Nie maluje życia samotność

newsempire24.com 1 dzień temu

Drogi Dzienniku,
10 października 2024 r., wieś pod Krakowem

Jadź, przyjdź dzisiaj do klubu, muszę z tobą porozmawiać rzucił obok mnie Zbigniew, kiedy wyszłaś z zakładu spożywczego, a on już pędził w pośpiechu. Spojrzałaś za nim i skinęłaś głową, choć nie zdążył już usłyszeć, bo zniknął za rogiem sklepu.

Myślałam, iż Zbigniew jest trochę dziwny, zawsze patrzy na mnie poważnie. Może dlatego, iż ma sześć lat więcej ode mnie, pomyślałam, krocząc wąską leśną ścieżką w stronę domu.

Wieczorem naprawdę przyszłam do klubu, ale nie miałam pojęcia, o czym Zbigniew ze mną chciał rozmawiać. Weronika nie daje mu spokoju kręci się przy nim, nie pozwala innym dziewczynom podjąć z nim rozmowy. W całej wsi wie się, iż to Weronika przykleja się do Zbigniewa, a on zawsze unika jej zaproszeń do tańca.

Werka, daj spokój słyszałam, a Werka tylko się śmiała.

Nie uciekniesz, zakochasz się i wyjdziesz za mnie, i tak będziesz moja nuciła.

Gdyby to powiedział mi chłopak, od razu odwróciłabym się od niego pomyślałam.

W klubie przygotowywałam się starannie, serce mi przyspieszało. Miałam dziewiętnaście lat, przed sobą całe życie, marzyłam o małżeństwie z dobrym, kochającym mężczyzną i o dwójce dzieci.

Zbigniew jest naprawdę miły, chociaż ma sześć lat więcej ale jego spojrzenie wywołuje u mnie dreszcz. Patrzyłam w lustro, nowa sukienka leżała idealnie. Trzy razy odprowadzał mnie do domu, nigdy nie łapał mnie za rękę, w przeciwieństwie do niektórych chłopaków, którzy od razu próbują objąć i rozpuścić ręce.

Klub był już tłoczny, hałaśliwy. Gdy weszłam, od razu spotkałam wzrok Zbigniewa czekał na mnie. Ruszył w moją stronę. Szukałam Weroniki, ale jej nie było.

Cześć, Jadzia powiedział Zbigniew i wyciągnął mnie na środki sali. Tańczyliśmy do piosenki Moja jasna gwiazdka. Nie zdążyłam się rozejrzeć, a już byłam w ramionach Zbigniewa, który, jak zwykle, był poważny, ale od czasu do czasu pojawiał się uśmiech. Trzymał mnie mocno za talię. Po chwili pojawiła się Werka, wpatrując się w nas złośliwym spojrzeniem, a Zbigniew nieustannie mnie zapraszał do dalszego tańca.

Gdy jeszcze nie skończyliśmy, Zbigniew rzekł:

Jadź, chodźmy na spacer.

Chodźmy zgodziłam się i wyszliśmy z klubu, zostawiając Werkę na parkiecie.

Poszliśmy poza wieś, cisza wokół, jedynie świerszcze brzęczały, przy rzece szumiała chłodna woda, a w dali wznosił się lekki mglisty woal. Pachniało dziką ziołową wonią, pewnie od obecności Zbigniewa.

Jadź, nie chcę dłużej kręcić się w kółko, wyjdź za mnie wyznał.

Zatrzymał się, patrząc na mnie z niepewnością.

Co się stało, milczysz? dopytał.

Och, Zbigniewie, nie spodziewałam się tego ale się zgadzam odpowiedziałam, lekko się śmiejąc. Przytulił mnie i pocałował.

Ślub był wesoły, poślubiliśmy się z miłości, oboje byliśmy szczęśliwi. Po ceremonii wprowadziłam się do domu mojego męża, mieszkałam razem z jego rodzicami. gwałtownie zaakceptowano mnie w nowej rodzinie, a rodzice mojego męża przyjęli mnie z dobrocią i czułością. Mimo iż słyszałam opowieści o niespokojnych teściowych i zięciach, moje relacje były świetne.

Zawsze słuchałam Zbigniewa, uważałam, iż starszy powinien być głową rodziny. Nie zdradzał mnie, wspierał w trudnych chwilach. niedługo urodził się syn, a ja zajęłam się macierzyńską troską. Teściowa pomagała przy wnuku, choćby nocami podnosiła go i uspokajała.

Trzy lata później przyszedła córka, babcie i dziadkowie rozkochali się w wnukach, więc nie musiałam zbytnio się męczyć. Moja matka i teściowa często przychodziły nam z pomocą.

Jadź, zbudujemy dom rzekł kiedyś Zbigniew. Każdy mężczyzna powinien mieć własny dom. Zgodziłam się i od razu zabrał się do pracy.

Wtedy nasz syn miał pięć lat, córka była mała, a ja nie mogłam się nacieszyć tą nowiną. Marzyłam już od dawna o własnym domu, choć kochaliśmy się z teściami, czasem była to uciążliwość, ale miałam nadzieję, iż nasze własne cztery kąty pozwolą mi robić wszystko po swojemu.

W naszym domu będzie wszystko po mojemu, dzieci będą mieć osobne pokoje, a my własną sypialnię wymówiłam, a Zbigniew spełniał wszystkie moje życzenia.

Dom w końcu stanął, przeprowadziliśmy się, euforia gościła nas wszystkich. Zbigniew bawił się z dziećmi jak dziecko, biegaliśmy po domu, a choćby przywlekliśmy małego kotka, który stał się naszą nową atrakcją.

Jadź, może pomyślimy o trzecim dziecku zasugerował Zbigniew, a ja nie miałam nic przeciwko.

Można rozważyć odparłam, śmiejąc się. Mamy już miejsce, nasz dom jest duży.

Niestety los miał inne plany. Zbigniew zmarł nagle serce mu odmówiło, a on nie przywiązywał do tego większej wagi. Rano po śniadaniu sięgnął po klatkę piersiową, a ja pomogłam mu położyć się na kanapie i pobiegłam po pogotowie. Kiedy przyjechali, Zbigniew już nie żył.

Ból był ogromny, nie wiedziałam, jak mam żyć sama z dwójką dzieci w nowym domu.

Muszę żyć dalej, choć chcę jeszcze trzeciego dziecka płakałam, ale przeznaczenie nie dało mi takiej szansy. Dlaczego dobrzy mężczyźni znikają? rozpaczałam, zostając wdową z dwójką pociech.

Na początku cierpiałam, płakałam, wspominałam Zbigniewa. Potem musiałam iść dalej, bo dzieci potrzebowały mnie.

Nie mam już nikogo oprócz siebie, muszę wytrwać, nie poddawać się, bo inni też żyją powtarzałam sobie.

Pracowałam na dwa etaty, by dzieci nie brakowało niczego, a rodzice wspierali nas. Stopniowo odzyskałam równowagę, wyglądam już lepiej. Mężczyźni pojawiali się, proponowali spotkania i małżeństwo, ale nie chciałam ich, dopóki dzieci nie dorośną.

Co jeżeli dzieci nie zaakceptują obcego? Co jeżeli nie będzie dla nich ojcem? Co jeżeli go zrani? burzyły mnie wątpliwości. Najpierw poczekam, aż dorosną.

Dzieci dorosły: syn ukończył studia, córka skończyła technikum, oboje założyli własne rodziny, a ja mam już dwa wnuki. Mam czterdzieści osiem lat. Weekendy odwiedzają nas dzieci i wnuki. Pewnego dnia syn powiedział:

Mamo, wciąż jesteś piękna, nie żyj samotnie, znajdź dobrego faceta i wyjdź za mąż. Nie musimy się obrażać, wiemy, iż samotność nie ozdabia życia.

Kochanie, myślę o tym, ale nie wiem, czy znajdę kogoś takiego jak Zbigniew. Odmawiam innym, bo nie chcę więcej kłótni, alkoholu i lenistwa. Mam własny dom i pracę, a wszystko wokół ciągle się zmienia. Przynajmniej mam ciepłe ręce przy robócie.

Pewnego dnia sąsiadka przedstawiła mi swojego znajomego Grzegorza, wdowca z dorosłymi dziećmi. Przyszedł do mnie samochodem, przyniósł przysmaki. Przygotowałam ciasto, nakryłam stół, postawiłam butelkę wina, które przyniósł mój syn. Sąsiadka twierdziła, iż Grzegorz nie pije, ale on otworzył butelkę i nalał sobie i mnie.

Rozmawialiśmy, jedliśmy, a ja zauważyłam, iż całą butelkę wypił sam.

Och, jak dobre wino, skąd je masz? zapytał.

Syn przyniósł odpowiedziałam szczerze, i zauważyłam, iż Grzegorz zaczyna się rumienić.

Grzegorz odważył się:

Jadź, po tym winie mam odwagę powiedzieć, iż zamieszkam u mnie. Mam dom, nie zostawię go, ale mogę sprzedać nasz, jeżeli chcesz.

Grzegorzu, mam dzieci, a ten dom należy do nich, zbudował go ich ojciec odparłam.

No i co, przyjdziesz do mnie z pustymi rękami? zirytował się.

Wstałam i rzekłam:

Grzegorzu, nie będzie z nami wspólnego życia. Idź do domu. Jesteśmy różni, nie dogadamy się.

Dlaczego, Jadź? Znasz mnie dopiero dwa godziny, a już mówisz nie dogadamy się? protestował.

Nie potrzebuję nic więcej, rozumiem już wszystko.

Wypuściłam Grzegorza, nie przejmowałam się, jak wróci do wioski. Zamknęłam drzwi na zatrzask.

W tym domu nie będzie już żadnego mężczyzny. Będę sama, choć będzie nudno i trudniej, ogród, gospodarstwo, ale tak mi wolno, powiedziałam na głos i roześmiała się.

Ech, Jadź, nie myśl o mężczyznach, już nie ma takich jak Zbigniew. Będę żyła sama dla dzieci i wnuków. Samotność nie ozdabia życia, ale i nie chcę z kimkolwiek mieszkać, bo wtedy znów zadam sobie pytanie: samotność czy nie A życie toczy się dalej.

Lekcja, którą wyniosłem: nie warto szukać kolejnego mężczyzny, by wypełnić pustkę; lepiej pielęgnować własną siłę i rodzinę, bo prawdziwe szczęście tkwi w akceptacji i samodzielności.

Idź do oryginalnego materiału