Niedawno spotkałem Beatę, która spacerowała po krakowskiej ulicy z półtoraroczną córeczką, zupełnie jakby była nieobecna – dopiero gdy ją zawołałem, zauważyła mnie, a potem opowiedziała mi swoją poruszającą historię o miłości, trudach małżeństwa, kłopotach z Leszkiem po narodzinach dziecka i codziennych zmaganiach, w których mimo wszystko nie chce rozbijać rodziny dla dobra córeczki.

polregion.pl 20 godzin temu

Kilka dni temu spotkałam znajomą, która szła ulicą z półtoraroczną córeczką, Zosią. Wydawała się zupełnie zamyślona, jakby świat wokół niej przestał istnieć. Gdy ją zawołałam, na początku uśmiechnęła się szeroko, ale zaraz potem jej twarz spowiła jakaś szarość i obojętność. Dopytałam, co się dzieje, a wtedy podzieliła się swoją opowieścią o rodzinnych trudnościach.

Ania, bo tak ma na imię, wyszła za Leszka pobrali się z prawdziwej miłości. Ich narzeczeństwo było jak z bajki, pełne spacerów nad Wisłą, wycieczek po Krakowie i niezapomnianych wieczorów na Kazimierzu. Leszek po ślubie traktował ją jak królową, dbał o każdy szczegół, a codzienność wypełniało wspólne marzenie o przyszłości. Gdy jednak na świecie pojawiła się Zosia, wszystko nagle się odwróciło.

Leszek, wcześniej wyrozumiały i pełen czułości, zaczął coraz bardziej odsuwać się od życia rodzinnego. Pracował z domu, a wszelkie odgłosy małego dziecka uznawał za niepotrzebny hałas. Ania została z większością obowiązków: karmienia, nocnego wstawania czy codziennych spacerów. Choć czasem pomagał, robił to z niechęcią, czując się jakby był zaganiany do roboty.

Finanse zaczęły być problemem Ania była na urlopie macierzyńskim, więc domowy budżet mocno się uszczuplił. Leszek postanowił wykorzystać tę sytuację: wymagał, by żona wzięła na siebie wszystko, bo jak mówił on musi zarabiać na rodzinę. W końcu zażądał, żeby wróciła do pracy, a Zosią miała zająć się babcia lub dziadek. Nie interesowały go tłumaczenia, iż opieka nad tak małym dzieckiem to trudne i odpowiedzialne zadanie, za to liczyła się każda dodatkowa złotówka. Sprawdzał choćby miejsca w żłobkach, by mieć pewność, iż nie będzie musiał sam zostawać z córką.

Z czasem przestał dawać Ani pieniądze na zakupy, twierdząc, iż źle gospodaruje pieniędzmi i kupuje niepotrzebne rzeczy. Sam jeździł do Biedronki, decydując o wszystkim, choćby o tym, jakie owoce czy warzywa będą w domu.

Ania, coraz bardziej przytłoczona, uciekała na długie spacery po parkach i skwerach, by choć przez chwilę nie czuć napięcia unoszącego się w mieszkaniu. Chciała oddychać i chronić Zosię przed domową atmosferą. Gdy spytała mnie, co powinna zrobić, czułam się bezradna. Rozwód nie wchodził w grę wciąż kochała Leszka, mimo jego wad; pragnęła, by ich córeczka miała szczęśliwe dzieciństwo u boku obojga rodziców.

Anię bolały ciągłe wyrzuty, iż nie przynosi pieniędzy do domu, chociaż sama nie była winna tej sytuacji. Na pożegnanie przytuliłam ją i wypowiedziałam te zwyczajne słowa: Bądź silna. Wierzę, iż wszystko się ułoży. Czasami życie wystawia nas na próbę, ale każda burza kiedyś mija.

Życie codzienne nie zawsze układa się według naszych planów czasem los stawia nas przed trudnymi wyborami i trzeba odnaleźć w sobie siłę, by przetrwać najcięższe chwile. Zrozumiałam wtedy, iż najcenniejsze jest wzajemne wsparcie i nadzieja, choćby gdy przychodzi nam iść pod wiatr.

Idź do oryginalnego materiału