Nie ich to matka, tym pięciorgu… Cóż, kto by się spodziewał…

polregion.pl 9 godzin temu

**Dziennik Jarka**

Nie była im matką, tej piątce Ale któż to powie

U Jarka zabrakło żony. Nie podźwignęła się po ostatnim porodzie. Możesz się martwić, możesz nie martwić, a pięcioro dzieci zostało. Najstarszy, Mirek, ma dziewięć lat. Józek siedem. Bliźniaki Kacper i Kuba po cztery. A najmłodsza, Ola, córeczka długo wyczekiwana, ledwie trzy miesiące

Nie ma czasu w smutek, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkie uśnie, o północy siedzi w kuchni, kurzy papierosa

Z początku Jarek radził sobie sam, jak mógł. Ciotka przyjeżdżała czasem, trochę pomogła. Rodziny więcej nie mieli. Chciała zabrać Kacpra i Kubę, mówiąc, iż będzie mu lżej. Potem przyszli ludzie z opieki społecznej. Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Jarek nie zamierzał nikomu oddawać swoich. Jak to swoje dzieci komuś dać? I jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, wyrosną.

Starszym czasem zdążył sprawdzić lekcje. Z Olą było najwięcej kłopotu, jasna sprawa. Ale tu już i Mirek z Józkiem jakoś pomagali.

Położna, pani Nina, często przychodziła, doglądała. Pewnego dnia obiecała Jarkowi znaleźć nianię. W końcu ciężko mężczyźnie z niemowlakiem. Mówiła, iż dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako nianię pracuje. Własnych dzieci nie ma, jeszcze nie zamężna. Za to rodzeństwo wychowywała z dużej rodziny była, z sąsiedniej wsi. I tak pojawiła się w ich domu Lucyna.

Niska, krzepka, o okrągłej twarzy i niemodnym warkoczu do pasa. I małomówna. Nie powie słowa za dużo. A jednak wszystko się w domu Jarka zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, wyczyszczone. Dziecięce ubrania pozaszywane, wyprane. Z Olą zdążyła się zająć, ugotować, usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważyli zmianę. Dzieci czyste, schludne, guziki nie przyszyte czarną nitką na białym, łokcie nie przetarte.

Pewnego dnia Ola zachorowała, dostała gorączki. Lekarka powiedziała, iż wyzdrowieje, byle było staranne pielęgnowanie. Lucyna noce spędzała przy niej, sama choćby się nie położyła. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś niepostrzeżenie została w domu Jarka

Młodsi już mamą wołali, stęsknieni za matczyną czułością. A Lucyna nie skąpiła ciepła. Pochwali, po główce pogładzi. Przytuli. No bo dzieci to dzieci

Starsi, Mirek z Józkiem, początkowo się boczyli, nie nazywali jej w żaden sposób. A potem po prostu Lucyna. Ani niania, ani mama po prostu Lucyna. Żeby pamiętać, iż swoją matkę mieli No i wiekiem ledwie by im za matkę pasowała.

Rodzina Lucyny była przeciw.

Po co sobie taki kłopot na głowę wkładasz? Chłopców w wiosce mało?

Chłopcy są odpowiedziała ale żal mi Jarka A dzieciaki już przywykły, teraz szukać nowej

I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak sen Dzieci się uczyły, rosły. Nie zawsze gładko bywało, iż i nabroiły. Jarek gniewał się, po pasek sięgał. A Lucyna go szarpnęła: Poczekaj, ojcze, najpierw sprawę wyjaśnij!.

I pokłócili się, i pogodzili, bywało. Tak iż nikt już w wsi nie wołał jej Lucyna. Mówili pani Lucyna, szanowali. Mirek w tym roku już był żonaty, pierwszaka czekali.

Młodzi mieszkali osobno, Mirek w PGR-ze pracował. Nie byle jakim mechanizatorem był co rok albo dyplom, albo premia. Józek w mieście kończył politechnikę, Lucyna szczególnie nim się chwaliła syn inżynierem będzie.

Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i za sobą stawali, gdy coś się działo. Ola do dziewiątej klasy przeszła, też duma Lucyny. I śpiewać, i tańczyć mistrzyni, żadne święto bez niej się nie obędzie.

A Jarek po raz kolejny myślał, jak dobrze pani Nina mu żonę wybrała Tego lata Lucyna poczuła, iż coś nie tak z jej ciałem, coś niedobrze. Nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach się ćmi, mdłości

Jarka z papierosem wyganiała na ganek, źle się czuła. Myślała, iż przejdzie, ale nie. Musiała do lekarza iść. Wróciła cicha i zamyślona. Od pytań Jarka się wymigała głupstwa, wszystko w porządku.

Ale wieczorem, gdy wszyscy posnęli, zawołała Jarka na ganek.

Usiądź, ojcze, pogadać musimy Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będzie Za późno już cokolwiek robić, trzeba zostawić Zasłoniła twarz rękami. Wstyd, co za wstyd

Jarek tylko się zdziwił. Tyle lat nie było dzieci i proszę!

Jaki wstyd, matko, starsi już prawie pouciekali, we dwoje co, zostaniemy? Widzisz, natura mądrze wszystko ustawiła! Więc szykujmy się!

Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu

Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, toż to najlepsze lata!

Oj, sama nie wiem, co robić Wstyd

Dobrze. Ja powiem. Jutro powiem. Akurat wszyscy się zbiorą.

I powiedział. Gdy tylko zasiedli do stołu, tak po prostu rzekł: Dzieci moje kochane, niedługo będziecie mieli jeszcze brata. Albo siostrę. Ot tak.

Lucyna głowę spuściła, w talerzu coś wypatrywała, zaczerwieniła się aż po łzy.

Mirek, który z okazji niedzieli z młodą żoną u nich gościł, tylko się zaśmiał.

Super, mamo! Brawo! To razem z moją rodzicie! Będą mieli towarzystwo!

Kacper też się ucieszył:

No dawaj, mamo! Jeszcze braciszek potrzebny!

A Kuba zaprotestował:

Nie Dziewczynka. Chłopaków mamy wielu, a dziewczynka tylko jedna. Rozpieszczona księżniczka

Ola tylko spojrzała na Kubę.

Rozpieszczona Ty rozpieszczałeś? Oczywiście, dziewczynkę, mamo! Będę jej wiązała kokardy, sukienki ładne kupimy! Zapałała entuzjazmem.

Sukienki Myślisz, iż lalka? wtrącił Józek. Dziecko jeszcze wychować trzeba pouczał.

Wychowamy rzekł Jarek.

A Lucyna wciąż się wstydziła i zakrywała ros

Idź do oryginalnego materiału