dotykać przeszłości.

Kobieta, ta która była jej matką, patrzyła skołowana to na Weronikę, to na narzeczonego. Widać było, iż nie wie, jak się zachować. Zaczęła coś mówić, ale zamilkła, widząc wyraz twarzy dziewczyny.

Nie prosiłam cię o to w końcu Weronika przemówiła cicho, choć każde słowo było jak ostrze. Powiedziałam jasno, iż nie chcę. A ty i tak zrobiłeś po swojemu!

Andrzej opuścił rękę, ale nie odpowiedział. Spojrzał na Weronikę, wypatrując w jej oczach cienia zawahania, ale widział tylko chłodną determinację.

Mówiłam wyraźnie: nie chcę choćby jej widzieć! zadrżała z gniewu. W oczach miałam nie tylko żal, ale głęboką, zadawnioną ranę, którą Andrzej nieświadomie rozdrapał. Ta matka zostawiła mnie na dworcu, gdy miałam cztery lata! Samą! Wśród obcych, w jesiennej aurze! Myślisz, iż jestem w stanie jej to wybaczyć?!

Andrzej pobladł, ale nie ustąpił. Wyprostował się, próbując nadać swoim słowom wagę:

To jest twoja matka! Nieważne jaka Matka!

Wtedy kobieta zrobiła nieśmiały krok do przodu, mówiąc niemal przepraszającym szeptem:

Byłaś często chora, brakowało pieniędzy na leki zaczęła cicho, wybierając każde słowo. A ta praca, to była szansa Gdybym ją podjęła, mogłabym cię zabrać i znowu bylibyśmy razem

Weronika gwałtownie spojrzała na matkę. W jej oczach nie było ani cienia wzruszenia, tylko długie, zimne lata goryczy.

Skąd byś mnie zabrała? Z cmentarza? jej głos zabrzmiał ostro, prawie okrutnie. Mogłaś zgłosić to w opiece, napisać wniosek o czasową niemożność sprawowania opieki. Mogłaś zostawić mnie w szpitalu, skoro byłam chora! Ale nie na ulicy, nie tak!

Andrzej próbował złagodzić sytuację, łagodnie ujmując dłoń Weroniki. Ona jednak natychmiast się odsunęła, choćby nie patrząc na niego.

Przeszłość już minęła, ważne jest, co teraz mówił z uporem, jakby chciał przekonać siebie i ją. Zawsze mówiłaś, iż marzyłaś o rodzinie na ślubie. Spełniłem twoją prośbę…

Weronika popatrzyła na niego i w jej oczach była tylko gorycz.

Zaprosiłam panią Antoninę Zawistowską, dyrektorkę domu dziecka, i Panią Julię Wojciechowską, moją wychowawczynię jej głos był spokojniejszy, ale twardy jak stal. To one były moimi matkami! To one były ze mną, kiedy wszyscy inni zawiedli! To je uważam za swoją rodzinę!

Z stanowczym ruchem wyrwała dłoń z uchwytu Andrzeja i bez słowa, nie oglądając się za siebie, wybiegła z parku. Nogi same niosły ją jak najdalej, między alejkami i klombami, od tej rozmowy, od tych ludzi, od człowieka, któremu ufała najbardziej na świecie. W piersi szalała burza. Takiego zawodu się nie spodziewała.

Przecież nie ukrywała przed nim niczego. Opowiadała mu o wszystkim: o miesiącach w domu dziecka, o porzuconych nadziejach. Wydawało się, iż rozumie. A jednak odnalazł tę kobietę i przyprowadził ją. Matka to matka te słowa odbijały się echem w jej głowie, budząc kolejną falę rozgoryczenia.

Nigdy! pomyślała zdecydowanie. Nigdy nie wpuści tej kobiety do swojego życia! Nigdy nie udawała, iż nic się nie stało.

Szła gwałtownie przez miasto, nie zwracając uwagi, dokąd zmierza. Przed oczami pojawiało się wciąż to dziś zobaczone, poszarzałe z wiekiem, drżące twarz matki z wymuszonym uśmiechem. Ścisnęła pięści, odganiając to widmo. Chciała być tylko daleko od wszystkiego.

Nawet nie wróciła po swoje rzeczy do mieszkania Andrzeja. Na szczęście miała tam kilka kilka ubrań, trochę drobiazgów. Przeprowadzkę planowali po ślubie, więc większość rzeczy była jeszcze w jej kawalerce od miasta. To ułatwiało sprawę nie musiała się martwić, iż będzie musiała po coś wracać, gdy wszystko w środku bolało.

Telefon w kieszeni uporczywie wibrował Andrzej dzwonił raz po raz. Zerkała na ekran, widząc jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż gdy tylko usłyszy jego głos, już się nie opanuje i powie coś, czego będzie żałować. Lepiej przeczekać ten pierwszy przypływ żalu.

Andrzej był nieustępliwy. Poza telefonami posyłał też nagrania głosowe. Jego głos brzmiał szorstko, wręcz surowo:

Weronika, zachowujesz się jak dziecko! Chciałem dobrze, a ty… Jesteś po prostu niewdzięczna! To czysta histeria!

Kolejne nagranie było jeszcze bardziej kategoryczne:

Podjąłem decyzję. Maria będzie na ślubie. Koniec, kropka. Nie zmienię zdania przez twoje humory. Będziemy utrzymywać rodzinne kontakty, a nasze dzieci będą mówić do niej babciu. Tak trzeba, tak jest adekwatnie.

Weronika słuchała tych wiadomości, stojąc na przystanku, a w środku ściskało ją coraz mocniej. Wyłączyła telefon, schowała go do kieszeni i spojrzała w szare, jesienne niebo. Jej świat właśnie pękł i nie wiedziała, jak go poskładać.

Długo patrzyła na ekran telefonu, gdzie zamierały ostatnie słowa Andrzeja. W głowie brzmiały jego bezlitosne zdania: Maria będzie na ślubie. Koniec. Nie dawały jej wytchnienia.

Weszła w aplikację do wysyłania wiadomości, wystukała krótki, jednoznaczny tekst, kilka razy przeczytała: Ślubu nie będzie. Nie chcę cię znać ani ciebie, ani tej kobiety.

Rozpaczliwie wcisnęła Wyślij. Przez chwilę patrzyła na potwierdzającą wysyłkę ikonkę i odłożyła telefon.

Zaraz ekran rozświetlił się Andrzej próbował dzwonić. Weronika choćby nie drgnęła. Potem spłynęło kilka nowych wiadomości, których już choćby nie otworzyła. Otworzyła za to listę kontaktów, znalazła numer już byłego narzeczonego i bez cienia wahania dodała go do czarnej listy.

Telefon ucichł. Żadnych połączeń, żadnych powiadomień i dźwięków. Cisza spowiła ją jak miękki koc, przynosząc rzadkie ukojenie.

Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może Ale teraz, w tej chwili, była to jedyna słuszna droga. Czuła jak burza w niej gaśnie, ustępując miejsca spokojnej pewności.

Tak jest dobrze. Z kimś, kto robi coś takiego, nie mogła mieć przyszłości.

Idź do oryginalnego materiału