„Nie chcę być mamą! Chcę się bawić i wychodzić z domu!” – usłyszałam od mojej córki, która zaszła w …

twojacena.pl 2 godzin temu

Mamo, ja nie chcę być mamą! Chcę w końcu wyjść z domu! wykrzyczała mi Zosia.

Wyobraź sobie, Zosia zaszła w ciążę, jak miała zaledwie piętnaście lat. Długo o niczym nie mówiła. Ja z Wojtkiem dowiedzieliśmy się o tym dopiero, jak była już prawie w piątym miesiącu. Oczywiście nie było mowy o żadnej aborcji.

Do dziś nie wiemy, kto dokładnie jest ojcem. Zosia twierdziła, iż spotykali się krótko, zaledwie trzy miesiące, a potem kontakt się urwał. Ona choćby nie była pewna, ile chłopak miał lat. Raz mówiła, iż może siedemnaście, może osiemnaście, czasem dziewiętnaście. Taka była ta jej odpowiedź.

Wiadomość o ciąży absolutnie nas powaliła. No bo jak to, nasza Zosia, jeszcze dziecko, a tu już dziecko w drodze Wiedzieliśmy, iż będziemy mieli ciężki okres, ale Zosia powtarzała, iż tak bardzo chce mieć dziecko i iż chce być mamą. Gdzieś tam w środku czułam jednak, iż ona kompletnie nie zdaje sobie sprawy, co to znaczy być matką.

Cztery miesiące później na świat przyszedł Franek fantastyczny, zdrowy chłopczyk. Ale poród był okropnie trudny i Zosia przez kolejne miesiące zupełnie nie mogła dojść do siebie. Gdyby nie ja, nie wiem, co by się z nimi działo. Wzięłam urlop na żądanie, potem całkiem rzuciłam pracę i zajęłam się wszystkim sama.

Jak tylko Zosia trochę stanęła na nogi, odsunęła się całkiem od Franka. Noce spokojnie przesypiała, a za dnia w ogóle się nim nie interesowała. Robiłam, co mogłam prosiłam, tłumaczyłam, czasem choćby krzyczałam z bezsilności, iż przecież to JEJ dziecko, iż powinna choć trochę pomóc. I wtedy usłyszałam od niej:

Przecież widzę, iż go kochasz, mamo. To go sobie adoptuj! Ja mogę być dla niego siostrą. Nie chcę być mamą, ja chcę chodzić z dziewczynami na miasto, na imprezy! Chcę się bawić!

Szczerze, myślałam, iż Zosia ma depresję poporodową. Ale lekarze wykluczyli. Ona po prostu go nie kochała. Przyszło nam z Wojtkiem podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu załatwiliśmy formalnie, żebyśmy to my byli opiekunami Franka.

Zosia, jakby oszalała nie słuchała nas w ogóle, wymykała się nocami, znikała na całe dnie. Franek był dla niej w zasadzie niewidzialny.

Tak przeminęły lata. Już myślałam, iż nigdy nic się nie zmieni. Tymczasem Franek rósł jak na drożdżach, stawał się coraz mądrzejszy, pogodniejszy. Zaczął mówić, chodzić, śmiać się od ucha do ucha. Najwięcej euforii miał wtedy, gdy Zosia wpadała do domu: biegł do niej, przytulał się i coś tam jej opowiadał po swojemu.

Po jakimś czasie zdarzył się cud Zosia zaczęła się otwierać na Franka. Z dnia na dzień powoli stała się czułą, zaangażowaną mamą. Teraz każdą wolną chwilę spędza z synkiem, przytula go, całuje, śmieje się z nim i nieraz słyszę, jak mówi:

choćby nie wiedziałam, iż mogę być taka szczęśliwa. Franek to największy skarb mojego życia. Za nic w świecie go nie oddam!

Z Wojtkiem możemy teraz spać spokojnie. Naprawdę w końcu w naszym domu zapanował spokój i szczęście.

Idź do oryginalnego materiału