Znalazłem noworodka przy torach kolejowych i wychowałem go jako własną córkę 25 lat później przeszłość zapukała do drzwi.
Czekaj co to było?.
Zatrzymałem się nagle, w połowie drogi na dworzec, gdy ciche dźwięki przerwały ciszę. Lodny luty dmuchał w mój płaszcz, uderzał w twarz i niósł ze sobą słabe, uporczywe tumanie ledwie zagłuszone przez wycie wiatru.
Dźwięk dochodził ze szyn. Odwróciłem się w stronę starej, opuszczonej szopy przy zwrotnicy, ledwo widocznej pod śniegiem. Obok torów leżał ciemny kłębek.
Podszedłem ostrożnie. Zniszczony, brudny koc ukrywał małą postać. Mała rączka wystawała czerwono od zimna.
Boże mój, wyszeptałem, serce waliło w piersi.
Zgiąłem się na kolana i podniosłem ją. Noworodek. Mała dziewczynka. Nie starsza niż rok, może choćby młodsza. Usta były blade, płacz słaby, jakby nie miała siły choćby się przestraszyć.
Przytuliłem ją do klatki piersiowej, rozciągnąłem płaszcz, by ochronić przed mrozem, i pobiegłem jak najszybciej do wioski. Do Katarzyny Nowak, naszej jedynej ratowniczki medycznej.
Marek, co się stało? zobaczyła pęk w moich rękach i zaciągnęła się powietrzem.
Znalazłem go przy szynie. Był prawie zamrożony.
Katarzyna wzięła dziecko delikatnie, zbadała je. Jest wychłodzone ale żyje, dzięki Bogu.
Musimy zawiadomić policję, dodała, sięgając po telefon.
Zatrzymałem ją. Wyślą go tylko do domu dziecka. Nie przeżyje podróży.
Katarzyna zawahała się, po czym otworzyła szafę. Tu mam trochę jedzenia dla niemowląt od ostatniej wizyty u wnuczki. To wystarczy na razie. A ty, Marek co zamierzasz zrobić?.
Spojrzałem na małą twarz przyciśniętą do mojego swetra, jej oddech ciepły na skórze. Przestała płakać.
Wychowam go, szepnąłem. Nie ma innej drogi.
Od razu podpadły szeptane plotki.
Ma trzydzieści pięć lat, nie zamężna, mieszka sama a teraz przygarnia porzucone noworodki?.
Plotkarstwo mnie nie interesuje. Z pomocą kilku znajomych z Urzędu Gminy załatwiłem wszystkie formalności. Nie było krewnych. Nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka.
Nazwę ją Jadwiga.
Pierwszy rok był najtrudniejszy. Nocne budzenie, gorączka, ząbkowanie. Kołyszałem ją, pocieszałem, śpiewałem kołysanki, które pamiętałem ze swojego dzieciństwa.
Mamo! powiedziała po dziesięciu miesiącach, wyciągając ramiona w moją stronę.
Łzy spłynęły po moich policzkach. Po latach samotności tylko ja i mój mały dom stałem się kimś, kto ma matkę.
Z dwoma latami była huraganem. Goniła kota, szarpała zasłony, chciała wszystko wiedzieć. Z trzema potrafiła przeczytać każdy znak w książeczkach obrazkowych. Z czterema opowiadała całe historie.
Jest wyjątkowo uzdolniona, mówiła sąsiadka Helga, kręcąc głową ze zdumienia. Nie wiem, jak to robisz.
To nie ja, odpowiedziałem ze śmiechem. Po prostu ma świecić.
Z pięciu lat organizowałem transport, by zawozić ją do przedszkola w sąsiedniej miejscowości. Nauczyciele byli zachwyceni.
Czyta lepiej niż większość siedmiolatków, mówili.
Kiedy poszła do szkoły, nosiła długie kasztanowe warkocze z dopasowanymi wstążkami. Codziennie rano je spleciłem idealnie. Żaden rodzicielski wieczór nie odbywał się bez mnie. Nauczyciele chwalili ją nieustannie.
Pani Bergmann, powiedziała kiedyś nauczycielka, Jadwiga to uczeń, o którym marzymy. Zrobi z siebie coś wielkiego.
Serce radowało się dumą. Moja córka.
Wyrosła na elegancką, piękną młodą kobietę. Smukłą, pewną siebie, o niebieskich oczach pełnych determinacji. Zwyciężała w konkursach ortograficznych, olimpiadach matematycznych, choćby na regionalnych targach naukowych. Każdy w wiosce znał jej nazwisko.
Pewnego wieczoru, gdy była w dziesiątej klasie, wróciła do domu i rzekła: Mamo, chcę zostać lekarzem.
Zaskoczyłem się. To wspaniale, kochanie. Ale jak sfinansujemy studia? Miasto? Czynsz? Jedzenie?
Dostanę stypendium, odparła, oczy rozświetlone. Znajdę sposób. Obiecuję.
I odniosła sukces.
Gdy przyszedł list z przyjęciem na medycynę, płakałem dwa dni. Łzy euforii i niepokoju. Po raz pierwszy opuściła mnie.
Nie płacz, mamo, powiedziała na dworcu, ściskając moją dłoń. Będę odwiedzać w weekendy.
Oczywiście rzadko przychodziła. Miasto wciągnęło ją w wykłady, laboratoria, egzaminy. Na początku dzwoniła raz w miesiącu, potem co dwatrzy tygodnie, ale nigdy nie przestała dzwonić wieczorem.
Mamo! Zdałam anatomię z wyróżnieniem!
Mamo! Dzisiaj w klinice pomogliśmy przy porodzie!.
Za każdym razem uśmiechałem się i słuchałem jej opowieści.
W trzecim roku usłyszałem, iż jest podekscytowana.
Poznałam kogoś, wyznała nieśmiało.
Miał na imię Janek kolega z uczelni. Przyszedł na święta wysoki, uprzejmy, z łagodnym spojrzeniem i spokojnym głosem. Podziękował za jedzenie i samodzielnie sprzątnął stół.
Dobry łowca, szepnąłem Jadwidze przy zmywaniu naczyń.
A może tak?, rozpromieniła się. I wciąż mam same piątki.
Po studiach rozpoczęła specjalizację pediatrię, oczywiście.
Ratujesz mnie, a teraz chcesz ratować inne dzieci.
Rzadziej przychodziła w odwiedziny. Rozumiałem ma własne życie. Zachowywałem każdy zdjęcie, każdą historię pacjenta.
Jednego czwartkowego wieczoru zadzwonił telefon.
Mamo mogę jutro przyjechać? usłyszałem jej cichy, nerwowy głos. Muszę z tobą porozmawiać.
Serce zabiło mocniej. Oczywiście, kochanie. Czy wszystko w porządku?.
Następnego popołudnia przyjechała sama. Bez uśmiechu, bez blasku w oczach.
Co się stało?, zapytałem, obejmując ją.
Usiadła, spleciła dłonie. Do szpitala przybyli dwaj ludzie. Mężczyzna i kobieta. Pytali o mnie.
Zmarszczyłem brwi. Co macie na myśli?
Mówili, iż są moim wujkiem i ciotką. Że ich siostrzenica zaginęła 25 lat temu.
Zemdleło mi. I co?
Mieli zdjęcia, testy DNA. Wszystko się zgadza.
Cisza wypełniła pokój.
Odrzucili cię, wyszeptałem. Zostawili na śniegu.
Mówią, iż to nie ich wina. Że rodzice uciekli przed przemocą, zagubili się na dworcu i szukali latami.
Zatrzymało mnie oddech. A co z twoimi rodzicami?
Zmarli dziesięć lat temu w wypadku samochodowym.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Jadwiga wzięła moją rękę. Chcą tylko prawdy. Trzymaj mnie mocno i powiedz: Bez względu na to, co przyniesie przeszłość, jesteś i zawsze będziesz moją córką..













