Przebaczenia nie będzie
Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, żeby odnaleźć swoją matkę?
Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Weronika aż drgnęła. Akurat rozkładała na kuchennym stole papiery z pracy sterta dokumentów groziła rozsypaniem, więc ostrożnie przytrzymywała je dłonią. Zamarła jednak, powoli opuściła ręce i uniosła wzrok na Andrzeja. W jej oczach malowało się prawdziwe zdumienie: skąd w ogóle przyszedł mu taki pomysł? Po co miałaby szukać tej kobiety, która kiedyś, jednym nieuważnym ruchem, złamała jej niemal całe życie?
Oczywiście, iż nie odpowiedziała Weronika, starając się, by głos brzmiał spokojnie. Co to za absurdalny pomysł? Dlaczego miałabym to robić?
Andrzej lekko się peszył. Przejechał dłonią po włosach, jakby szukał adekwatnych słów, i uśmiechnął się, choć wymuszenie: widać było, iż już żałuje swojego pytania.
Bo wiesz zaczął, dobierając słowa. Słyszałem nieraz, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli byś chciała, to pomogę. Naprawdę.
Weronika pokręciła głową. W piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidoczny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując poskromić nagłą irytację, po czym spojrzała ponownie na Andrzeja.
Dzięki za propozycję, ale nie trzeba odparła stanowczo, ton podniósł się nieco. Nigdy jej nie będę szukać. Dla mnie ta kobieta przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę!
Wiedziała, iż zabrzmiało to ostro, ale nie mogła inaczej; w przeciwnym razie musiałaby opowiadać o rzeczach, o których nie chce mówić choćby ukochanemu. Są sprawy, które zostawia się tylko dla siebie, choćby się kochało najmocniej. Pochyliła się więc z powrotem nad dokumentami, udając bardzo zajętą.
Andrzej zasępił się, ale nie drążył tematu. Było widać, iż nie rozumie jej stanowiska. Dla niego matka była niemal świętością nieważne, czy uczestniczyła w jego wychowaniu, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko pod sercem dziewięć miesięcy i dała mu życie, czynił ją wyjątkową, niemal nietykalną. Był szczerze przekonany, iż między matką a dzieckiem istnieje nieskalaną, wieczną więź, której nie złamie ani czas, ani los.
Weronika nie tyle tego nie podzielała, co stanowczo negowała. Dla niej wszystko było proste: jak można chcieć spotkania z kimś, kto potraktował cię z taką bezlitosną obojętnością? Jej tak zwana matka nie tylko oddała ją do domu dziecka sprawa była znacznie gorsza, boleśniejsza!
Dawno temu, mając zaledwie dwanaście lat, Weronika zdobyła się na odwagę zadać pytanie, które długo nie dawało jej spokoju. Poszła wtedy do dyrektorki domu dziecka, pani Antoniny Zawistowskiej, kobiety surowej, ale sprawiedliwej, której dzieci szczerze ufały.
Dlaczego tu jestem? zapytała cicho, ale stanowczo. Moja mama Umarła? Odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało stać się coś poważnego, prawda?
Pani Zawistowska zamarła przy stercie papierów, które właśnie segregowała na swoim biurku. Powoli odłożyła dokumenty, milczała przez chwilę jakby ważąc każde słowo, po czym ciężko westchnęła i gestem zaprosiła Weronikę do siedzenia.
Dziewczynka usiadła, ściskając kurczowo brzeg krzesła czekała z niepokojem, czując, iż za moment usłyszy prawdę, która na zawsze zmieni jej obraz dzieciństwa.
Odebrano jej prawa rodzicielskie i wszczęto postępowanie karne zaczęła pani Zawistowska powoli, nie spuszczając z Weroniki wzroku. W jej oczach widać było troskę: wiedziała, iż musi przekazać dwunastolatce bolesną prawdę, którą wielu wolałoby zataić. Ale była przekonana, iż lepiej wiedzieć, niż żyć w nieświadomości.
Po dłuższej chwili, kontynuowała:
Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół lat. Zauważyli cię przypadkowi przechodnie widzieli małe dziecko błąkające się samotnie po ulicy. Szedłaś sama, wystraszona. Okazało się potem, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu kolejowym, wsiadła do pociągu i odjechała. Była jesień, było zimno, miałaś na sobie tylko cienki płaszczyk i kalosze. Po kilku godzinach na dworze trafiłaś do szpitala z poważnym przeziębieniem.
Weronika nie ruszała się, siedziała nieruchomo jak posąg. Jej drobne dłonie zacisnęły się w pięści, ale na twarzy nie było widać żadnych emocji tylko oczy pociemniały, jakby zebrały się w nich burzowe chmury. Milczała, ale pani Zawistowska widziała, iż każde słowo wbija się w duszę dziewczynki.
Czy ją odnaleziono? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? szepnęła Weronika, nie rozluźniając palców.
Znaleziono i osądzono. Jej tłumaczenie dyrektorka zawahała się, potem gorzko się uśmiechnęła. Powiedziała, iż nie miała pieniędzy, a trafiła jej się praca. Pracodawca nie zgodził się na obecność dziecka na terenie. Przeszkadzałaś jej. To był pensjonat czy coś podobnego. Uznała, iż tak będzie łatwiej zostawi cię i zacznie nowe życie bez balastu.
Weronika nie ruszała się. Pięści rozluźniły się powoli, ręce opadły bezwładnie na kolana. Patrzyła przed siebie, jakby nie widziała nic jej myśli uciekły daleko, tam, gdzie zaczęła się samotność, której choćby nie pamiętała.
Rozumiem powiedziała po dłuższej chwili beznamiętnie. Potem spojrzała na panią Zawistowską i dodała cicho: Dziękuję za szczerość.
Tamtego dnia Weronika zrozumiała jedno: nie chce nigdy szukać swojej matki. Myśl, która kiedyś czasami przemknęła gdzieś na skraju świadomości by z ciekawości spojrzeć kiedyś matce w oczy i zapytać, dlaczego uleciała na zawsze.
Zostawić dziecko na ulicy Jak można? Czy ta kobieta naprawdę nie miała w sobie ani krzty sumienia? Z małą dziewczynką mogło się stać wszystko!
To nie jest ludzki czyn, powtarzała w myślach Weronika, a w sercu rodziła się ostra, parząca uraza. Próbowała szukać usprawiedliwienia może mama była zdesperowana? Może bała się, iż nie ma wyjścia? Może myślała, iż tak Weronice będzie lepiej?
Ale te tłumaczenia rozpadały się na proste, niepodważalne fakty. Dlaczego nie mogła po prostu zrzec się praw? Oddać ją legalnie do domu dziecka, gdzie przynajmniej byłaby bezpieczna? Dlaczego ryzykowała, zostawiając czteroletnią dziewczynkę samotnie na zimnej jesiennej ulicy?
Weronika przewracała w głowie wszystkie możliwe scenariusze, żadne nie koiło bólu ani nie tłumaczyło zdrady. To był zimny, wyrachowany wybór, jakby pozbywała się niechcianej rzeczy.
Z każdą taką myślą Weronika czuła się coraz bardziej zdecydowana: nie, nie będzie jej szukać, nie będzie zadawać pytań, nie będzie próbować zrozumieć. I żadne zrozumienie ani żadne wybaczenie nie cofnie czasu. Przebaczyć tego nie potrafi.
I z tą decyzją przyszło dziwne, niemal fizyczne poczucie wolności
***
Mam niespodziankę! Andrzej promieniał radością, jego twarz świeciła jak u dziecka, które właśnie wygrało w totolotka. Stał w przedpokoju, przestępując z nogi na nogę, wyraźnie nie mogąc się doczekać, by pokazać to, co przygotował. Spodoba ci się, zobaczysz! Chodź, nie każ człowieka czekać!
Weronika stanęła w progu pokoju z kubkiem zimnej herbaty. Spojrzała na Andrzeja nieco zaskoczona, po czym ostrożnie odstawiła kubek na stolik. Co to za niespodzianka? I czemu mimo wesołego tonu Andrzeja, nie opuszczało jej złe przeczucie? Coś w niej napiętego cicho pękało.
Ale gdzie idziemy? zapytała, starając się zachować spokojny ton.
Zaraz zobaczysz! Uśmiechnął się szerzej, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi. Zaufaj mi, warto!
Nie opierała się, ale niepokój narastał. Automatycznie zarzuciła płaszcz, założyła botki i wyszła za Andrzejem. Całą drogę do parku głowiła się, co wymyślił. Może bilety do teatru? Albo spotkanie z kimś ze znajomych? Nic nie wydawało się adekwatne.
Gdy tylko weszli do parku, Weronika zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Była ubrana skromnie, ale porządnie: ciemny płaszcz, szalik pod brodą, mała torebka na kolanach. Twarz wydawała się Weronice dziwnie znajoma, choć nie mogła jej sobie przypomnieć. Może kuzynka Andrzeja? Jakaś dalsza rodzina?
Andrzej bez wahania skierował się do ławki, Weronika podążała za nim, ciągle próbując poukładać kawałki układanki. Kiedy zbliżyli się, kobieta uniosła wzrok i delikatnie się uśmiechnęła. Wtedy Weronikę przeszył dreszcz w końcu skojarzyła tę twarz. W lustrze, trzydzieści lat później, zobaczyłaby ją u siebie.
Weroniko głos Andrzeja zabrzmiał uroczyście, jakby miał ogłosić coś ważnego na środku rynku mam dla ciebie wieść: po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć twoją mamę. Cieszysz się?
Weronika zamarła, czując, iż świat zatrzymał się na chwilę. Jak on mógł? Przecież jasno dała do zrozumienia, iż nie chce choćby słyszeć o tej kobiecie!
Córeczko! Jak ty wyrosłaś, jaka piękna jesteś! kobieta poderwała się z ławki, wyciągając w jej stronę ręce. Jej głos drżał, w oczach migotały łzy radości.
Ale Weronika cofnęła się o krok chciała powiększyć dzielącą je odległość. Twarz miała kamienną, wzrok twardy.
To ja, mama! kobieta nie przestawała, ignorując brak reakcji. Szukałam cię latami! Ciągle myślałam, jak ci się powodzi, czy cię nie skrzywdzono…
Nie było łatwo! wtrącił z dumą Andrzej, stojąc tuż obok, cały rozpromieniony. Musiałem popytać znajomych, obdzwonić urzędy, szukać Ale udało się!
W jego entuzjazm wdarł się nagły, głośny policzek. Weronika uderzyła instynktownie, łzy napłynęły jej do oczu, pełne bólu i rozpaczy. Spojrzała na narzeczonego z niedowierzaniem: jak mógł? Powtarzała tyle razy, iż nie chce mieć z matką nic wspólnego!
Co ty wyprawiasz? wychrypiał Andrzej, łapiąc się za policzek. Był autentycznie zaskoczony. Chciałem ci pomóc! Zrobić coś dobrego
Weronika milczała. Czuła, jak w środku wszystko się gotuje. Cała jej przeszłość, którą tak pilnie skrywała, nagle stała się przedmiotem cudzych decyzji. To Andrzej, któremu powierzyła wszystko, złamał jej podstawową zasadę: nie dotykać przeszłości.
Kobieta, ta która była jej matką, patrzyła skołowana to na Weronikę, to na narzeczonego. Widać było, iż nie wie, jak się zachować. Zaczęła coś mówić, ale zamilkła, widząc wyraz twarzy dziewczyny.
Nie prosiłam cię o to w końcu Weronika przemówiła cicho, choć każde słowo było jak ostrze. Powiedziałam jasno, iż nie chcę. A ty i tak zrobiłeś po swojemu!
Andrzej opuścił rękę, ale nie odpowiedział. Spojrzał na Weronikę, wypatrując w jej oczach cienia zawahania, ale widział tylko chłodną determinację.
Mówiłam wyraźnie: nie chcę choćby jej widzieć! zadrżała z gniewu. W oczach miałam nie tylko żal, ale głęboką, zadawnioną ranę, którą Andrzej nieświadomie rozdrapał. Ta matka zostawiła mnie na dworcu, gdy miałam cztery lata! Samą! Wśród obcych, w jesiennej aurze! Myślisz, iż jestem w stanie jej to wybaczyć?!
Andrzej pobladł, ale nie ustąpił. Wyprostował się, próbując nadać swoim słowom wagę:
To jest twoja matka! Nieważne jaka Matka!
Wtedy kobieta zrobiła nieśmiały krok do przodu, mówiąc niemal przepraszającym szeptem:
Byłaś często chora, brakowało pieniędzy na leki zaczęła cicho, wybierając każde słowo. A ta praca, to była szansa Gdybym ją podjęła, mogłabym cię zabrać i znowu bylibyśmy razem
Weronika gwałtownie spojrzała na matkę. W jej oczach nie było ani cienia wzruszenia, tylko długie, zimne lata goryczy.
Skąd byś mnie zabrała? Z cmentarza? jej głos zabrzmiał ostro, prawie okrutnie. Mogłaś zgłosić to w opiece, napisać wniosek o czasową niemożność sprawowania opieki. Mogłaś zostawić mnie w szpitalu, skoro byłam chora! Ale nie na ulicy, nie tak!
Andrzej próbował złagodzić sytuację, łagodnie ujmując dłoń Weroniki. Ona jednak natychmiast się odsunęła, choćby nie patrząc na niego.
Przeszłość już minęła, ważne jest, co teraz mówił z uporem, jakby chciał przekonać siebie i ją. Zawsze mówiłaś, iż marzyłaś o rodzinie na ślubie. Spełniłem twoją prośbę…
Weronika popatrzyła na niego i w jej oczach była tylko gorycz.
Zaprosiłam panią Antoninę Zawistowską, dyrektorkę domu dziecka, i Panią Julię Wojciechowską, moją wychowawczynię jej głos był spokojniejszy, ale twardy jak stal. To one były moimi matkami! To one były ze mną, kiedy wszyscy inni zawiedli! To je uważam za swoją rodzinę!
Z stanowczym ruchem wyrwała dłoń z uchwytu Andrzeja i bez słowa, nie oglądając się za siebie, wybiegła z parku. Nogi same niosły ją jak najdalej, między alejkami i klombami, od tej rozmowy, od tych ludzi, od człowieka, któremu ufała najbardziej na świecie. W piersi szalała burza. Takiego zawodu się nie spodziewała.
Przecież nie ukrywała przed nim niczego. Opowiadała mu o wszystkim: o miesiącach w domu dziecka, o porzuconych nadziejach. Wydawało się, iż rozumie. A jednak odnalazł tę kobietę i przyprowadził ją. Matka to matka te słowa odbijały się echem w jej głowie, budząc kolejną falę rozgoryczenia.
Nigdy! pomyślała zdecydowanie. Nigdy nie wpuści tej kobiety do swojego życia! Nigdy nie udawała, iż nic się nie stało.
Szła gwałtownie przez miasto, nie zwracając uwagi, dokąd zmierza. Przed oczami pojawiało się wciąż to dziś zobaczone, poszarzałe z wiekiem, drżące twarz matki z wymuszonym uśmiechem. Ścisnęła pięści, odganiając to widmo. Chciała być tylko daleko od wszystkiego.
Nawet nie wróciła po swoje rzeczy do mieszkania Andrzeja. Na szczęście miała tam kilka kilka ubrań, trochę drobiazgów. Przeprowadzkę planowali po ślubie, więc większość rzeczy była jeszcze w jej kawalerce od miasta. To ułatwiało sprawę nie musiała się martwić, iż będzie musiała po coś wracać, gdy wszystko w środku bolało.
Telefon w kieszeni uporczywie wibrował Andrzej dzwonił raz po raz. Zerkała na ekran, widząc jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż gdy tylko usłyszy jego głos, już się nie opanuje i powie coś, czego będzie żałować. Lepiej przeczekać ten pierwszy przypływ żalu.
Andrzej był nieustępliwy. Poza telefonami posyłał też nagrania głosowe. Jego głos brzmiał szorstko, wręcz surowo:
Weronika, zachowujesz się jak dziecko! Chciałem dobrze, a ty… Jesteś po prostu niewdzięczna! To czysta histeria!
Kolejne nagranie było jeszcze bardziej kategoryczne:
Podjąłem decyzję. Maria będzie na ślubie. Koniec, kropka. Nie zmienię zdania przez twoje humory. Będziemy utrzymywać rodzinne kontakty, a nasze dzieci będą mówić do niej babciu. Tak trzeba, tak jest adekwatnie.
Weronika słuchała tych wiadomości, stojąc na przystanku, a w środku ściskało ją coraz mocniej. Wyłączyła telefon, schowała go do kieszeni i spojrzała w szare, jesienne niebo. Jej świat właśnie pękł i nie wiedziała, jak go poskładać.
Długo patrzyła na ekran telefonu, gdzie zamierały ostatnie słowa Andrzeja. W głowie brzmiały jego bezlitosne zdania: Maria będzie na ślubie. Koniec. Nie dawały jej wytchnienia.
Weszła w aplikację do wysyłania wiadomości, wystukała krótki, jednoznaczny tekst, kilka razy przeczytała: Ślubu nie będzie. Nie chcę cię znać ani ciebie, ani tej kobiety.
Rozpaczliwie wcisnęła Wyślij. Przez chwilę patrzyła na potwierdzającą wysyłkę ikonkę i odłożyła telefon.
Zaraz ekran rozświetlił się Andrzej próbował dzwonić. Weronika choćby nie drgnęła. Potem spłynęło kilka nowych wiadomości, których już choćby nie otworzyła. Otworzyła za to listę kontaktów, znalazła numer już byłego narzeczonego i bez cienia wahania dodała go do czarnej listy.
Telefon ucichł. Żadnych połączeń, żadnych powiadomień i dźwięków. Cisza spowiła ją jak miękki koc, przynosząc rzadkie ukojenie.
Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może Ale teraz, w tej chwili, była to jedyna słuszna droga. Czuła jak burza w niej gaśnie, ustępując miejsca spokojnej pewności.
Tak jest dobrze. Z kimś, kto robi coś takiego, nie mogła mieć przyszłości.











