Nie ma euforii bez walki
Jak mogłaś się wpakować w takie kłopoty, głupia dziewczyno? Kto cię teraz przyjmie z dzieckiem pod sercem? I jak ty niby chcesz je wychować? Na moją pomoc nie licz. Wychowałam już jedno dziecko, teraz jeszcze twoje? Nie potrzebuję cię tutaj! Pakuj się i wynoś z mojego domu!
Słuchałam ciotki Anny bez słowa, ze spuszczoną głową. Ostatnia nadzieja, iż pozwoli mi zostać choć na chwilę, dopóki nie znajdę pracy, rozpadła się jak domek z kart.
Gdyby mama żyła
Ojca nigdy nie poznałam, a mama zginęła na przejściu dla pieszych, potrącona przez pijanego kierowcę piętnaście lat temu. Groził mi dom dziecka, ale wtedy odnalazła się dalsza krewna ciotka Anna, kuzynka mojej mamy. Miała stałą pracę, własny dom, więc bez przeszkód ustanowiła opiekę.
Ciotka mieszkała na obrzeżach małego miasteczka na południu kraju, gdzie latem bywało upalnie, a zimą często padały deszcze. Nigdy nie chodziłam głodna, zawsze byłam schludnie ubrana i przyzwyczajona do pracy: podwórko, dom, trochę kury i królików, zawsze było co robić. Może brakowało czułości, ale czy to było aż takie ważne?
Pilnie się uczyłam, więc po maturze dostałam się do pedagogikum w Katowicach. Beztroskie studenckie lata przeleciały błyskawicznie, ale już się skończyły egzaminy zdane, wróciłam do miejsca, które uważałam za swój dom. Tylko powrót wcale nie był dla mnie szczęśliwy.
Kiedy tylko wykrzyczała, ciotka wyraźnie się uspokoiła.
Dość. Nie chcę mieć cię na oczy. Wynoś się teraz.
Ciociu Aniu, czy mogłabym chociaż
Nie. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia!
Bez słowa chwyciłam walizkę i wyszłam. Czy tak wyobrażałam sobie powrót do domu? Upokorzona, odrzucona, a w dodatku w ciąży. Było jeszcze wcześnie, ale naprawdę nie chciałam już tego ukrywać.
Musiałam znaleźć nowe miejsce do życia. Szłam przed siebie, pogrążona w myślach, nie widząc choćby otoczenia.
To było prawdziwe południowe lato. W sadach dojrzewały jabłka, gruszki i renklody, morele błyszczały w słońcu, a winnice ciężkie były od winogron. Pod liśćmi śliw ukrywały się fioletowe śliweczki. Pachniało powidłami, świeżym chlebem i pieczenią. Było duszno, pragnęłam pić. Zbliżając się do jednej z bram stromych ogrodów, zobaczyłam kobietę przy letniej kuchni.
Mogłabym się napić wody? zapytałam.
Pani Zofia, krępa pięćdziesięciolatka, odwróciła się. Wejdź, jeżeli jesteś z dobrą energią.
Nalała mi wody z wiadra do krzepkiej emaliowanej szklanki i podała. Usiadłam na ławeczce pod drzewem, sącząc wodę.
Można tu chwilkę posiedzieć? Taki upał
A pewnie, kochanie. Skąd idziesz z tą walizką?
Właśnie skończyłam studia, chciałam pracować jako nauczycielka, ale nie mam gdzie mieszkać. Może zna pani kogoś, kto wynajmie pokój?
Pani Zofia przyjrzała mi się uważnie: byłam zadbana, ale zmęczona, jakby cały świat zawalił mi się na głowę.
Możesz zamieszkać u mnie. Dom zyska trochę życia. Płacić będziesz niewiele, ważne, byś dbała. Jak się zgodzisz, pokażę pokój.
Perspektywa lokatorki ją ucieszyła każda złotówka się przyda, zwłaszcza tutaj na prowincji. Syn wyjechał daleko, odwiedza rzadko, więc zimowe wieczory z kimś pod dachem wydawały się jej atrakcyjne.
Nie dowierzałam swojemu szczęściu i poszłam za nią. Pokój był mały, ale przytulny: okno na sad, stół, dwa krzesła, łóżko i stara szafa. W sam raz. gwałtownie ustaliłyśmy cenę w złotówkach, przebrałam się i poszłam do wydziału oświaty.
Dni zaczęły mijać błyskawicznie. Praca dom praca. Ledwo wystarczało mi czasu w odrywanie kartek z kalendarza.
Z panią Zofią zaprzyjaźniłyśmy się. Okazała się serdeczna i troskliwa, a ja odwdzięczałam się pomocą w gospodarstwie. Często wieczorami piłyśmy herbatę pod starą lipą, bo tu jesień przychodzi późno.
Ciążę znosiłam lekko. Nie miałam mdłości, cera pozostała czysta, choć oczywiście twarz mi się zaokrągliła. Opowiedziałam Zofii swoją historię taką jakich wiele.
Na drugim roku zakochałam się w Piotrze, uroczym chłopaku z zamożnej rodziny, synu dwóch wykładowców uniwersyteckich. Jego życie było zaprojektowane: studia, doktorat, kariera blisko rodziców. Przystojny, kulturalny, lubiany przez dziewczyny, wybrał właśnie mnie. Może przez moją nieśmiałą uśmiech, dobre brązowe oczy lub drobną sylwetkę? A może wyczuł we mnie siłę, jaką mają ci, których życie wcześnie nauczyło przeciwności? Kto to wie. Przez resztę lat studiów prawie się nie rozstawaliśmy i widziałam tylko przyszłość razem.
Ten dzień pamiętam do dziś. Z samego rana nie mogłam przełknąć śniadania, zapachy drażniły, a mdłości nie mijały już od paru dni. Brak miesiączki. Jak mogłam to przeoczyć? Kupiłam test, wróciłam do akademika, wypiłam szklankę wody i czekałam. Dwie kreski. Patrzyłam na nie, nie wierząc, a jednak były. Egzaminy tuż-tuż, a tu takie wieści! Jak zareaguje Piotr? Ciąża nie figurowała w naszych wspólnych planach.
A jednak poczułam ogromną czułość do tej maleńkiej istotki.
Moje maleństwo wyszeptałam, delikatnie dotykając brzucha.
Wieczorem Piotr od razu zaprowadził mnie do swoich rodziców. Ta rozmowa przez cały czas ściska mnie na wspomnienie. Powiedzieli wprost: aborcja, a potem wyjazd, i nigdy więcej kontaktu, bo Piotr musi budować karierę i jestem dla niego nieodpowiednia.
Czego Piotr słuchał mogłam się tylko domyślać. Kolejnego dnia wszedł do mojego pokoju z kopertą pieniędzy i wyszedł bez słowa.
Aborcji choćby nie brałam pod uwagę. Moje dziecko było już kochane. Jednak pieniądze przyjęłam, rozumiejąc, iż będą bardzo potrzebne.
Pani Zofia po mojej opowieści tylko pokiwała głową: Bywa gorzej. Odważna jesteś, iż nie pozbyłaś się dziecka. To łaska. Może wszystko dzieje się po coś.
Odnalezienie się z Piotrem budziło we mnie wstręt. Nie mogłam wybaczyć upokorzenia, tej lekkości, z jaką się mnie pozbył.
Czas płynął. W końcu musiałam zrezygnować z pracy ledwo chodziłam w zaawansowanej ciąży. Chciałam wiedzieć, kto się urodzi, ale na USG płeć nie była jasna. Najważniejsze, by zdrowe.
Pod koniec lutego, w sobotę, poczułam pierwsze skurcze, a pani Zofia zawiozła mnie do szpitala. Poród przebiegł bez komplikacji. Urodził się zdrowy chłopczyk.
Jasiu szeptałam, głaszcząc jego pyzatą buzię.
Na sali zaprzyjaźniłam się z innymi mamami. Opowiedziały mi, iż dwa dni wcześniej żona strażnika granicznego urodziła tu dziewczynkę. choćby nie mieli ślubu, tylko razem mieszkali.
Wyobraź sobie, przywiózł jej kwiaty, czekoladki, a położnym choćby słodycze i kawę. Codziennie podjeżdżał terenówką. Ale coś między nimi się popsuło. Powtarzała, iż nie chce dziecka, a potem napisała kartkę i uciekła, mówiąc, iż nie jest gotowa.
A co z dzieckiem?
Karmią butelką, ale siostra mówi, iż gdyby ktoś się podzielił mlekiem, lepiej by było. Tylko każda zatroskana o własne.
Gdy przyniesiono dziewczynkę na karmienie, siostra spytała:
Może któraś nakarmi? Malutka jest słaba.
Ja, straszna kruszynka powiedziałam cicho, odkładając śpiącego Jasia i biorąc małą na ręce.
Taka drobniutka, jasnowłosa Nazwałabym ją Marysią.
Przy moim Jasiu wyglądała na jeszcze mniejszą.
Dałam jej pierś, a ona od razu zaczęła ssać, po chwili zasypiając spokojnie.
Mówiłam, iż słaba westchnęła siostra.
Tak zaczęłam karmić dwoje dzieci.
Po dwóch dniach położna powiedziała, iż przyjechał ojciec dziewczynki i prosi o rozmowę z kobietą, która karmi jego córkę. Poznałam wtedy strażnika granicznego, kapitana Marcina Srokowskiego niewysokiego, o stalowoniebieskich oczach.
To, co działo się dalej, jeszcze długo opowiadano w całym szpitalu i miasteczku. Ta historia miała taki finał, iż wszyscy ją pamiętali.
W dniu wypisu, przed wejściem zgromadzili się lekarze, położne, salowe. Przed szpitalem stał samochód, przystrojony różowymi i niebieskimi balonami. Młody oficer w mundurze pomógł mi wejść do auta, gdzie czekała już pani Zofia, i podał mi niebieski becik, a potem różowy.
Przy dźwiękach pożegnalnych klaksonów samochód ruszył i zniknął za zakrętem.
Tak to jest nigdy nie wiesz, dokąd zaprowadzą cię twoje decyzje. Patrzyłam przez okno na świat, tuliłam dwoje dzieci, a pani Zofia uśmiechała się łagodnie. W aucie pachniało świeżymi kwiatami i kremem dla niemowląt. Kapitan Marcin ten sam, który na kolanach poprosił mnie przed wypisem o rękę prowadził samochód, zerkając lusterkiem na śpiącą Marysię, obejmującą serdeczny palec mojej dłoni.
Czekał na nas dom, a w nim prawdziwe ciepło: miłość, herbata z domowym dżemem, stara szafa, w której miały pojawić się dziecięce zabawki, i życie, którego nie sposób było przewidzieć, a które już miało sens.











