NIE POTRZEBUJĘ SPARALIŻOWANEJ… – powiedziała synowa i wyszła… Ale nie miała pojęcia, co może się…

polregion.pl 1 dzień temu

NIE POTRZEBUJĘ SPARALIŻOWANEJ… powiedziała synowa i wyszła…
Nie wiedziała nawet, co może przynieść przyszłość.

W jednej wsi na Mazowszu mieszkał zwyczajny staruszek. W weekendy lubił wypić kieliszek czystej, czasem pogadać z sąsiadami. Jego największym marzeniem było wychować psa, ale nie byle jakiego, tylko rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był choćby po niego pojechać aż za granicę, byle tylko mieć pięknego psa u siebie w domu.

Mówili na niego Franek, czasem Frankowski, choć nikt nie wiedział, które to imię, a które nazwisko wszyscy zwracali się po prostu Franek i już. Siedział sobie po pracy w ogródku na ławce i wspominał dawne czasy. Młodsze pokolenie często siadało obok, żeby posłuchać, jak się kiedyś w wiosce żyło.

Żonę Franka pochowano dawno temu. Jadwiga była bardzo chora na serce. Lekarze zabraniali jej rodzić, ale pragnęła dziecka ponad wszystko. Urodziła Frankowi synka i gwałtownie podupadła całkiem na zdrowiu. Franek kochał Jadwigę wszystko za nią robił, choćby mleka z pobliskiego sklepu nie pozwalał jej przynosić. Nie możesz! Lekarz zabronił! mówił zawsze.

Gotował dla dziecka, sam go kąpał. Jadwiga martwiła się:
Wstyd mi, dziewczyny i sąsiadki śmieją się ze mnie! Nic nie robię w domu, wszystko na tobie!
Ale kobiety zamiast się śmiać, zazdrościły:
Oj, Jadzia dałabyś nam Franka na wynajem, choć przez jeden dzień pożyć w twoim świecie!
Jadwiga tylko się uśmiechała. I z tym uśmiechem odeszła na zawsze. Rano Franek znalazł ją już chłodną. Płakał trzy dni, potem wziął się za syna.

Chłopak miał wtedy trudny wiek czternaście lat. Po wojsku gwałtownie się ożenił i został tam, gdzie służył. Franek już został zupełnie sam. Nie skarżył się jednak na samotność lubił młodzież, siedział z nimi na ławce pod domem.

Synowi urodziła się córka, ale jakoś nigdy nie zaglądali do Franka w odwiedziny. Ciągle coś praca, czas, inne sprawy. Dziadka wnuczka znała tylko ze zdjęć.

Pewnego dnia ludzie z wioski zauważyli, iż Franek chodzi posmutniały, jakby pod wodą. Nie żartował, nie śmiał się, nie siedział pod domem jak zawsze. Zaczęli wypytywać, co się stało. Okazało się, iż dostał telegram od synowej ich rodzina miała wypadek samochodowy, wnuczka leży nieprzytomna w szpitalu, a syn Franka zginął.

Ależ tragedia, co za nieszczęście! współczuli mu wszyscy, ale czy istnieją takie słowa, które pozwolą ukoić taki ból?
Franek przyjmował kondolencje, ale nie czuł się lżej. Żal mu było syna, którego przecież nie przywróci, ale jeszcze bardziej bolało go to, iż wnuczka jest tak młoda i tak cierpi leży w szpitalu w śpiączce, piętnastoletnia, mogłaby przecież żyć. Cała dusza Franka bolała.

Najgorsze było to, iż od synowej nie było żadnych wieści. Nie pisała, nie odbierała telefonu, na telegram nie odpowiadała. Jak wiedzieć, co się dzieje z wnuczką? Franek choć nigdy jej nie widział osobiście, kochał ją równie mocno na zdjęciach była podobna do Jadwigi z młodości.

Franek już miał się zbierać w podróż do miasta, gdzie mieszkali, gdy nagle, dzień przed wyjazdem, podjechał pod dom samochód. Wyniesiono nosze. Po domu niemal bez pukania wkroczyła kobieta dopiero po chwili Franek zorientował się, iż to jego synowa. Za nią wnieśli nosze z wnuczką. Dosłownie rzucili dziewczynę na tapczan i wyszli.

Ona jest sparaliżowana od stóp do głów. Nie chcę takiej córki. Ja jeszcze znajdę męża i urodzę zdrowe dziecko! powiedziała synowa.
Ale ja przecież nie jestem lekarzem! zdążył tylko wtrącić Franek.
Lekarz nie potrzebny. I tak nic nie zrobią. Potrzebuje opiekunki. Nie chce się niańczyć to zakop ją żywcem, mnie nie interesuje. Nie będę sobie niszczyć życia. Nie jestem jej opiekunką! krzyknęła kobieta i trzasnęła drzwiami.
Ty jej matką chyba nie jesteś! zdążył za nią krzyknąć Franek.

Wtedy wszystko stało się jasne czemu syn nie odwiedzał ojca z rodziną? Z taką kobietą tylko na bazar na awanturę jeździć, nie w gości. Jak syn wpadł w takie sidła? Tylko już nie ma kogo pytać. Gdyby wiedział, iż synowa porzuci własną córkę, pewnie przewróciłby się w grobie. Tak Franek został sam z wnuczką.

Dziewczyna rzeczywiście była całkiem sparaliżowana, ale Franek był już przyzwyczajony do opieki i domowych obowiązków teraz miał sens życia! Główny cel: wyleczyć wnuczkę.

Lekarze się poddali nie rozumieli, jak ona przeżyła wypadek. Miała obrażenia niemal nie do pogodzenia z życiem. Pozostały tylko zioła i szeptuchy. Najbliższa była bardzo daleko, a trudno wieźć sparaliżowane dziecko. Franek co tydzień jeździł rowerem do szeptuchy, która dawała mu zioła i nalewki dla wnuczki. Tak leczył ją dłużej niż rok leżała nieruchomo, nie mogła mówić, tylko wydawała niewyraźne dźwięki.

Czasem Franek zauważał łzy płynące po jej policzkach wtedy serce mu pękało. Myślał, iż wnuczka tęskni za mamą i tatą. Opowiadał jej historie, czytał książki, ale ona nie mogła mu odpowiedzieć. Było im obojgu bardzo trudno.

Aż pewnego wieczoru zdarzyło się coś niezwykłego. Gdy Franek siedział przy łóżku wnuczki, do domu wpadła pijana grupa młodych z wioski. Franek zapomniał zamknąć drzwi wejściowe. Młodzież wracała z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, iż mieszka tu sparaliżowana dziewczyna. Ktoś rzucił pomysł, żeby się pobawić, bo przecież skoro nie chodzi, to choćby nie może się bronić. Wepchnęli się do środka.

No, dziadku, zdejmuj z wnuczki kołdrę i rozstaw jej nogi! Teraz losujemy, kto pierwszy… wysapał najbardziej pijany.
Zlitujcie się! Ona ma tylko 15 lat! zawołał Franek.
Zaczekajcie, tylko zęby umyję! odpowiedział Franek i pobiegł do kuchni, otworzył drzwi do schowka i krzyknął: Bierz ich!
A stamtąd wyskoczył potężny owczarek, Burek. Zaczął gryźć bandytów za spodnie, a głównemu ledwie nie odgryzł najcenniejszych części! Pozostałym porwał gacie do tego stopnia, iż biegli potem przez wieś z gołymi tyłkami, ludzie śmiali się, a Burek pogonił ich aż na koniec wsi.

Franek wrócił do pokoju, a tam wnuczka siedzi i krzyczy przez okno:
Burek! Burek! Dziadku, złap go, żeby nie uciekł!
Franek zapłakał ze wzruszenia. Od tego czasu wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem stanęła na nogi. Czy to zioła pomogły, czy szok spowodowany tymi wydarzeniami, ale zaczęła mówić i nie przestawała paplać musiała nadrobić całe miesiące milczenia.

A skąd wziął się Burek? Syn Franka miał właśnie tego psa kiedy doszło do tragedii, synowa pozbyła się zarówno córki, jak i psa. Przywiozła go w tym samym aucie co wnuczkę, ale Frankowi nie powiedziała ani słowa. Kiedy wyjeżdżała, Franek poszedł zamykać bramę, a tam pod bramą siedzi chudy, zmęczony pies. Oczy smutne, aż z nich płynęły łzy, jak u chorej krowy. Franek nie wiedział, iż syn miał psa. Nie potrafił wyrzucić psa na ulicę zabrał go do siebie.

Pies odwdzięczył się mu jak wierny przyjaciel. W upał siedział w piwnicy, w chłodniejsze wieczory Franek go wypuszczał. Tylko tego wieczoru jeszcze nie zdążył go wypuścić gdyby Burek był na dworze, bandyci nie weszliby do domu.

Wnuczka opowiedziała dziadkowi później, iż kiedy płakała, to nie z tęsknoty za matką czy ojcem, ale z tęsknoty za psem. Dziadek trzymał go przeważnie na podwórku, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczyna znosiła samotność, nie potrafiła mu tego powiedzieć.

Burek po pogonieniu pijaków wrócił do domu i z euforią wylizał twarz swojej małej pani. On też bardzo za nią tęsknił. Tak właśnie zaczęli żyć we troje: Franek, wnuczka i Burek. O matce dziewczyny nigdy już nic nie usłyszeli.

A co można z tej historii wynieść?
Nie liczy się zdrowie, majątek czy sprawność, ale miłość, oddanie i serdeczność. Odwaga, lojalność i współczucie potrafią uzdrowić więcej niż niejeden lekarz czasem jeden prawdziwy gest wystarczy, by przywrócić komuś sens życia.

Idź do oryginalnego materiału