Zaduma powiedziała, jakby chciała to podpisać. Młodsza siostra, Jadwiga, pulchna i rozbrajająco wesoła, uśmiechnęła się przychylnie. Matka milczała, ale w jej ponurym spojrzeniu widać było, iż nowa synowa też jej nie podoba. Co więc mogło ją uratować? Jedyny syn, nasz kręgosłup i nadzieja rodziny, wrócił z wojska i przywiózł ze sobą żonę. A tej, rzekomej żony, nie było ani ojca, ani matki, ani grosza. Nikt nie wiedział, czy dorastała w domu dziecka, czy w rodzinie krewnych. Tomasz odmawia komentarzy, mówi po prostu: Nie martw się, mamo, wypracujemy sobie majątek. I tak zaczęło się co on wprowadził do domu? Może jakaś złodziejka, oszustka, nie wiadomo, ile ich już jest!
Od chwili, gdy Zadula wpadła pod dach, Wiktoria Nikitowska nie spała jedną nocą. Drzemka na pół oka była jedyną ulgą. Czekała na jakieś sztuczki nowej krewniczki: kiedy zacznie przeszukiwać szafy. A ojciec jeszcze podpuszczał: Mamo, schowaj te cenne rzeczy, nie wiesz, co się może zdarzyć! Może futro, złoto Aż pewnego ranka przebudzimy się i wszystko zniknie!.
Tomasz nie miał pojęcia, co przywiózł do domu! Gdzie były jego oczy? Nie było skóry, nie było twarzy!
Ale trzeba było żyć. Zadula wzięła się za robotę.
Dom był spory, ogród trzydzieści ar z trzema prosiakami w zagrodzie, ptaki nie dało się choćby policzyć. Pracować trzeba nieustannie, nie da się wszystkiego zrobić w jeden dzień. Zadula nie narzekała. Karmiła prosiaki, gotowała, sprzątała, starała się zadowolić teściową. Ale jakby serce matki nie leżało spokojnie, to choćby złoto nie wyciągnie szczęścia. Niechciana synowa, w gniewie, pierwszego dnia odrzekła:
Zadzwoń do mnie po imieniu i patronimie. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie będziesz nimi.
Od tego czasu Wiktoria nazywała ją Zadulą, a matka nie używała żadnego przyjaznego określenia. Mówiła: Trzeba coś zrobić, trzeba coś powiedzieć. I tak dalej. Nie pozwalały niekochanej krewniczce wprowadzać zamieszania. Każdy drobiazg wpisał się w porządek. Czasem matka musiała przytrzymać rozleniwione córki, nie ze względu na Zadulę, ale po to, by w domu panował ład, a nie kłótnia. Dziewczyna się okazała pracowita. Nie była leniwa. Matka, nie przyznając się, powoli się rozluźniała.
Może z czasem życie się ułożyło, ale Tomasz wpadł w tarapaty.
I co miałby mężczyzna wytrzymać, gdy od rana do wieczora dwie głosy gadają mu: Na kogo się ożeniłeś, a na kogo się ożeniłeś?. Wtedy Zofia, nasza najstarsza córka, przedstawiła mu jakąś znajomą i zaczęło się zamieszanie. Sierociaki hucznie wiwatowały: Teraz Zadula w końcu się posprząta. Matka milczała, a Zadula udawała, iż nic się nie stało, choć oczy miała takie smutne, jakby właśnie straciła blask. Nagle, jak grzmot w letni dzień, dwie wieści: Zadula spodziewa się dziecka, a Tomasz chce się z nią rozwieść.
Nie, nie tak rzekła matka Tomaszowi. Nie poślubiłam jej dla ciebie.
Ale skoro już się pobrał, żyj! Nie ma co marudzić. Niedługo będziesz ojcem. jeżeli zepsujesz rodzinę, wyproszę cię z domu i nie będę cię już znała. A twoja żona, Szymona, zostanie tu.
Po raz pierwszy w życiu matka nazwała Zadulę po imieniu. Siostry zamarły. Tomasz podniósł się gniewnie: Jestem mężczyzną, decyduję ja. Matka włożyła ręce w biodra i zaśmiała się: Mężczyzna? A dopiero po tym, jak urodzisz dziecko, wyhodujesz je, nauczysz rozumu i wyprowadzisz w ludzi.
Matka zawsze trzymała się swojego zdania, ale i Tomasz nie mógł jej odmówić. Co chciał, to zrobili. Wyszła z domu, a Szymona została. Po pewnym czasie urodziła dziewczynkę i nazwała ją Wiktorią. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nie powiedziała nic, ale widać było, iż jest szczęśliwa.
Z zewnątrz nic się nie zmieniło, tylko Tomasz zgubił drogę do domu. Był obrażony. Matka też się martwiła, choć nie pokazywała tego. Zaśniak kochała swoją wnuczkę, rozpieszczała ją, kupowała prezenty, słodycze. Szymona, jakby jej nie wybaczyła, iż straciła syna przez nią, ale nigdy nie winiła jej otwarcie.
Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu zostały trzy: matka, Szymona i Wiktoria. Tomasz został powołany i wyjechał na północ z nową żoną. Do Szymony podchodził emerytowany oficer, starszy od niej, który po rozwodzie otrzymał mieszkanie, a sam mieszkał w akademiku. Dostawał rentę, był poważnym kandydatem na zięcia. Szymona go polubiła, ale gdzie go zaprowadziła? Do teściowej!
Wyjaśniła mu wszystko, przeprosiła i wyszła naprzód. Nie będąc głupcem, podszedł do matki i rzekł: Wiktorio Nikitowska, kocham Szymonę, nie mogę bez niej żyć. Matka nie skinęła brwią.
Kochasz? powiedziała. No to zamieszkajcie razem.
Z dłuższą chwilą dodała:
Nie dam ci zabierać Wiktorię z mieszkania. Tutaj będziecie mieszkać u mnie.
I tak wszyscy razem zamieszkali. Sąsiedzi szepczą, iż szalona Nikitowska wyrzuciła syna z domu, a Zadula przyjęła go z otwartymi ramionami. Nie ważne, co mówią, bo Wiktoria nie zwraca uwagi na plotki, nie rozmawia z sąsiadkami i trzyma się dumnie. Szymona urodziła Kasię. Matka nie mogła się cieszyć z wnuczek, bo co to za wnuczka? Nic nie znaczyła.
A potem nieszczęście jak to bywa, nagle Szymona poważnie zachorowała. Mąż się załamał, przestał pić. Matka, bez słów, wyjęła wszystkie oszczędności i zawiozła ją do Warszawy. Dawano lekarzom, odwiedzała najróżniejszych specjalistów, ale nic nie pomogło.
Rankiem Szymona poczuła się lepiej i poprosiła mamusię o rosół z kurczaka. Matka natychmiast zabiła kurczaka, obrobiła, ugotowała. Gdy przyniosła gorący wywar, Szymona nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu płakała. Matka, której nikt nigdy nie widział płaczącej, pociągnęła łzy razem z nią:
Co się stało, kochana? Czemu odchodzisz, kiedy cię tak kocham?
Uspokoiła się, otarła łzy i rzekła:
Nie martw się o dzieci, nie zginą.
Do końca nie wypowiadała już żadnych łez, siedziała przy niej, trzymała rękę i delikatnie pogłaskała, jakby prosiła o przebaczenie za wszystko, co się między nimi stało.
Kolejne dziesięć lat minęło. Wiktoria miała wyjść za mąż. Przyszli Zofia i Jadwiga, już starsze, zbliżone do siebie. Żadna z nich nie mogła już mieć dzieci. Zgromadziła się cała rodzina i przyjechał Tomasz. Z kobietą już się rozstał, popijał mocny wódkę. Gdy zobaczył, jak piękna stała się Wiktoria, ucieszył się. Nie spodziewał się, iż ma tak wspaniałą córkę. Kiedy usłyszał, iż córka nazywa ojca ten drugi facet, zbladł i zwrócił się do matki z pretensjami: Wprowadziłaś obcego mężczyznę do domu, niech sprząta, nie ma tu miejsca dla niego. Ja jestem ojcem!.
Matka odpowiedziała:
Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jesteś jak chłopiec w spodniach, nie dorósłeś się do faceta.
Powiedziała to, jakby to podpisała. Tomasz nie wytrzymał takiego upokorzenia, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Wiktoria wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksandrem, na cześć przybranego ojca. Babcię Wiktorię pochowano w pobliżu Szymony.
Tak leżą w szeregu: synowa i teściowa. A wiosną między nimi wyrosła brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. Może to pożegnanie od Szymony, albo ostatnie przebaczenie od matki.





![Aneta Zając pierwszy raz tak szczerze o macierzyństwie: Nie wciągam synów w sprawy dorosłych [PODCAST "BLIŻEJ"]](https://m.mamadu.pl/5740752912354bdc3aba5d1deb3fd381,1920,1080,0,0.webp)


![Orszak przeszedł przez Gowarczów! Nie zabrakło konnych! [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/IV-Orszak-Trzech-Kroli-w-Gowarczowie-11.jpg)


