Nieoczekiwane szczęście Rafała

twojacena.pl 3 dni temu

Niechciane szczęście Rahmata

W tym miasteczku, które przycupnęło na krańcu geografii jak ostatni pyłek na mapie, czas płynął nie po godzinach, a po porach roku. Zamierał w srogie zimy, odmarzał z chlupotem w wiosenne roztopy, leniwie drzemał w letni upał i smęcił jesiennymi deszczami. W tym powolnym, gęstym nurcie tonęło życie Haliny, którą wszyscy nazywali po prostu Halą.

Hala miała trzydzieści lat, a jej życie zdawało się bezpowrotnie ugrzęznąć w bagnie własnego ciała. Ważyła sto dwadzieścia kilogramów, a to nie był zwykły ciężar, ale cała twierdza zbudowana między nią a światem. Twierdza z ciała, zmęczenia i cichej rozpaczy. Przeczuwała, iż źródło problemu tkwi gdzieś w środku jakaś usterka, choroba, zaburzenie przemiany materii ale wyjazd do specjalistów wydawał się niemożliwy: daleko, upokarzająco drogo i, jak sądziła, bezcelowo.

Pracowała jako pomoc przedszkolna w miejskim żłobku Stokrotka. Jej dni wypełniały zapachy dziecięcej zasypki, gotowanej kaszy i wiecznie mokrej podłogi. Jej duże, niezwykle miękkie dłonie potrafiły przytulić zapłakanego malucha, sprawnie zasłać dziesiątki łóżeczek i wytrzeć kałużę, nie budząc w dziecku poczucia winy. Dzieci ją uwielbiały, ciągnęły do jej łagodności i cichej czułości. Ale zachwyt w oczach trzylatków to słaba zapłata za samotność, która czekała na nią za bramą żłobka.

Mieszkała w starym, ośmiorodzinnym baraku pozostałym po jakichś lepszych, minionych czasach. Dom trzeszczał belkami w nocy i bał się silnego wiatru. Dwa lata temu odeszła jej matka cicha, wynędzniała kobieta, która pogrzebała wszystkie marzenia w ścianach tego bloku. Ojca Hala nie pamiętała wcale wyparował z ich życia dawno temu, zostawiając po sobie tylko zakurzoną pustkę i jedną starą fotografię.

Jej codzienność była surowa. Zimna woda, która sączyła się rdzą z kranu, wychodek na podwórku, zimą przypominający lodową jaskinię, i duszący upał w pokojach latem. Ale prawdziwym tyranem był piec. Zimą pochłaniał dwie pełne fury drewna, wysysając z jej skromnej pensji ostatnie grosze. Hala spędzała długie wieczory, wpatrując się w ogień za żeliwnymi drzwiczkami, i zdawało się, iż piec pożera nie tylko polana, ale też jej lata, siły i przyszłość, zamieniając wszystko w zimny popiół.

Aż pewnego wieczoru, gdy szare zmierzchy zalewały jej pokój melancholią, zdarzył się cud. Nie głośny i nie widowiskowy, ale cichy, przytłumiony, jak kapcie sąsiadki Jadzi, która nagle zapukała do jej drzwi.

Jadzia, sprzątaczka z miejscowego szpitala, kobieta o tw pooranej zmarszczkami trosk, trzymała w ręku dwie chrupkie banknoty.
Halu, wybacz, na miłość boską. Masz. Dwa tysiące. Nie płakały mi się, przepraszam mamrotała, wpychając pieniądze w dłoń Hali.

Hala tylko zdumiona patrzyła na te pieniądze, dług za który już dawno uznała za stracony.
No co ty, Jadziu, nie trzeba było się fatygować

Trzeba! przerwała gorąco sąsiadka. Teraz mnie stać! Słuchaj no

I Jadzia, ściszając głos, jakby zdradzała straszną tajemnicę państwową, zaczęła opowiadać nieprawdopodobną historię. O tym, jak do ich miasteczka przyjechali Tadżycy. Jak jeden z nich podszedł do niej, gdy zamiatała ulicę, i zaoferował dziwny, niepokojący zarobek piętnaście tysięcy złotych.
Obywatelstwo im, widzisz, potrzebne, pilnie. Więc jeżdżą po takich naszych dziurach, szukają żon. Fikcyjnych, dla ślubu. Wczoraj mnie ożenili. Nie wiem, jak tam w USC się dogadują, pewnie łapówki dają, ale wszystko szybciutko. Mój, Rahmat, teraz u mnie siedzi, dla widoku, jak się ściemni pójdzie. Moja Kasia, córka, też się zgodziła. Kurtkę chce sobie kupić, bo zima za pasem. A ty co? Patrz, jaka okazja. Pieniądze potrzebne? Potrzebne. A za mąż kto cię weźmie?

Ostatnie słowa padły nie ze złośliwości, ale z gorzką, codzienną szczerością. I Hala, czując, jak znany ból znów kłuje pod sercem, pomyślała tylko chwilę. Sąsiadka miała rację. Prawdziwego małżeństwa nie było w jej przyszłości. Nie było kandydatów, nie ma i być nie może. Jej świat ograniczał się do ścian żłobka, sklepu i tego pokoju z żarłocznym piecem. A tu pieniądze. Całe piętnaście tysięcy. Za nie można kupić drewna, w końcu przykleić nowe tapety, by choć trochę odgonić smutek tych wyblakłych, podartych ścian.

Dobrze cicho powiedziała Hala. Zgadzam się.

Następnego dnia Jadzia przyprowadziła kandydata. Hala, otwierając drzwi, westchnęła i instynktownie cofnęła się w głąb przedpokoju, chcąc ukryć swoją masywną postać. Przed nią stał młody mężczyzna. Wysoki, szczupły, z twarzą jeszcze nietkniętą surowością życia, z wielkimi, bardzo ciemnymi i nieprawdopodobnie smutnymi oczami.
Boże, przecież to jeszcze chłopiec! wyrwało się Hali.

Młody mężczyzna wyprostował się.
Mam już dwadzieścia dwa lata powiedział wyraźnie, prawie bez akcentu, tylko z lekkim, śpiewnym przydechem.

No widzisz zakrzątała się Jadzia. Mój jest o piętnaście lat młodszy, a wy macie różnicę niewielką osiem lat. Chłop w samym soku!

W USC jednak od razu ślubu nie chcieli dać. Urzędniczka w eleganckim garniturze zmierzyła ich podejrzliwym wzrokiem i oznajmiła, iż zgodnie z prawem trzeba czekać miesiąc. Żeby się zastanowić dodała znacząco.

Tadżycy, których interesy były załatwione, odjechali. Musieli pracować. Ale przed wyjazdem Rahmat tak miał na imię młodzieniec poprosił Halę o numer telefonu.
Smutno samemu w obcym mieście wyjaśnił, a w jego oczach Hala zobaczyła znajome uczucie zagubienie.

Zaczął dzwonić. Co wieczór. Najpierw rozmowy były krótkie, nieporadne. Potem się wydłużały. Rahmat okazał się

Idź do oryginalnego materiału