Nie chcę być mamą! Chcę stąd wyjść! usłyszałam z ust mojej córki.
Moja córka, Zosia, zaszła w ciążę, mając zaledwie piętnaście lat. Przez wiele miesięcy utrzymywała to w tajemnicy. O tym, iż będzie dziecko, dowiedzieliśmy się z mężem, Adamem, dopiero gdy Zosia była już w piątym miesiącu ciąży. Oczywiście nie było choćby mowy o aborcji.
Nigdy nie poznaliśmy ojca dziecka. Zosia opowiadała, iż spotykali się przez trzy miesiące, ale już od dawna nie mają kontaktu. choćby nie była pewna, ile miał lat.
Może miał siedemnaście, może osiemnaście a może dziewiętnaście mówiła niepewnie.
Byliśmy z Adamem zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o ciąży Zosi. Wiedzieliśmy, iż czeka nas wszystkich trudny czas. Zosia powtarzała wtedy, iż bardzo chce zostać mamą, iż nie może się doczekać chwili, gdy w ramionach utuli swoje dziecko. W głębi serca wiedziałam, iż nie rozumie jeszcze, co to tak naprawdę znaczy być matką.
Cztery miesiące później na świecie pojawił się piękny chłopiec zdrowy, silny, z różowymi policzkami. Poród był trudny, a Zosia bardzo długo dochodziła do siebie. Była słaba, zagubiona. Przez cztery miesiące praktycznie nie podnosiła się z łóżka. Zrezygnowałam z pracy w urzędzie w Warszawie, by zająć się córką i wnukiem, bo sama nigdy by sobie nie poradziła.
Kiedy już Zosia nabrała trochę sił, nagle zupełnie odsunęła się od synka. Nocami spała spokojnie, a w dzień nie interesowała się dzieckiem. Wszystko spadło na moje barki. Tłumaczyłam jej, błagałam, podnosiłam głos dlaczego mi nie pomaga? A ona w końcu wykrzyczała:
Widzę, mamo, iż go kochasz. To go adoptuj! Ja mogę być dla niego jak starsza siostra. Nie chcę być mamą, chcę wychodzić z Martyną na spacery, chodzić na imprezy, cieszyć się życiem! Ja chcę się bawić!
Myślałam, iż to może depresja poporodowa. Lekarze jednak wykluczyli taki powód. Po prostu Zosia nie potrafiła pokochać swojego dziecka.
Podjęliśmy z Adamem trudną decyzję wystąpiliśmy do sądu rodzinnego w Krakowie o formalną opiekę nad wnukiem. Było nam bardzo ciężko patrzeć na to, jak Zosia staje się coraz bardziej obca, jak wychodzi nocą z domu, wraca bladym świtem i całkiem traci kontakt z synkiem.
Lata mijały. Codzienność się nie zmieniała. Myśleliśmy z Adamem, iż tak już zostanie na zawsze. Nasz wnuk, Jaś, rósł otoczony miłością, był wesołym, bystrym chłopcem. Zadziwiał wszystkich domowników swoim śmiechem i ciekawością świata.
Za każdym razem, gdy Zosia wracała do domu, Jaś biegł do niej, rzucał się na szyję i szeptał coś w jej ucho. Sercem czułam, jak moja córka w końcu mięknie. Stopniowo zaczęła interesować się synkiem; najpierw nieśmiało, a potem coraz bardziej nagle całe popołudnia spędzała z Jasiem, brała go na plac zabaw, tuliła i rozmawiała z nim godzinami.
Dziś Zosia powtarza:
Mamo, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, iż mam syna! Jaś to największy skarb w moim życiu! Nikomu go nie oddam!
Z Adamem w końcu odetchnęliśmy z ulgą. W naszym domu pojawił się spokój, a rodzina na nowo się scaliła.





