Ostatnio spotykam się z moją przyjaciółką, Martą, która przechadza się z półtoraroczną córeczką Kają ulicami Warszawy, jakby cały świat nie istniał. Gdyby nie to, iż ją zawołałem, przeszłaby obok, pogrążona w swoich myślach. Kiedy podniosła na mnie wzrok, na chwilę na jej twarzy pojawił się uśmiech, ale zaraz potem zastąpiła go obojętność i przygnębienie. Zapytałem, co się stało, a ona zaczęła opowiadać całą swoją historię rodzinnych problemów.
Marta i jej mąż, Leszek, poznali się z czystej miłości. Narzeczeństwo wspomina bardzo dobrze pełne romantycznych randek i wspólnych wieczorów w urokliwych warszawskich kawiarniach. Po ślubie Leszek był wręcz czuły i troskliwy, sprawiał, iż czuła się wyjątkowa. Wspólnie marzyli o spokojnym życiu, starając się zawsze rozmawiać i szukać kompromisów, choć ich charaktery czasem się rozmijały.
Jednak po narodzinach Kaji wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Leszek boleśnie przekonał się, jak wygląda prawdziwe życie rodzica i nie potrafił się w tej nowej roli odnaleźć. Pracując zdalnie z mieszkania, denerwował się, gdy mała płakała lub domagała się uwagi, co według niego przeszkadzało mu w pracy. Większość obowiązków domowych i opieki nad dzieckiem naturalnie spadła na Martę, a on sam coraz częściej miał pretensje i bywał nieprzyjemny.
Kiedy Marta była na urlopie macierzyńskim, a ich domowy budżet znacząco się uszczuplił, Leszek zaczął coraz bardziej narzekać na sytuację finansową. Uznał, iż cała odpowiedzialność za wychowanie Kaji może spaść na jednego z dziadków, a żona powinna jak najszybciej wrócić do pracy, żeby w domu pojawiły się dodatkowe złotówki. Nie docierało do niego, iż babcie nie są w stanie zająć się tak małym dzieckiem przez cały dzień. Dokładnie wyliczał każdy wydatek, choćby sam chodził na zakupy do Biedronki czy Lidla, bo uważał, iż Marta wydaje za dużo pieniędzy i kupuje rzeczy niepotrzebne.
Z czasem Marta coraz częściej zabiera Kaję do parku Skaryszewskiego czy na warszawskie place zabaw, żeby nie musieć przebywać z Leszkiem w czterech ścianach. Odetchnęła chociaż na chwilę pod rozłożystymi drzewami, obserwując dzieci bawiące się na huśtawkach, próbując zapomnieć o problemach.
Wyznała mi ostatnio, jak bardzo jest rozbita między chęcią ratowania małżeństwa a zmęczeniem psychologicznym. Rozwód nie wchodzi w grę mimo wszystko kocha Leszka i bardzo pragnie, by Kaja wychowywała się w pełnej rodzinie. Dodatkowo czuła już fizyczne zmęczenie ciągłym udowadnianiem, iż fakt, iż nie zarabia w tej chwili pieniędzy, nie jest jej winą.
Kiedy się z Martą żegnam, mówię jej tylko uniwersalne słowa: „trzymaj się”, „wszystko minie”, „będzie lepiej”. Głęboko wierzę, iż nadejdzie taki dzień, gdy w jej życiu naprawdę zapanuje spokój.
