Nie chcę być mamą! Chcę się wyrwać z domu! Oświadczyła mi któregoś wieczoru moja córka.
Moja córka, Jagoda, zaszła w ciążę mając zaledwie 15 lat. Przez dłuższy czas skrzętnie to ukrywała. O wszystkim dowiedziałam się z mężem, kiedy była już w piątym miesiącu. Oczywiście choćby przez myśl nie przeszła nam aborcja to w naszej rodzinie byłby dramat większy niż brak placka drożdżowego w Wigilię.
Kto był ojcem dziecka? Tego do dziś nie wie choćby sama Jagoda. Utrzymywała, iż to był jakiś chłopak poznany na szkolnej dyskotece w Olsztynie, spotykali się przez trzy miesiące, a potem ich drogi cudownie się rozeszły. Ile miał lat? No, może siedemnaście, może osiemnaście A może dziewiętnaście? odpowiadała z rozbrajającą szczerością.
Nic dziwnego, iż z mężem przeżyliśmy istny szok. Doskonale wiedzieliśmy, jak trudne czekają nas miesiące i lata. Ale Jagoda jeszcze wtedy przekonywała: Chcę mieć dziecko! Chcę być mamą! No tak, na papierze wszystko wygląda wspaniale
Cztery miesiące później przyszło na świat nasze rodzinne szczęście zdrowy i silny chłopaczek. Poród był cięższy niż piątek trzynastego w polskim urzędzie, więc Jagoda przez kolejne cztery miesiące dochodziła do siebie. Ja rzuciłam pracę w sklepie spożywczym, żeby zająć się młodą mamusią i wnukiem no, ktoś przecież musiał ogarniać ten kocioł.
Kiedy jednak Jagoda odzyskała siły, jej kontakt z dzieckiem ograniczał się do okazjonalnych spojrzeń z dystansu. Spała w nocy, spała w dzień, a jak już nie spała, to miała ważniejsze sprawy jak np. odświeżenie Facebooka. Ja karmiłam, przewijałam, śpiewałam kołysanki i przekonywałam ją, iż powinna trochę się zaangażować. Prosiłam, tłumaczyłam, a w końcu, jak dobra polska matka, podniosłam głos. Wtedy Jagoda wypaliła:
Widać, iż go kochasz. To go zaadoptuj! Będę jego siostrą, nie chcę być matką. Chcę wychodzić z dziewczynami na miasto, chodzić do klubów, bawić się! Nie zamierzam zmarnować młodości przy pieluchach!
Byłam przekonana, iż to depresja poporodowa, ale okazało się, iż Jagoda po prostu nie czuła więzi z synem. W końcu, po przemowie godnej polskiego serialu, załatwiliśmy z mężem formalną opiekę nad wnukiem. Od tej pory Jagoda wymykała się z domu nocami jak baleron z lodówki na święta, a dzieciakiem nie zajmowała się wcale.
Tak dotrwaliśmy kilka lat ja i mąż z wnukiem, który w międzyczasie urósł, nauczył się mówić i robił pierwsze kroki po naszym starym, skrzypiącym parkiecie. Wnuk okazał się chłopcem pogodnym, uśmiechniętym, a jak tylko Jagoda wracała do domu, biegł do niej z okrzykiem, zawieszał się jej na szyi i coś opowiadał (najczęściej o swoich zabawkach albo o tym, iż zjadł całą drożdżówkę).
Aż tu nagle nie wiadomo kiedy i jak serce Jagody zaczęło mięknąć niczym oscypek na grillu. Z dnia na dzień zmieniła się nie do poznania teraz każdą wolną chwilę spędza z synkiem, tuli go, całuje, chodzi z nim na plac zabaw, a przy każdej okazji powtarza:
Ale mam farta, iż jesteś moim synkiem! Jesteś najważniejszy na świecie, nikomu cię nie oddam choćby za milion złotych!
I wiecie co? Patrząc na to nasze codzienne rodzinne zamieszanie, stwierdzam, iż mimo wszystko wyszliśmy z tego cało. W domu w końcu zapanował spokój i choćby kot przestał łysieć od stresu.





